ISSN: 2658-2740

Agnieszka Hałas „Różowe i czarne”

Opowiadania Agnieszka Hałas - 27 października 2022

Ilustracja: Agnieszka „Achika” Szady

Różowe i czarne (fanfik, czy też pastisz)

Disclaimer: Żaden bohater nie został skrzywdzony w trakcie pisania tej historii (no, może poza Szczęsnym, ale on był skrzywdzony już w materiale źródłowym).

Lektura przeznaczona dla osób, które czytały źródło inspiracji: powieść Marty Kisiel „Siła niższa”, ew. serię o Małym Lichu.

Tekst zawiera lokowanie dobrej muzyki.

1.

Na półkuli północnej, w strefie klimatu umiarkowanego, listopad – niestety! – to listopad. Czas słoty, przeziębień, coraz wcześniej zapadającego zmierzchu i pogłębiającej się depresji, z którą Konrad Romańczuk zwykł walczyć w najlepiej sobie znany sposób: rzucając się w wir pracy. Nic nie przywracało mu chęci do życia równie skutecznie, jak adrenalinowy kop sprowokowany magicznym hasłem „deadline”.

Zamknięty w swej klitce na piętrze Konrad klepał zatem dziarsko w klawiaturę, wyczarowując kolejny tom wiekopomnego cyklu powieściowego. Tymczasem pozostali domownicy stali w obliczu problemu – sześcioletni Bożydar Antoni Jekiełłek, syn Kamili Bożeny Jekiełłek, zwanej Carmillą, i panicza Szczęsnego, już od tygodnia miał katar, więc nie mógł wychodzić na dwór. I się nudził.

Przejadły mu się ukochane japońskie kreskówki, budowanie z klocków, tropienie różowych królików, a nawet pomaganie Krakersowi w kuchni. Nudził się i marudził z tego powodu tak niemiłosiernie oraz rozrabiał tak kreatywnie i uparcie, że tego dnia zdążył już nadużyć cierpliwości wszystkich lokatorów domu, z najcierpliwszym na świecie Lichem włącznie.

Kiedy po południu zwabił podstępnie do reklamówki kotkę Zmorę i niósł ją do łazienki zamieszkanej przez utopca, żeby sprawdzić, co się stanie, gdy reklamówka wraz z zawartością wyląduje w wypełnionej wodą, mułem i glonami wannie, w ostatniej chwili zdybał go Turu Brząszczyk. Uwolnił zdenerwowanego kota (Zmora zahyczała wściekle i czmychnęła), zrugał Bożka, po czym zaproponował mu partyjkę warcabów.

Bożek nie chciał grać w warcaby. Nie chciał też bawić się z Guciem, który przypełzł skądś, cały w pajęczynach, radośnie potrząsając trzymanymi w mackach samochodzikami i jednym fioletowym flamastrem. Świat był wstrętny, katar okropny, a Bożek bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwy.

Markotnie ruszył do swojego pokoju, jednak w połowie drogi przystanął, bo usłyszał, że mama kłóci się z tatą.

Tata Bożka, z racji bycia widmem, rzadko pojawiał się w świecie żywych. Zwykle wymagało to czynności przygotowawczych: narysowania pentagramu i zaangażowania przynajmniej jednego medium (choć czasem wystarczyło zejść do piwnicy i głośno recytować wiersze o miłości). Bożek mógł tylko zgadywać, co tym razem sprowadziło Szczęsnego z zaświatów. Podkradł się do uchylonych drzwi pokoju mamy i nadstawił ucha.

– …wstydu nie masz! – krzyczała mama tonem, który Bożek doskonale znał. – Zero zaangażowania w wychowanie syna, ze-ro, a potem ni z gruszki, ni z pietruszki wpadasz na pomysł, żeby go zabrać na wakacje! I żeby jeszcze chodziło o wyjazd w jakieś normalne miejsce! Do Ustki, o! Żebyś ty go łaskawie chciał zabrać do Ustki!

– W Ustce, nadobna acz okrutna matko mojego potomka, jest niebezpiecznie – odrzekł z godnością panicz Szczęsny. – Opowiadał mi jeden nieszczęśliwy duch błąkający się po zaświatach, że utonął tam w spienionym, zimnym Bałtyku, a fale wyrzuciły jego trupa na plażę.

– Nie zmieniaj tematu! Żebyś ty łaskawie chciał zabrać Bożka w jakiekolwiek przyzwoite miejsce, gdzie są pensjonaty, place zabaw i atrakcje dla dzieci! Lody! Raczyłeś kiedykolwiek zabrać swojego syna na lody?

– Nimfo promiennooka – spróbował znów Szczęsny, a Bożek wychwycił w jego głosie subtelne echo desperacji – na łąkach elizejskich jest cisza i spokój, mnóstwo zieleni, nie ma komarów, Wergiliusz prowadzi warsztaty poetyckie…

– JA CI TU ZARAZ DAM WARSZTATY!

