Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa” (14)

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Kiedy podniósł wzrok, siedziała u wezgłowia umierającego. Odziana ze stonowaną elegancją, w ciemnej, haftowanej złotem sukni. Czarnowłosa, o śniadej, miękkiej, południowej urodzie. Chyba nie arystokratka – nie demonessa ani demonella. Demonica.

Ale cholernie niebezpieczna. I cholernie piękna.

– Witaj – powiedział w języku magów.

– Nie stoisz w kręgu – zamruczała Surhiel tonem, którego hipnotyzująco przyjemne brzmienie sprawiło, że Krzyczący poczuł dreszcz. Wiedział, jak działają takie głosy.

Ale odwzajemnił jej spojrzenie z udawaną nonszalancją.

– A czy lwa można odegnać trzciną? Zresztą zakładałem, prawdę mówiąc, że rozbieżność interesów nie wyklucza kulturalnego dialogu.

– Ależ oczywiście – odrzekła z uśmiechem. – Potrafię być bardzo kulturalna.

Mierzyła go wielkimi ciemnymi oczami zza firanki rzęs. Zapatrzył się w nie, nie wiedząc nawet kiedy.

I ten zapach jej perfum… Czuł go nawet mimo kataru. Jak nagrzany słońcem ogród.

Surhiel zaczęła szeptać głosem, w którym był miód, orchidee i szemrzące fale, głosem, którego samo brzmienie czarowało i kusiło… Lecz złośliwy los jej nie sprzyjał. Brune nagle zaniósł się suchym kaszlem. Bolesnym i prozaicznym. Urok prysł.

Zaskoczona demonica obserwowała żmija, a on się krztusił. Pospiesznie nalał sobie wody z karafki, wypił trochę – pomogło. Wytarł nos i odchrząknął.

– Przeziębiliśmy się, co? Może syropku z cebuli? – zapytała złośliwie.

– A masz na zbyciu?

Surhiel zaśmiała się dźwięcznie. Potem spoważniała.

– Wiesz, czemu tu jestem, magu. Pytanie brzmi, czego chcesz ode mnie. Bo zapewne wiesz, co robię, kiedy ktoś mnie rozdrażni. – Chuchnęła, a z jej ust wydobył się języczek płomienia.

Krzyczący, który wiedział, że w rozmowach z demonami należy przede wszystkim zachowywać spokój i pewność siebie, odrzekł wolno:

– Na początek możesz mi powiedzieć, kto zapłacił za to, by pan Lyspis zmarł tak nieprzyjemną śmiercią.

Uśmiechnęła się, jakby tylko czekała na to pytanie.

– A nie ciekawi cię, jaka była przyczyna?

– Jeżeli ją znasz – odrzekł wolno – to owszem, ciekawi.

– Z rozkazu pana adwokata otruto pewną uroczą młodą kobietę, żonę królewskiego urzędnika, ale tak, by wyglądało to na śmierć z przyczyn naturalnych. Zdaje się, że podawano jej arszenik w takich dawkach, które nie zabijają od razu. Chorowała przez kilkanaście dni, nim w końcu zmarła. – Surhiel westchnęła z udawanym smutkiem. – Pewna przedsiębiorcza ka-ira, mająca na pieńku z Tarantulą, jakimś sposobem dowiedziała się prawdy, odszukała zrozpaczonego męża tej kobiety i namówiła go, by ją pomścił, wynajmując mnie. Odprawiła dla niego rytuał przywołania za jedyne trzy tysiące leri, a potem wzięła, bagatela, cztery tysiące za to, żeby pan Lyspis spożył w czasie przyjęcia porcję zupy skażonej moją śliną… a może to był wykwintny tort?

– Interesujące. – Krzyczący pokiwał głową. – A czego ty zażądałaś od tego człowieka? Jak ci zapłacił?

– Swoim życiem i duszą, rzecz jasna. – Wzruszyła ramionami. – Nie posiadał niczego innego, co mogłoby mnie interesować.

Brune powoli dopił wodę i odstawił czarkę na stolik. Zachowywał kamienną minę, ale w głowie kłębiły mu się myśli. Że oczywiście nieprzypadkowo nie pozwolono mu drążyć tej sprawy, bo Karakkos znał go aż za dobrze.

Gdybyś wiedział wcześniej, pomyślał. Gdybyś postanowił być nieco bardziej dociekliwy, zamiast przymknąć oczy i w zamian zaangażować się w tę historię z bratem Tei…

Zawsze, cholera, było jakieś gdyby.

Otrzeźwiła go lodowata świadomość, że demonica na niego patrzy – i czeka. Intuicyjnie czuł, że kapryśna Surhiel może w każdej chwili się znudzić i zniecierpliwić, a wtedy będzie po nim.

