Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa” (13)

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Ktoś jęknął:

– Nie…

W tej samej chwili Brune nieoczekiwanie kichnął.

I zbudził się.

Na moment kompletnie stracił orientację – świat jakby zawirował wokół niego i złożył się ponownie. W jeszcze bardziej dezorientującą całość.

O, szlag.

Ułamek sekundy później przyszła panika.

Stał w pokoiku o ścianach obitych wypłowiałą tkaniną i trzymał ostrze na gardle dziecka.

Dziewczynki ubranej w koronkową sukienkę i naróżowanej jak dorosła kobieta. Ile mogła mieć lat, siedem, osiem? Wpatrywała się w niego z przerażeniem.

Brune opanował się z najwyższym trudem. Wiedział, co się stało. Zmuszenie zahipnotyzowanego do zrobienia czegoś, co na jawie budziłoby w nim głęboki opór, często powodowało przebudzenie.

Odepchnął paskudną myśl, że mając sztylet w ręku, ocknął się dopiero w ostatniej chwili.

Dziewczynka szlochała. Schował broń i wyszedł, nie patrząc już na nią.

Zaraz za drzwiami zmarszczył nos, czując nagromadzony w niewietrzonej przestrzeni zapaszek tanich perfum, stęchlizny, dymu fajkowego i gotowanej kapusty. Korytarz zdobiły nijakie olejne pejzażyki oraz kilka frywolnych rzeźb. Z okna było widać podwórze, a dalej, za drzewami, rzekę. Brune wreszcie rozpoznał, gdzie się znajduje.

To był dom uciech Fersellego w zaułku obok ulicy Rękawiczników. Dziewczynki i chłopcy do piętnastego roku życia. A sam Ferselli, monstrualnie gruby jegomość o uśmiechu słodziutkim jak torcik z masą kajmakową, nadchodził właśnie od strony schodów.

Krzyczącemu zabrakło inwencji, żeby rzucić przekleństwo stosownego kalibru.

Dziewczynka wybiegła za nim z pokoju – na szczęście ubrana, cała i zdrowa, choć mocno wystraszona. Ferselli, skonsternowany, zagapił się na żmija. Ten wcisnął mu w rękę kilka monet.

– Zaszło nieporozumienie – rzucił enigmatycznie i bez dalszych wyjaśnień opuścił przybytek, odbierając po drodze płaszcz od zdziwionego lokaja.

Do domu adwokata wrócił dorożką, bo nie miał najmniejszej ochoty marznąć. Lyspis na szczęście spał i nie zanosiło się na to, by w ciągu najbliższych godzin jego stan miał się radykalnie pogorszyć. Brune powiedział czuwającej przy swoim panu służącej, że idzie się położyć i prosi, by do rana go nie budzono.

W pokoju gościnnym stanął przed małym ściennym lustrem, czując pełzające po plecach dreszcze. Skupił się, oddychając powoli, i przywołał moc.

Nie minęła minuta, gdy odbicie w zwierciadle rozmazało się, a jego miejsce zajęła znajoma sylwetka barczystego mężczyzny z czarną brodą.

– Zorientowałeś się, co? – przemówił Scabre Jaszczur. Teraz już nie bełkotał, przeciwnie – artykułował słowa z niemal aktorską dykcją.

– Ktoś tu jest bardzo sprytny – powiedział powoli Krzyczący. Teraz, poniewczasie, był wściekły na siebie, że nie wykazał większej czujności tuż po pojedynku, nie sprawdził dokładniej, czy jest wolny od obcej obecności. Tak jak się obawiał, wchłonięcie jaźni okazało się w praktyce… infekcją. – Och, jaki sprytny.

– Trzeba sobie radzić, mój drogi. Wchłonąłeś moją duszę, więc trwam w tobie. Kosztowałeś mnie kilkunastu niewolników, ale nic to. Gdy wrócę między żywych, szybko nałapię następnych.

Brune zagapił się na niego, czując lodowate olśnienie.

– Nie pierwszy raz to zrobiłeś, co?

– Widzę, że domyślny z ciebie chłopiec. – Jaszczur uśmiechnął się szeroko. – To bardzo nieuprzejmie z twojej strony, że mi spaliłeś tamto ciało. Lubiłem je. Myślę, że w zamian zatrzymam sobie twoje.

Krzyczący pogroził mu pięścią.

– Wolne żarty. Pozbędę się ciebie, draniu, zanim zdołasz przejąć kontrolę po raz drugi.

– Na twoim miejscu nie byłbym takim optymistą – odrzekł czarnobrody, wzruszając ramionami. – Potrzebuję odrobinki mocy, to wszystko. Gdybyś tylko zabił tamtą małą, już byłbyś mój. A nie jesteś w stanie przez cały czas być czujny i skupiony. Poczekam sobie, mam czas.

