Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Brune Keare, który przez cały czas uważnie słuchał, teraz zmrużył oczy.

– Jak wyglądał?

– Wysoki, czarnowłosy, brodaty. Ubrany dostatnio. Pan Ulfer, tak mówił do niego Zakari. Panie Ulfer. Ale co mi najbardziej zapadło w pamięć, to jak ten kupiec niewyraźnie mówił, bełkotał po prostu. – Wyjęła zza dekoltu list gończy i rozłożyła go. – Panie magu… Tydzień temu zobaczyłam na targu ten portret, przeczytałam opis i aż mnie zmroziło. Ja myślę, że to był ten człowiek. Ten cały Scabre Jaszczur.

Żmij uważnie popatrzył na sfatygowany drzeworyt, potem na kilka zdań pod nim.

– Mag może odmienić swój wygląd, w pewnych granicach, ale nie zmieni głosu – powiedział powoli. – To masz na myśli?

– Tak. – Spojrzała na niego. – Bo tak właśnie jest, prawda?

– Owszem. – Nadal wpatrywał się w wizerunek poszukiwanego. – Tu piszą: znaki szczególne, wada wymowy. No tak, ja też słyszałem, że Jaszczur został kiedyś postrzelony w podbródek, a grot strzały uszkodził mu język i podniebienie. Ale wielu ludzi mówi niewyraźnie z takiego czy innego powodu. Wysoki, czarnowłosy i bełkoczący… to niewiele, Tei.

– Wiem. – Spuściła głowę. – Ale to jeszcze nie koniec, panie magu. Nazajutrz spotkałam Zakariego jeszcze raz. Na targu, kiedy robiłam rano zakupy. Popatrzył na mnie, zmarszczył brwi i spytał: czy ja cię znam? Potem mówi tak: czekaj, ty jesteś moją siostrą, prawda? Myślałam, że jest pijany, albo że sobie żartuje… – Podniosła wzrok, bojąc się oskarżenia, że opowiada bzdury, ale żmij słuchał z uwagą, wsparłszy podbródek na dłoni. – A potem po prostu odwrócił się na pięcie i odszedł. W tłumie nie dałam rady go dogonić, zniknął mi z oczu. I nie widziałam go od tamtej pory. Pytałam o niego w tawernach, ale nikt nic nie wie. – Rozłożyła ręce. – Babka nie chce mi wierzyć… A ja się boję. Nie wiem, w co Zakari się wplątał – wzięła głęboki oddech – i nie wiem, co można z tym zrobić – zakończyła, garbiąc się.

– Mogę odszukać twojego brata – powiedział Brune Keare po dłuższym milczeniu. Otwarła usta, ale powstrzymał ją gestem i kontynuował. – Żeby wszystko było jasne: będziesz musiała zapłacić. Ty, nie pani Fyllis. – Patrzył na nią z powagą, która sprawiła, że Tei znów poczuła dreszcz. Ale skinęła głową.

– Dobrze – powiedziała cicho.

– Więc umowa stoi – oznajmił rzeczowo, dolewając sobie herbaty. – Teraz będę potrzebował czegoś, co należało do twojego brata. Idealne byłoby coś metalowego, co stale nosił przy sobie: broń, pierścień, talizman od uroku… Ewentualnie jakaś stara sztuka odzieży.

– Nic nie mam. – Tei bezradnie rozłożyła ręce.

– Jesteś jego rodzoną siostrą? – spytał po chwili namysłu. – Z jednego ojca i jednej matki, tak? Więc może wystarczy kropla twojej krwi. Przynieś czystą chustkę.

Kiedy spełniła polecenie, wyjął sztylet o zdobionej drogimi kamieniami rękojeści, udowadniając mimochodem, że – tak jak przypuszczała – wygląd ubogiego magistra to pozory. Ujął jej dłoń i lekko skaleczył opuszkę kciuka, po czym przyłożył chustkę do ranki. Patrząc, jak na płótnie pojawia się czerwona plamka, Tei pomyślała, że jeśli wierzyć opowieściom, nie mogła zrobić głupszej rzeczy: czarny mag dostał jej krew, ma ją w swojej mocy.

Brune Keare złożył chustkę i wsunął ją w zanadrze.

– Daj mi… – Zamyślił się, potem pstryknął palcami. – Daj mi cztery dni, zrobię rozpoznanie. I zobaczymy.

Zebrała się na odwagę, żeby zadać pytanie.

– Co podejrzewacie?

