Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa” (8)

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Chciał wspomóc chorego siłą życiową Tei, ale gdyby wsączył ją w Lyspisa w postaci nieprzetworzonej, tylko dodałby mocy demonowi, który połączył się z dręczonym astralną więzią. Z kolei przetworzona czarami w kordiał esencja okazała się bezużyteczna – dręczyciel nie był tak głupi, żeby pozwolić choremu ją wypić.

Pozostało odczekać kwadrans, podać adwokatowi laudanum oraz napar z mięty i czekać, aż pogorszenie kolejny raz ustąpi samo. Demon igrał ze swoją ofiarą, pozwalał jej złapać nieco wytchnienia – tylko po to, by po kilku czy kilkunastu godzinach zaatakować znowu.

Lyspis w końcu przestał kaszleć i zdyszany opadł na poduszki. Z zamkniętymi oczami wyglądał jak trup.

Do sypialni zajrzał Grinaldi. Minę miał niepewną. Żmij gestem kazał mu zaczekać na zewnątrz, a potem wyszedł na korytarz i przymknął za sobą drzwi.

– Jakieś wieści od uczonego demonologa? – spytał cicho.

– Uczony demonolog nie żyje – oświadczył sekretarz. – Dopiero co przyszedł list. Proszę, czytajcie. – Wręczył Krzyczącemu kartkę, którą ten przebiegł wzrokiem.

Wiadomość była krótka, niegramatycznie nabazgrana przez któregoś z współpracujących z Tarantulą strażników miejskich. Ciało mistrza Raspahla znaleziono tego ranka w izbie, którą wynajmował w domku na przedmieściach, okropnie poparzone, częściowo spalone na węgiel. Na ścianie i podłodze widniały wypisane kredą magiczne znaki.

– Próbował pertraktować z Surhiel – stwierdził beznamiętnie żmij. – A nie mówiłem, żebyście to zostawili mnie?

 

***

 

Na dworze, w zapadającym zmierzchu, sypał i sypał śnieg. Krzyczący stał przy okienku na opuszczonym poddaszu i patrzył w zamyśleniu na tonące w bieli dachy.

Nie zamierzał narażać życia dla Tarantuli, próbując zrobić to, czego nie przeżył mistrz Raspahl. Zwłaszcza że oni bynajmniej go o to nie poprosili, wprost przeciwnie. Kiedy pan Lyspis doszedł do siebie na tyle, żeby wysłuchać wieści o demonologu, oświadczył jedynie, że w tej sytuacji trzeba poczekać, co zarządzi Karakkos.

Ich wybór.

Żmij zdecydowanym gestem zamknął okiennice i poszedł sprawdzić skrytkę. Zaledwie ją otworzył, poczuł lekkie wahnięcie aury. Cofnął się, widząc, że w otworze coś zaczyna się poruszać. Po chwili na podłogę wylazł wielki szczur. Zatrzymał się i utkwił w Krzyczącym paciorkowate ślepia.

– Co ty kombinujesz, bracie? – przemówił ostro głosem Karakkosa.

– To znaczy?

– Wiesz, o czym mówię. Czego szukasz w Bel Ingre? Płacimy ci dość, żebyś się teraz nie zajmował innymi sprawami niż nasze.

– A w czym problem? Sądziłem, że to, czym się zajmuję w wolnym czasie, jest moją prywatną sprawą.

– Nie wtedy, kiedy pracujesz dla nas. Jeśli Lyspis umrze…

– Nie umrze tak prędko – odrzekł sucho Krzyczący. – Ewidentnie nie na tym zależy sprawcom jego kłopotów. A ja przypadkiem odkryłem w Bel Ingre coś, co może was zainteresować, ale muszę dowiedzieć się więcej.

Szczur nadął się, rosnąc w oczach, aż stał się większy od kota. Jego ślepia zajarzyły się rubinowo i złowrogo.

– Zostaw to, słyszysz? Masz co robić w Fal Tirra i tego się trzymaj.

– Pan Lyspis umrze najdalej za tydzień, niezależnie od tego, czy będę całymi dniami czuwał przy jego łożu, czy nie – powiedział ze znużeniem Krzyczący. – Jeśli zależy wam na tym, żeby wyzdrowiał, ściągnijcie tu bardziej kompetentnego demonologa zamiast takiego, który po rozmowie z demonem kończy jako skwarka. Albo wytropcie tego, kto stoi za całą sprawą. Lub stwórzcie mi możliwości po temu. Byle szybko.

– Młodszy bracie…

– Tak, wiem. Mam nie wnikać w powody waszych decyzji. I nie wnikam.

