Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa” (4)

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

– To oczywiste – odrzekła Tei urażonym tonem. Babka chwyciła ją pod brodę, zajrzała z bliska w oczy. Wzrok miała zimny i najzupełniej pozbawiony życzliwości.

– Słuchaj mnie, dziewczyno, bo to nie żarty i nie targowanie się o cenę przypraw. Jeśli on zażąda twojego warkocza albo obciętych paznokci, dasz mu je. Jeśli zechce cię zarekomendować do organizacji, wiedz, że nie mam nic przeciwko. Ale jeśli wdasz się z nim w interesy, a później on postanowi cię po cichu zabić, bo jesteś zbyt domyślna i za dużo wiesz, nie będę dochodzić sprawiedliwości, tylko zapomnę, że miałam kiedyś wnuczkę głupią jak but. Pojmujesz?

Tei pokiwała głową.

 

***

 

Stara Fyllis od czterdziestu lat, od śmierci męża, trudniła się lichwą. Na małą skalę – pożyczała tylko drobne kwoty, przyjmując w zastaw biżuterię, futra i odzież – ale wszyscy znali jej skąpstwo, więc plotkarze szeptali, że w piwnicy starego domku ani chybi stoją skrzynie pełne złota i klejnotów. Mimo to nie musiała się obawiać złodziei.

Fyllis pracowała dla Synów Tarantuli – była Córką Tarantuli, jak żartobliwie mawiali niektórzy. Kobiet w organizacji zresztą nie brakowało, tak jak nie brakowało ich w cechach rzemieślniczych i kupieckich. Z punktu widzenia zwierzchnictwa była w Fal Tirra ważnym trybikiem, prawie równie ważnym jak adwokat Lyspis czy sędzia Beck. Przechowywała skradzione kosztowności oraz przyjmowała wpłaty – w gotówce i kruszcach – głównie od kapitanów, którzy płacili organizacji za to, by ich statkom nie groziła napaść piratów.

Tei mogłaby przysiąc, że dobrze wie, co można znaleźć u babki w piwniczce: marchew, rzepę, buraki, cebulę oraz beczki z kiszoną kapustą. Nigdy nie spostrzegła klapy wiodącej jeszcze niżej. Ktoś niepowołany, kto znałby się na Zakazanej Sztuce na tyle, żeby tę klapę wypatrzyć i złamać czary chroniące przed jej otwarciem, ryzykował porażenie trzema różnymi klątwami – tylko po to, żeby ujrzeć loszek pełen zakurzonych rupieci.

Raz na tydzień czy dwa, zawsze po zmroku, do Fyllis przybywał któryś z magów organizacji. Pokazywał listę spisaną przez przełożonych, a lichwiarka brała latarnię, schodziła do piwnicy i przynosiła kiesy z brzęczącą złotą zawartością, czasem biżuterię, czasem ozdobne naczynia. Ka-ira sprawdzał, czy złoto nie jest obłożone żadną paskudną klątwą i czy nie zawiera innych niespodzianek, jak ukryte portale czy uśpione demony, bo po klientach Tarantuli można się było spodziewać wszystkiego. Potem uprzejmie dziękował, podpisywał się w odpowiedniej rubryce jednej z ksiąg rachunkowych, których staruszka miała w kantorku całą szafę, zabierał pieniądze oraz kosztowności i znikał równie dyskretnie, jak się pojawił.

Własne oszczędności Fyllis oczywiście przechowywała tam, gdzie i fundusze organizacji, dzięki czemu były bezpieczne jak nigdzie indziej.

Stękając, wspięła się teraz po schodkach do kuchni, gdzie czekał jej gość, odstawiła latarnię, zamknęła klapę, po czym rozłożyła przyniesione rzeczy na stole.

– No, niech sprawdza.

Żmij zaczął po kolei oglądać przywiezione z odległych krain naszyjniki, zausznice i inne dziwne ozdoby – wszystko ze szczerego złota, inkrustowanego turkusami, masą perłową i jadeitem. Fyllis przyniosła wcześniej z kantorka wagę jubilerską, ale Krzyczący w Ciemności jak zwykle nie uważał za stosowne z niej skorzystać, zupełnie jakby bardziej ufał tym swoim kocim oczom. Nie spieszył się. Kiedyś już zdarzyło mu się trafić na kolię zdolną ożyć i udusić pechową damę, która założyłaby ją na szyję, innym razem – na pierścień, w którym ukryto klątwę paraliżu. Próba unieszkodliwienia obu przedmiotów zakończyła się ich zniszczeniem, ale przynajmniej obyło się bez ofiar w ludziach.

