Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa” (2)

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Przybysz beztrosko wszedł tu w zabłoconych wysokich butach. Ale przynajmniej był trzeźwy i na tyle zadbany, że nie współgrało to z wytartą, znoszoną odzieżą. Jego ciemne włosy nie lepiły się w strąki, koszula była czysta. Cerę miał śniadą, a krój stroju nietutejszy.

– Brune Keare – przedstawił się, widząc, że Grinaldi go nie rozpoznaje. – Krzyczący w Ciemności.

Sekretarz przełknął ślinę i skłonił się, pełen ulgi, że ka-ira nie wyciągnął do niego dłoni na przywitanie.

Dobrze znał to imię. Od czasu do czasu przewijało się w korespondencji, jaka przechodziła przez jego ręce.

Krzyczący w Ciemności… Niegdyś sługa żebraczego króla w Shan Vaola nad Zatoką Snów, a od co najmniej dwóch lat wolny strzelec współpracujący z Tarantulą. Nie należał do struktur organizacji, lecz z jakichś względów nie wątpiono w jego lojalność. Elita oferowała bajeczne pieniądze za wydanie go żywego lub martwego – fakt, że dotąd jeszcze chodził wolny, zamiast gnić w którejś z katowni srebrnych magów, najlepiej świadczył o jego umiejętnościach.

Pan Lyspis odstawił pusty kubek, westchnął z ulgą.

– I co? – zagadnął ka-ira. – Haszysz pomógł?

Haszysz?! Ale zwierzchnik czuł się ewidentnie lepiej, więc Grinaldi postanowił nie komentować pomysłów maga. Tymczasem Krzyczący zwrócił się do żony adwokata, która cierpliwie czekała z boku.

– Za godzinę, dwie możecie już spróbować podać mu coś innego niż woda. Rosół albo rzadki kleik, ale nie za dużo. Gdyby znów zaczął wymiotować, dawajcie mu do ssania lód. Jeśli wszystko będzie dobrze, wieczorem może się napić trochę wina na wzmocnienie. Byle dobrego i ostrożnie.

– Haszysz i wino, to mi się podoba. – Chory uśmiechnął się blado. Jednak kiedy ka-ira popatrzył na sekretarza, ten od razu zrozumiał, iż nie jest dobrze.

Adwokat szepnął małżonce kilka słów. Potaknęła i opuściła sypialnię. Kiedy drzwi zamknęły się za nią, Grinaldi odchrząknął.

– Demonolog mówi…

– Wiem, wiem – przerwał ka-ira. – Ten demon to demonica. W przeszłości związana z Doliną Kwiatów, obecnie wolny duch, chętnie wysługujący się magom. Ma na imię Surhiel.

Sekretarz zauważył, że zwierzchnik ma sceptyczną minę. Nic dziwnego. Mogli żmijowi jedynie wierzyć na słowo – lub nie.

– Ktoś jej dobrze zapłacił – kontynuował Krzyczący. – Dla niej to nic osobistego, po prostu interes. Mogę spróbować z nią ponegocjować…

– Mistrz Raspahl się tym zajmie – powiedział Lyspis. Ka-ira prychnął wzgardliwie.

– On? Nie poradzi sobie.

– Z was dwóch to on jest demonologiem – stwierdził sucho adwokat. – Wielokrotnie dowiódł swych umiejętności, przywołując dla nas duchy i wydając im rozkazy.

– Co oznacza, że nie powinien się brać do prób pertraktowania z nimi – odrzekł obojętnie Krzyczący. – Bo nie wyjdzie z tego żywy.

– Wiem, że ty masz jakieś układy z Otchłanią, Keare – oznajmił Lyspis tonem, który na sali sądowej oznaczał, że druga strona może już być właściwie pewna przegranej. – Karakkos też o tym wie. I właśnie dlatego z demonem pertraktować będzie mistrz Raspahl. Czy to jasne?

– Jak słońce. – Twarz żmija nie zmieniła wyrazu. – Dobrze, zatem pozostawię mu tę przyjemność. Ewentualnie, jeśli ma pan jakieś podejrzenie, kto może za tym stać… – zawiesił głos, patrząc na chorego, ale ten potrząsnął głową.

– Nie.

– Ma pan wrogów?

– Siłą rzeczy.

– Takich, którym mogłoby być na rękę usunięcie pana teraz ze sceny?

– To nie twoja rzecz, Keare – uciął Lyspis. – Prowadzenie śledztwa w tej sprawie nie należy do ciebie.