– Czego szukasz w tym Bel Ingre?

– Czegoś ważnego.

– Niech cię szlag – warknął Karakkos. Szczur stawał się coraz bardziej przezroczysty, rubinowe iskry jego ślepi przygasły: utrzymywanie magicznej projekcji na taką odległość wymagało dużego wysiłku. – Jeśli czegokolwiek zaniedbasz w Fal Tirra, dopilnuję, żeby góra wyciągnęła konsekwencje, rozumiesz?

Potem znikł w obłoczku cuchnącego dymu. Krzyczący wzruszył ramionami.

Zobaczymy, co powiesz, kiedy sprezentuję wam niespodziankę, pomyślał. Wiedział z doświadczenia, że Tarantula, kiedy dostanie na tacy coś, co chciała dostać, zdumiewająco łatwo wybacza niesubordynację – inaczej nie współpracowałby z nimi od dwóch lat.

Pod warunkiem, oczywiście, że nie powinie mu się noga, bo wtedy skutki rzeczywiście mogły być… niemiłe. Ale zamierzał dołożyć starań, żeby się udało.

Bynajmniej nie chodziło o złoto. Miał swoje własne, prywatne powody, żeby chcieć dopaść Jaszczura. Od Tei zażądał zapłaty – w raczej symbolicznej wysokości – tylko po to, żeby uczynić zadość wymogom prawa magów, które zabraniało pomagania komukolwiek za darmo.

Na dworze zapadły ciemności. Krzyczący ponownie spowił się w iluzję, przybierając postać żebraka. Miał kilka zleconych przez Lyspisa spraw do załatwienia w najgorszej dzielnicy miasta. Ale potem, przy odrobinie szczęścia, może zostanie mu jeszcze trochę czasu do spożytkowania tak, jak uzna za stosowne.

Fakt, że nakazano mu leczyć chorego objawowo i nie podejmować ani śledztwa, ani prób pertraktacji z demonem, trochę żmija dziwił, lecz w obecnej sytuacji był mu tylko na rękę.

 

***

 

Nazajutrz przed południem w domu adwokata zjawił się gość. Wysoki, chudy mężczyzna o posępnym spojrzeniu, odziany zamożnie, acz bez ostentacji. Feren Berilt zwany Żałobnikiem.

Pan Lyspis spał, napojony laudanum. Już wieczorem poczuł się lepiej, a tego ranka zdołał nawet zjeść miseczkę kleiku. Zaledwie Żałobnik przestąpił próg sypialni, powęszył i uśmiechnął się drwiąco.

– Cóż za stężenie bólu. – Popatrzył na Krzyczącego. – Pozazdrościć, braciszku.

– Karakkos cię tu przysłał, aby uzyskać trzecią opinię?

– Nie inaczej. – Żałobnik podszedł do łoża, sprawdził puls śpiącego i posłuchał jego oddechu. Uniósł brwi. – Hm, czyżby polepszenie?

– Do wieczora znów mu się pogorszy. – Krzyczący wzruszył ramionami. – Surhiel bawi się z nim jak kot z myszą.

– Po tym, jak zginął mistrz Raspahl, próbowaliśmy z Karakkosem ją zawezwać, ale bez skutku. To dla niej nie pierwszyzna. – Żałobnik rozejrzał się po komnacie i uniósł brwi, patrząc na przypięty do zasłony łoża wianek z gałązek bukszpanu, do którego przywiązana była nitką woskowa laleczka. – Rytuał ochronny Cymmergusa, no, no. Czego użyłeś jako ofiary?

– Pani Lyspis poświęciła swoje włosy.

– Ach, no tak, a ja się dziwiłem, czemu je ścięła. – Żałobnik pokiwał głową. – Biedna kobieta, nie chciałbym być teraz na jej miejscu – dodał rzeczowo. – Jeśli małżonek umrze, w organizacji dojdzie do przetasowań, a ona nie ma nikogo, kto byłby skłonny zostać jej protektorem, rozumiesz?

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Łukasz Sikora „Centralne Biuro Śledzenia Autorów”
Opowiadania Łukasz Sikora - 20 czerwca 2014

Pan Mietek uważał się za wzorowego pracownika, w takim przekonaniu utwierdzały go…

Back in Black
Recenzja fantastyczna MAT - 17 października 2017

„Pośród cieni” stanowi powrót do mrocznego świata fantasy, w którym toczy się…

Nagrody Nowej Fantastyki 2018
Aktualności Fahrenheit Crew - 21 maja 2018

Podczas odbywających się w miniony weekend Warszawskich Targów Książki zostali ogłoszeni laureaci…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!