Do Bożka nagle dotarło, że z łazienki na parterze wychyla się zaciekawiony utopiec, generując na parkiecie mulistą kałużę, z kuchni wygląda Krakers, ze schowka na szczotki zafrasowane Licho i dziewięć różowych królików, a na schodach stoją i podsłuchują bez żenady trzej widmowi niemieccy żołnierze ze strychu. Z bogobojnym szacunkiem w oczach szeptali między sobą coś o wütende Frau[1].

– Ty nieodpowiedzialny bubku! – Carmilla dopiero się rozkręcała. Nabrała tchu. – Wierszokleto od siedmiu boleści! Tani czarusiu z zaświatów, stylizowany na Wertera! I to nieudolnie!!!!

Wehrmachtowcy odruchowo się skulili. Utopiec zachichotał. Rudolf Valentino i jej potomstwo tylko patrzyły, a z ich małych, złośliwych ślepek wyzierała najczystsza Schadenfreude.

Z pokoju Carmilli dobiegł huk – coś łomotnęło o ścianę. Bożek w ostatniej chwili odskoczył sprzed drzwi, gdy te otwarły się z rozmachem. Z wnętrza najpierw wybiegł skomlący york, potem wypadł Szczęsny, z jękiem osłaniając potargane blond kędziory i gubiąc w pośpiechu dwie frotki, a na końcu wyłoniła się Carmilla z miną i postawą godną mitycznych Furii. Gestem mówiącym więcej niż tysiąc słów uniosła ciężki biurowy dziurkacz.

Widmowy poeta, częściowo tracąc materialność, zrejterował aż w okolice schodów do piwnicy. W jego błękitnych oczach zabłysły fosforyzujące krople ektoplazmy.

– O losie okrutny! Świecie nielitościwy! – Załamał ręce tak efektownie, jakby setki razy ćwiczył tę pozę przed lustrem. – Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto! Wzgardziłaś mymi staraniami, przeto odchodzę! Poszukam ukojenia w lepszym świecie!

Dolna część jego sylwetki zaczynała się zamazywać, podejrzanie wydłużać i zielenieć. Bożek wstrzymał oddech.

Na parkiet spłynęły świecące, ciągnące się efektownie gluty śluzu w złowrogim odcieniu przetrawionego szczawiu.

Carmilla zamarła z rozdziawionymi ustami – ewidentnie zabrakło jej słów. Wehrmacht w trzech osobach cicho zagwizdał z wrażenia. Utopiec czym prędzej skoczył do łazienki, wrócił ze smartfonem i zaczął filmować niezwykłe zjawisko.

Zamiast po prostu rozpłynąć się w kałużę ektoplazmy i zniknąć, Szczęsny… no cóż, rozpływał się.

I rozpływał.

I rozpływał. W trybie dramatycznie niedokonanym. Przedłużonym dla maksimum efektu. Ściekał powoli po schodach, wsączając się w szparę pod zamkniętymi drzwiami do piwnicy.

Rudolf Valentino aż stanęła słupka, żeby lepiej widzieć. Bożek też patrzył – w zgrozie, fascynacji i nie bez zachwytu. W końcu nie każdy tata potrafi się przemienić na zawołanie w ogromny, kleisty, niesamowity GLUT, rozjarzony zimnym blaskiem niczym odwłoki świetlików (Bożek i Licho niedawno oglądali z wujkiem Konradem film przyrodniczy o świetlikach, w czasie którego Licho zatykało uszy, ilekroć padały przerażające dla niego słowa „lucyferyna” i „lucyferaza”).

– O, na jajca Fenrira – przemówił tubalnie Turu, przerywając ciszę, w której gromada mniej lub bardziej wstrząśniętych świadków chłonęła glutospektakl. – Zawsze twierdziłem, że scena z zielonym śluzem w „Ruchomym zamku Hauru” jest cool, ale może jednak nie na schodach do piwnicy. – Licho! – Podniósł głos, aż z głębi domu odpowiedziało echo. – Licho! Przynieś mopa!

* * *

Sprzątnięcie lepkiego wodospadu (czy raczej glutospadu) ektoplazmy okazało się zadaniem, któremu nie podołałoby samo tylko Licho z mopem i wiaderkiem – konieczna była asysta Turu z szufelką i większym wiadrem oraz Wehrmachtu uzbrojonego w „ścierken”. Kiedy już ślady oślizgłego kataklizmu zostały mniej więcej zatarte, a zdyszany mały anioł przytargał świeżą porcję wody z cytrynowym płynem do drewna, żeby wymyć schody do czysta, z góry nagle zbiegła blada i roztrzęsiona Carmilla, załamując ręce.

– Turu! Turu, widziałeś Bożka? Gdzie jest Bożek?!




Pobierz tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Agnieszka Hałas „Śpiew potępionych”
Fantastyka Agnieszka Hałas - 18 czerwca 2019

Dziś ma swoją premierę „Śpiew potępionych” Agnieszki Hałas. Najnowsza odsłona świata Zmroczy…

40. urodziny Agnieszki Hałas
Aktualności MAT - 31 grudnia 2020

31 grudnia 1980 roku przyszła na świat Agnieszka Hałas – doktor nauk…

Festiwal Fantastyki Falkon 2018
Aktualności Fahrenheit Crew - 4 października 2018

Zbliża się Festiwal Fantastyki Falkon 2018.

Fahrenheit