Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa” (12)

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

– Teraz zabierz mnie tam, gdzie trzymasz cyrografy twoich niewolników – rozkazał Brune, gdy wyszli z domu Fyllis.

Dygocząc na mrozie, postawił kołnierz wilgotnego płaszcza; włosy miał mokre, a czapkę zgubił podczas walki, ale to nie był moment na przejmowanie się głupstwami. Czar posłuszeństwa będzie działał jeszcze przez najwyżej dwadzieścia minut, a nie należało pochopnie zakładać, że efekt wyssania jaźni jest trwały – nie w przypadku tak silnego maga, jakim ponoć był Scabre.

Jaszczur bez słowa ujął jego dłoń. Zdematerializowali się, a chwilę później już stali w wąskim, ponurym korytarzu o kamiennych ścianach. Krzyczący narzucił sobie spokój. Zmysły maga mówiły mu, że to podziemia dużej rezydencji i że są tu zupełnie sami.

– Prowadź – rozkazał. Wiedział – czuł – że Scabre Jaszczur wciąż jeszcze jest bezwolną kukłą, z całą pewnością niezdolną do jakiegokolwiek podstępu.

Za zakrętem korytarz kończył się masywnymi, okutymi drzwiami. Jaszczur otworzył je kluczem, który nosił na łańcuszku. Brune przestąpił próg nie bez dreszczu. Jaskinia smoka, pomyślał z ironią, rozglądając się po długim, niskim lochu. Powietrze było tu chłodne i suche, lecz z nutką trupiej zgnilizny. Półmrok rozjaśniała kula pełna fosforyzujących oparów, umieszczona wewnątrz dziwacznej metalowej maszynerii, która skojarzyła się Krzyczącemu z laboratoriami Elity. Seledynowy blask padał prosto na stół sekcyjny z marmurowym blatem, całym w ciemnych plamach.

W szklanej gablotce spoczywało kilkanaście odciętych, zmumifikowanych dłoni. Zewsząd wionęło zastarzałym cierpieniem, jakby echo krzyków wżarło się w te mury niczym kwas. Brune poczuł mdłości, gdy spróbował sobie wyobrazić, jakie rzeczy musiały się tutaj dziać na przestrzeni lat.

– Co rozkażesz? – spytał martwym tonem Scabre Jaszczur; telepatia najwidoczniej przekraczała teraz jego możliwości. Rzeczywiście mówił bardzo niewyraźnie, ciężko było go zrozumieć.

– Uwolnij wszystkie dusze, jakie masz w swym posiadaniu.

Czarnobrody podszedł do ściany, nacisnął jedną z cegieł i fragment muru obrócił się ze zgrzytem. Jaszczur wyjął ze skrytki bogato rzeźbioną mahoniową skrzynkę, którą postawił na stole. Spomiędzy fałdów odzieży wyciągnął złoty klucz i otworzył ją. Wewnątrz leżały rulony pergaminu, każdy elegancko przewiązany wstążką.

– Czekaj – rzucił Krzyczący, tknięty nagłą myślą.

Jaszczur posłusznie odsunął się od stołu. Brune sięgnął po jeden z rulonów, rozwinął go i przeczytał zapisaną tam formułę, upewniając się, że zniszczenie pergaminu nie spowoduje śmierci spętanego, po czym skinął przyzwalająco głową i cofnął się.

– Rozpal ogień – wybełkotał Jaszczur, wskazując szerokie palenisko. Istotnie, sam nie dysponował teraz wystarczającym zasobem mocy, żeby zapalić choćby świeczkę.

Krzyczący wyjął z kieszeni kredę, nakreślił wewnątrz komina krąg i otworzył w nim miniaturowy portal do królestwa salamander. Kiedy wnętrze kręgu już huczało ogniem, Scabre Jaszczur wziął garść cyrografów i cisnął je w płomienie. Potem następną i następną. Spalały się, sycząc, barwiąc płomień na zielono i niebiesko. Na koniec dał Krzyczącemu znak, że można zamknąć portal.

– To już wszystkie? – upewnił się Brune.

Czarnobrody wymamrotał potwierdzenie. Kilka sekund później po portalu została jedynie snująca się mgiełka dymu i woń spalenizny.

– Teraz patrz mi w oczy – polecił Krzyczący, przykładając ręce do skroni wroga. Znów pomyślał o zgliszczach dworu Andanich w południowej prowincji Talme.

Po chwili ciało Jaszczura zwiotczało i osunęło się na podłogę u jego stóp, wyssane do cna z siły życiowej.

Brune, nadal zimno spokojny, wyjął dłuższy ze swoich sztyletów, po czym zawahał się. Żądano niepodważalnych dowodów tożsamości drania – no cóż, głowa, z nienaruszoną twarzą i nieuszkodzonym mózgiem, wedle jego najlepszej wiedzy powinna wystarczyć. Tarantula na pewno miała do dyspozycji jakiegoś kompetentnego nekromantę.