– Przypuszczam, że już się domyślasz, co chciałbym ci zaproponować. – Przełknął. – Chcę odkupić życie pana Lyspisa. Za dobrą cenę.

Wiedział, że zgodnie z prawami rządzącymi Otchłanią demonica może zabić adwokata, lecz nie ma prawa zabrać jego duszy. Liczył zatem, że – skoro już otrzymała zapłatę – niekoniecznie będzie miała motywację, żeby wypełnić do końca to, do czego się zobowiązała, jeśli tylko w zamian zaoferuje się jej coś dostatecznie kuszącego.

Rzut kośćmi. Niemal słyszał, jak się toczą. Surhiel milczała, namyślając się, a żmij czuł, jak koszula wilgotnieje mu od potu.

– Mogę rozważyć taką możliwość – rzekła w końcu demonica. – Ale tylko pod warunkiem, że mi dobrze zapłacisz. Naprawdę dobrze. Co oferujesz?

– Duszę. – Krzyczący pstryknął palcami. – I to nie byle jaką, piękna Surhiel, ale towar naprawdę pierwszego sortu, bo duszę czarnego maga. Silną, złą, z bezlikiem okrucieństw na sumieniu.

– Twoją? – Surhiel uniosła brwi.

– Nie moją. – Uśmiechnął się wrednie. – Ale mam ją przy sobie.

 

 

7.

 

– Ot, wziął i się przeziębił – powiedziała Fyllis, stawiając na stole talerz z pokrojonym drożdżowym ciastem i masło. – Niech się gęsim smalcem wysmaruje na noc.

– Nic mi nie będzie – mruknął Krzyczący i zakaszlał.

– Podobno pan Lyspis wyzdrowiał? – W oczach starej zaigrały złośliwe ogniki. – A już mu, jak słyszałam, naszykowali trumnę. Dębową, wybitą dobrym suknem.

Brune z nieprzeniknioną miną upił łyk herbaty.

– No cóż, pośpiech w tej kwestii jest równie niewskazany jak w każdej innej.

Nagle Tei krzyknęła, a jej babka zamarła w zgrozie, gdy pośrodku kuchni zaczęła się materializować mglista postać. Po chwili stał przed nimi jegomość odziany w szkarłatny aksamit i drogie futra. Ciemne włosy miał modnie utrefione. W głębi jego czarnych oczu pełgał czerwonawy poblask, zaś usta były wąskie i okrutne. Karakkos, jeden z najwyżej postawionych magów Tarantuli.

Gdy ujrzał Krzyczącego, na jego obliczu odmalowała się najpierw konsternacja, a potem gniew.

– Jak zwykle musiałeś się znaleźć w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie, Keare.

Brune ze stoickim spokojem wytarł nos i odkaszlnął.

– Ale o co chodzi?

– Dostałem rozkaz, by sprawdzić, czy pani Fyllis bądź jej wnuczka zdradziły Tarantulę. Jeśli się okaże, że któraś z nich jest winna, mam od razu wykonać wyrok.

– Zdradziły Tarantulę? W jaki konkretnie sposób?

Bladą, arystokratyczną twarz Karakkosa wykrzywił wzgardliwy grymas.

– Zapominasz się, przyjacielu. To nie jest informacja, o którą powinieneś pytać. A teraz bądź łaskaw wyjść.

Brune z diabelskim uśmieszkiem demonstracyjnie usiadł wygodniej.

– Czemu? Sądzę, że moja obecność nie powinna ci przeszkadzać w zadaniu im kilku pytań.

Doskonale wiedział, że gdyby Karakkos znalazł się z ofiarami sam na sam, nie pożałowałby sobie odrobiny przyjemności. Choć czerń czerpała siły z bólu, nie wszyscy ka-ira lubili go zadawać – ale ci, którzy wyzbyli się sumienia, szybko dochodzili w tym do mistrzostwa. Magią nie torturowało się tak prymitywnie jak żelazem i ogniem, więc mag mógł się zabawiać długo, opić cierpieniem niby kleszcz krwią, nie powodując u ofiar trwałych obrażeń. Ostatecznie, jeśli podejrzane były niewinne, po wszystkim mógł im wymazać pamięć.

Ściągnij tekst:

Powiązane wpisy

Tomasz Jarząb „Wola życia”
Opowiadania - 5 marca 2018

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Urodziny Agnieszki Hałas
Aktualności - 31 grudnia 2018

W Sylwestra 1980 roku na świat przyszła Agnieszka Hałas.

Agnieszka Hałas „Dwie karty”
Ksiażki fantastyczne - 17 sierpnia 2017

Autorka: Agnieszka Hałas Tytuł: Dwie karty Cykl: Teatr węży Wydawnictwo: Dom Wydawniczy…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!