– Że Zakari faktycznie pracuje dla kogoś nieciekawego, nawet jeśli nie dla tego typa. – Stuknął palcem w list gończy. – I że warto, żebym przeprowadził małe śledztwo, bo Tarantula może być zainteresowana wynikami. Kiedy dowiem się więcej, powiem ci. Spotkajmy się… spotkajmy się za cztery dni o zmierzchu przed wejściem do budynku sądu. – Zawahał się. – Będę wyglądał inaczej, nie zdziw się.

– Jak was rozpoznam?

Znów ten przelotny uśmiech, właściwie cień uśmiechu.

– Poproszę cię o pięć leri.

 

***

 

Kiedy o wyznaczonej porze zjawiła się we wskazanym miejscu, sypał śnieg, a ulice pokrywała błotnista breja. Z budynku sądu właśnie wychodziła grupa ludzi. Załadowali się do dwóch czekających dorożek, a gdy te odjechały, Tei podeszła bliżej.

Obok wejścia, w niszy między kolumnami, siedział zakutany w łachmany staruszek. Na jej widok wyciągnął rękę omotaną brudnym bandażem.

– Panienko? Pięć leri dla starego kaleki?

Zawróciła, sięgając do kieszeni po pieniądze. Schyliła się, żeby podać mu monetę, a wtedy żebrak szepnął:

– Idź do tej kamienicy po drugiej stronie placu, gdzie nad wejściem stoi rzeźbiony lew, i zaczekaj w bramie. Zaraz do ciebie dołączę.

Zaintrygowana zrobiła, jak kazał. Chwilę później rzeczywiście się pojawił. Szedł zgarbiony, powłócząc nogami. Otworzył kluczem drzwi kamienicy i dał znak, żeby Tei weszła.

– Idź na poddasze – powiedział.

Na schodach cuchnęło gotowaną kapustą, a w izdebce, do której weszli – pluskwami. Było zimno, wiatr ciągnął przez szpary. Żmij szepnął coś i stojąca na okapie kominka łojówka zapłonęła, oświetlając obdrapane ściany. W pomieszczeniu znajdował się tylko stary stół i dwa chybotliwe krzesła. Tei usiadła na jednym z nich, nie zdejmując szubki i rękawiczek. Choć próbowała nadrabiać miną, czuła się nieswojo.

Mag nie wiedzieć kiedy powrócił do normalnego wyglądu; jego łachmany zmieniły się w podbity futrem płaszcz i czapkę, którą zaraz zdjął. Tei nagle uświadomiła sobie, że na jego policzku widnieją teraz trzy szramy, biegnące od skroni do kącika ust. W drgającym blasku świecy, ze źrenicami rozszerzonymi w żółte kręgi, wyglądał upiornie, ale dziewczyna narzuciła sobie spokój.

Żmij odwinął z ręki bandaż, stanowiący dopełnienie przebrania, i wyjął spod niego złożony kawałek pergaminu, który schował do skrytki w podłodze.

– Sprawy Tarantuli – wyjaśnił, złowiwszy spojrzenie dziewczyny. Przestawił lichtarz na stół i usiadł na drugim krześle. – Teraz słuchaj, co udało mi się ustalić. Twój brat służy u niejakiego Rhosta Ulfera, kupca, który handluje tkaninami w Bel Ingre. Ten Rhost Ulfer nie dość, że zarabia naprawdę duże pieniądze, to jest powiązany z tamtejszą gildią przestępczą. Z pewnością pomaga wprowadzać w obieg zrabowane przez piratów złoto i towary, ale to akurat nas nie interesuje. Ważne, że pan Ulfer ma w Bel Ingre niedobrą opinię. Krążą słuchy o jego wrogach i konkurentach, którzy znikali bez śladu albo przytrafiały im się przykre rzeczy. Oczywiście żadnych dowodów. – Uśmiechnął się kącikiem ust. – Nie powiem, chętnie sprawdzę, czy faktycznie jest tak szczwanym draniem, jak mówią.

Ściągnij tekst:

Powiązane wpisy

Program Dragonu!
Aktualności - 21 maja 2016

patronatWielkimi krokami zbliża się Ogólnopolski Konwent Gier Fantastycznych Dragon! Przez cztery dni uczestnicy…

„Harda Horda” – nowa antologia SQN
Ksiażki fantastyczne - 31 stycznia 2019

Najpierw na profilach Facebookowych kilku fantastycznych pisarek i wydawnictwa SQN pojawiła się…

Łukasz Sikora „Centralne Biuro Śledzenia Autorów”
Opowiadania - 20 czerwca 2014

Pan Mietek uważał się za wzorowego pracownika, w takim przekonaniu utwierdzały go…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!