Stara kobieta pomyślała cierpko, że Tei ma szczęście: jedyny ka-ira, z jakim była skłonna pozwolić wnuczce zamienić choćby słowo, zjawił się w Fal Tirra po raz pierwszy od ponad roku. Zwykle po kosztowności przybywali Karakkos albo Żałobnik, a kontakty z nimi wolała ograniczać do absolutnego minimum.

Czarna magia, Zakazana Sztuka, karmiła się cierpieniem, zaś o parających się nią mistrzach krążyły paskudne opowieści. Trafiali się wśród nich zarówno zdemoralizowani sadyści, mordujący dla zabawy, jak i nieprzewidywalni szaleńcy, a choć magowie pracujący dla Tarantuli nie zaliczali się do żadnej z tych kategorii, Fyllis czuła się w ich obecności równie komfortowo, co w obecności dobrze wytresowanego lwa.

– To nie jest czyste złoto, ciotko Fyllis – odezwał się tymczasem Krzyczący, ważąc w dłoniach gruby łańcuch.

– Jak to nie?!

– Tak to. Przynajmniej połowa ogniw jest z pozłacanego srebra. Muszę to zapisać.

Fyllis usłużnie podsunęła mu kałamarz i pióro. Ilekroć coś było nie tak z rzeczami przynoszonymi ze skarbca, od razu miała zimną gulę w gardle. Pamiętała, co przed laty zrobił Karakkos człowiekowi, po którym przejęła funkcję skarbnika Tarantuli w Fal Tirra i którego przyłapano na oszukiwaniu organizacji. Mag unieruchomił go zaklęciem, a potem kolejno przemieniał szpik wewnątrz każdej kości we wrzący ołów.

– Jakże się miewa pan adwokat? – zapytała, by zmienić temat.

– Żyje – odparł zwięźle Krzyczący. – I tego się póki co trzymamy.

Fyllis przeklęła w myślach nieszczęsny łańcuch, który spotęgował jej niepokój. Nie uśmiechało jej się teraz proszenie czarnego maga o pomoc w prywatnej sprawie. Ale słowo się rzekło, a przy tym – wbrew temu, co mogła sądzić Tei – staruszka szczerze martwiła się losem wnuka, nawet jeśli był to wnuk niemądry i nierozsądny.

Kiedy już wszystkie ozdoby zostały odhaczone na liście i spakowane do zamszowej torby, a Krzyczący miał się zbierać do wyjścia, spokojnie poprosiła, by został jeszcze chwilę. Wyjaśniła pokrótce, w czym rzecz, następnie zaś zawołała wnuczkę.

 

***

 

Tei znała pogłoski o czarnych magach – żmijach, jak ich nazywano. Ale mając za sobą bankructwo i śmierć ojca, a później zniknięcie brata, umiała zebrać się w sobie i stłumić strach.

Gdy weszła do kuchni, przy stole siedział szczupły mężczyzna w trudnym do określenia wieku. Włosy miał ciemne, związane z tyłu, a cerę śniadą, choć nie aż tak jak Nedgvarczycy. Tei dostrzegła żółte błyski w głębi jego źrenic i przeszedł ją dreszcz. Co innego słyszeć plotki, a co innego ujrzeć jednego z nich na własne oczy.

Dygnęła uprzejmie. Mag nic nie powiedział, tylko zmierzył ją wzrokiem, po czym spojrzał pytająco na babkę.

– Sądziłem, że ona nie powinna wiedzieć – stwierdził powoli. Fyllis zaśmiała się. Tei znała ją już na tyle, żeby wyczuć napięcie skrywane pod tym śmiechem.

– No, nie należy jeszcze do organizacji, ale tylko dlatego, że pan Lyspis z zasady nie rekomenduje nikogo, kto nie skończył siedemnastu lat. Gdy tu zamieszkała, Karakkos dostał kosmyk jej włosów, więc gdyby… ale ona nikomu nie piśnie słówka. To mądra dziewczyna. – Poklepała wnuczkę po ramieniu i znów zaśmiała się nerwowo. – Wiesz, jeszcze trochę i ktoś będzie musiał po mnie przejąć interes, Brune. Nie robię się coraz młodsza.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Nominacje do Zajdli 2017
Aktualności - 22 maja 2017

W sobotę (20.05.) podczas Warszawskich Targów Książki ogłoszono nominacje do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza…

Hanna Karwowska „Chłopiec z XXI wieku”
Opowiadania - 1 czerwca 2014

– A radio macie? – No, jakże. Przecie, ze mom. I telewizor… W niedziele to sie słucha…

Łukasz Sikora „Centralne Biuro Śledzenia Autorów”
Opowiadania - 20 czerwca 2014

Pan Mietek uważał się za wzorowego pracownika, w takim przekonaniu utwierdzały go…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!