– Wedle życzenia – odparł ka-ira z tym samym niewzruszonym spokojem. – Proszę rozważyć, że jeśli nic nie zrobimy, pańska niemoc będzie postępować. Na razie objawy daje się jeszcze złagodzić haszyszem i laudanum, ale ten stan rzeczy długo się nie utrzyma.

– Czy nie możesz…

– Mogę, oczywiście. – Krzyczący wzruszył ramionami. – Splotę zaklęcia ochronne, lecz one też będą działać tylko przez ograniczony czas.

Adwokat milczał chwilę, przygryzając wargę.

– Ile mam czasu? – zapytał ciszej.

– To zależy od intencji demona. – Żmij się zawahał. – Patrząc na tempo rozwoju objawów, powiedziałbym, że tu chodzi albo o przygrywkę do szantażu, albo o zemstę. Jeśli to pierwsze, wówczas nie ma obawy, demon pana nie zabije. Jeśli to drugie, zleceniodawca prawdopodobnie chce, aby umierał pan długo i boleśnie, a ja mogę ten proces opóźnić, złagodzić jego przebieg, ale nie powstrzymać.

– Ile czasu? – powtórzył adwokat.

– W bardziej pesymistycznym wariancie? Z moją pomocą, przy odrobinie szczęścia, dwa tygodnie. Trzech bym nie gwarantował.

Lyspis skinął głową i zasępił się. Grinaldi wiedział, że zwierzchnik już kalkuluje w myślach, co bezwzględnie trzeba zrobić w następnych dniach. Jakie listy wysłać i do kogo. Które papiery przygotować do spalenia w razie czego. Jakie dyspozycje wydać w banku…

Milczenie, które zapadło, przerwał Krzyczący.

– Ktoś dobrze przemyślał sprawę – powiedział. – To nie jest klątwa, którą można próbować złamać, ani trucizna, na którą można sporządzić antidotum. Czar kozła też nie zadziała, bo demony nie są tak głupie. – Z namysłem popatrzył na adwokata. – Jeśli mamy do czynienia z bardziej optymistyczną wersją wydarzeń, to znaczy z próbą szantażu, przypuszczalnie lada dzień przedstawią wam ofertę.

– Grinaldi – zachrypiał Lyspis, pomijając milczeniem słowa, które padły. – Mistrz Keare ma dla organizacji pozałatwiać kilka spraw w mieście. Gdyby potrzebował coś sprawdzić w naszych rejestrach klientów albo w księgach rozliczeń, oczywiście udostępnij mu je.

Sekretarz skinął głową. Miał szczerą nadzieję, że zwierzchnik oraz góra wiedzą, co robią. Dziwiło go też, że Tarantula nie chce, aby to wezwany ka-ira tropił sprawcę zamachu.

Potem uświadomił sobie, że przecież mocodawcą demona może być, i prawdopodobnie jest, inny mag. A wiele się mówiło o wzajemnej lojalności braci w darze, częstokroć silniejszej niż powiązania z pracodawcami, gildiami, niż jakiekolwiek przysięgi wierności.

Adwokat poprosił o pióro, atrament i papier. Chciał spisać dla Grinaldiego listę dyspozycji na resztę dnia. W czasie, gdy był tym zajęty, Krzyczący podszedł do okna i uchylił je, wbrew stanowczym zaleceniom medyka wpuszczając do sypialni świeże, zimne powietrze. Oparł się o parapet i patrzył w dal, gdzie nad ośnieżonymi dachami miasta majaczyły ciemne zarysy gór.

Grinaldi nagle spostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył – blizny na policzku ka-ira. Trzy białe jak kość szramy, a wokół nich nierówne, przebarwione ślady jak od starego oparzenia.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Hanna Karwowska „Chłopiec z XXI wieku”
Opowiadania Fahrenheit Crew - 1 czerwca 2014

– A radio macie? – No, jakże. Przecie, ze mom. I telewizor… W niedziele to sie słucha…

Warsztaty literackie Agnieszki Hałas
Aktualności MAT - 3 maja 2018

Za tydzień w czwartek 10 maja w lubelskiej Bibliotece Kameralnej SM „Czechów” przy ul. Harnasie 11 o godzinie 18:00 rozpoczną…

Premiera „Pośród cieni” Agnieszki Hałas
Aktualności MAT - 17 października 2017

Dziś, 17 października, nakładem Domu Wydawniczego REBIS trafia do księgarń drugi tom cyklu Teatru…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!