Przykląkł i, zaciskając zęby, zabrał się do roboty. Samym ostrzem byłoby ciężko, więc pomógł sobie magią, rozdzielając tkanki, potem kręgi szyjne i tamując niezakrzepłą jeszcze krew. Po co robić bałagan.

Na koniec wytarł sztylet i ręce w ubranie zabitego. Później nakreślił na posadzce kilka symboli i ciało Jaszczura w okamgnieniu, bez dźwięku, pokryły takie same sine płomienie jak te, które zastąpiły pogrzeb nieszczęsnemu Zakariemu.

Żmij stał i czekał, póki zwłoki się nie spopieliły. Następnie zdematerializował się, pozostawiając za sobą pustą pracownię i milczące domostwo.

 

 

6.

 

Adwokat zajęczał, zakrztusił się i zaczął wymiotować, tym razem już tylko czarną, fusowatą krwią.

Skończywszy, opadł na poduszki. Jego sinawa twarz lśniła od potu, wpadnięte oczy spoglądały półprzytomnie. Krzyczący bez słowa zabrał miskę, po czym usiadł przy łożu i wpatrzył się w chorego.

– Śpij – szepnął, wzmacniając rozkaz impulsem mocy. Powieki Lyspisa opadły, a oddech pogłębił się i wyrównał.

Brune wytarł nos. Poprzedniego dnia poszedł spać z bolącym gardłem, a zbudził się z katarem i chrypką. Drobna, niemiła pamiątka po historii z Jaszczurem.

W drzwiach komnaty łagodnie poradził rozdygotanej pani Lyspis, aby zażyła coś na uspokojenie, bo też gotowa zachorować. Słuchała jednym uchem; nie był pewien, czy w ogóle dotarło do niej, co powiedział. Potem załamała ręce.

– Aj, panie magu, a wyście się zaziębili. Może chcecie gorącego mleka z miodem?

Podziękował uprzejmie i poszedł do kuchni poprosić, żeby mu zaparzono ziół, a potem do pokoju gościnnego, w którym go zakwaterowano. Na schodach rozkaszlał się, omal nie rozlewając zawartości kubka. Dreszcze się nasilały – gdyby był normalnym człowiekiem, należałoby się martwić, czy nie rozchoruje się groźnie, na bronchit albo zapalenie płuc. Ale czarny dar zasadniczo wykluczał taką możliwość.

Na górze Krzyczący wypił z gorącym naparem lekarstwo, po czym – korzystając z tego, że chwilowo nikt niczego od niego nie chce – wyciągnął się w ubraniu na zaścielonym łóżku i owinął się kapą. Nie planował zasypiać, pomyślał, że zamknie oczy tylko na chwilę. Ale zmęczenie wzięło górę; odpłynął w nieświadomość, nie wiedząc nawet kiedy.

A potem zaczął śnić. Niewyraźny, chaotyczny, bezsensowny sen z gatunku tych, jakie zjawiają się, kiedy człowiekowi rośnie gorączka.

W tym śnie szedł ulicą w padającym śniegu. Czuł na twarzy chłodną wilgoć topniejących płatków, lecz dźwięki miasta – turkot wozów i dorożek, szczekanie psów, głosy przechodniów – docierały do niego jak przez mgłę. W końcu wszedł do jakiegoś budynku o oświetlonych oknach. Niejasno zarejestrował oblicze znudzonego lokaja, który wziął od niego płaszcz, a potem pojawił się duży salon: złocone poręcze, lustra, stiuki na suficie. Twarze, meble, odblaski świec zlewały się w jeden bezład kolorów i kształtów. Krzyczący gapił się na to wszystko bezmyślnie, jak pijany. Z kimś chyba się targował… miał wrażenie, że wyciąga z kieszeni pieniądze, lecz nie wiedział, po co. Słyszał dziecięce głosy oraz basowy, ochrypły, dziwnie niepokojący śmiech. Później były schody i drzwi, które otwarły się, a następnie zamknęły. I jakiś chłodny, znajomy kształt, na którym zacisnęły się palce żmija, choć nie miał pojęcia czemu ani w jakim celu.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Blaski i cienie różnorodności

Recenzja książki „Memento. Antologia o życiu śmierci”. Antologie – z grubsza rzecz…

Urodziny Agnieszki Hałas
Aktualności MAT - 31 grudnia 2018

W Sylwestra 1980 roku na świat przyszła Agnieszka Hałas.

Antologia „Harda Horda”
Fantastyka Antologia - 31 stycznia 2019

Najpierw na profilach Facebookowych kilku fantastycznych pisarek i wydawnictwa SQN pojawiła się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!