Brune zamknął oczy i policzył powoli do dziesięciu. Gdy ponownie spojrzał w zwierciadło, ujrzał tam jedynie swoją twarz i odbicie pokoju.

Zaklął w myślach. No to się, durniu, doigrałeś.

Zamyślił się, próbując sobie przypomnieć wszystko, co wiedział na temat opętań i obcej kontroli. Informacje, które pamiętał, nie były pocieszające, ale teraz, wiedząc o obecności wroga, przynajmniej mógł się bronić.

Po wewnętrznej stronie drzwi narysował kredą siedmioramienną gwiazdę, po jej bokach dwa węże, a w górze oko Harana. Ten sam symbol nakreślił czubkiem sztyletu we wnętrzu własnej dłoni, płytko kalecząc skórę. Potem wygrzebał z torby podróżnej woreczek z opium i podszedł do lustra.

– Jeśli sądzisz, że po tym – potrząsnął lufką – będziesz jeszcze w stanie broić, skurwielu, to się mylisz.

 

***

 

Jego wzmocnione domieszkami opium zadziałało tak, jak miało zadziałać: szybko i skutecznie. Brune spał głęboko, bez snów. Obudził się rankiem niemrawy, otępiały, a przede wszystkim – zachrypnięty i z zatkanym nosem. Ale przeziębienie było chwilowo najmniejszym z jego zmartwień. Zmysłami maga wyczuwał w aurze domu nikłą zmianę, z której wnioskował, że im szybciej uda się do Lyspisa, tym lepiej.

I rzeczywiście. Kiedy tylko zszedł na dół, służąca poinformowała go, że z adwokatem znów jest gorzej – w nocy wymiotował zielonym paskudztwem, a potem zemdlał i dotąd nie mogą go ocucić. Brune czym prędzej pospieszył do sypialni Lyspisa i przekonał się, że ten leży bez ruchu z zamkniętymi oczami, śmiertelnie blady. Zapłakana małżonka siedziała u jego wezgłowia. Zwróciła na żmija spojrzenie pełne niemego błagania.

Krzyczący wyłącznie dla zachowania pozorów zmierzył puls adwokata. W aurze Lyspisa czuł zimną nutę zbliżającej się nieubłaganie śmierci, niczym zapach mrozu w jesiennym powietrzu. Choremu pozostało kilka godzin życia, nie więcej.

Nagle Brune odetchnął gwałtownie. Olśniła go myśl tak genialna w swej prostocie, że aż się wystraszył. Nie każdy pomysł, który w pierwszej chwili wydaje się doskonały, rzeczywiście taki jest.

Ale czemu nie spróbować? Nie miał nic do stracenia.

Jeśli się nie uda – cóż, Synowie Tarantuli będą musieli się jakoś pogodzić z sytuacją. Na szczeblach organizacji dojdzie do przetasowań, Jasme Grinaldi albo błyskawicznie awansuje, albo na odwrót, wkrótce spotka go jakiś nieszczęśliwy wypadek… Samo życie.

Gra wydawała się warta świeczki. Żmij był niemal pewien, że Surhiel nie jest przesadnie honorowa, a jeśli – w co nie wątpił – zapłatę za dręczenie Lyspisa wzięła z góry…

Pytanie tylko, czy przeżyje tę rozmowę. Czy Surhiel nie rozprawi się z nim tak, jak z nieszczęsnym mistrzem Raspahlem.

Cicho, najdelikatniej jak umiał, poprosił panią Lyspis o opuszczenie komnaty. Z rezygnacją wstała i wyszła, rzucając jeszcze od progu spojrzenie na nieprzytomnego męża. Krzyczący zamknął za nią drzwi i pospiesznie zajął się przygotowaniami do rytuału wezwania.

Kwadrans później na podłodze sypialni leżały karty z wypisanymi formułami, wokół malutkiej kadzielnicy rozsnuwał się dym, a żmij cicho recytował inwokację, starając się nie kaszleć. Zaledwie wypowiedział ostatnie słowo, poczuł gwałtowne wahnięcie aury, a potem tchnienie ciepłego wiatru, niosącego zapach kwitnących łąk.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

65. urodziny Ojca Założyciela
Aktualności Fahrenheit Crew - 26 stycznia 2017

26 stycznia 1952 roku w Truskawcu urodził się Eugeniusz Dębski – pisarz…

Back in Black
Recenzja fantastyczna MAT - 17 października 2017

„Pośród cieni” stanowi powrót do mrocznego świata fantasy, w którym toczy się…

70. urodziny Macieja Parowskiego
Aktualności Fahrenheit Crew - 27 grudnia 2016

Polski pisarz, dziennikarz, felietonista i krytyk literacki, scenarzysta komiksowy, a przede wszystkim wieloletni kierownik…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!