Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Agnieszka Hałas „Różowe i czarne”

Opowiadania Agnieszka Hałas - 27 października 2022
Ilustracja: Agnieszka „Achika” Szady

Różowe i czarne (fanfik, czy też pastisz)

Disclaimer: Żaden bohater nie został skrzywdzony w trakcie pisania tej historii (no, może poza Szczęsnym, ale on był skrzywdzony już w materiale źródłowym).

Lektura przeznaczona dla osób, które czytały źródło inspiracji: powieść Marty Kisiel „Siła niższa”, ew. serię o Małym Lichu.

Tekst zawiera lokowanie dobrej muzyki.

1.

Na półkuli północnej, w strefie klimatu umiarkowanego, listopad – niestety! – to listopad. Czas słoty, przeziębień, coraz wcześniej zapadającego zmierzchu i pogłębiającej się depresji, z którą Konrad Romańczuk zwykł walczyć w najlepiej sobie znany sposób: rzucając się w wir pracy. Nic nie przywracało mu chęci do życia równie skutecznie, jak adrenalinowy kop sprowokowany magicznym hasłem „deadline”.

Zamknięty w swej klitce na piętrze Konrad klepał zatem dziarsko w klawiaturę, wyczarowując kolejny tom wiekopomnego cyklu powieściowego. Tymczasem pozostali domownicy stali w obliczu problemu – sześcioletni Bożydar Antoni Jekiełłek, syn Kamili Bożeny Jekiełłek, zwanej Carmillą, i panicza Szczęsnego, już od tygodnia miał katar, więc nie mógł wychodzić na dwór. I się nudził.

Przejadły mu się ukochane japońskie kreskówki, budowanie z klocków, tropienie różowych królików, a nawet pomaganie Krakersowi w kuchni. Nudził się i marudził z tego powodu tak niemiłosiernie oraz rozrabiał tak kreatywnie i uparcie, że tego dnia zdążył już nadużyć cierpliwości wszystkich lokatorów domu, z najcierpliwszym na świecie Lichem włącznie.

Kiedy po południu zwabił podstępnie do reklamówki kotkę Zmorę i niósł ją do łazienki zamieszkanej przez utopca, żeby sprawdzić, co się stanie, gdy reklamówka wraz z zawartością wyląduje w wypełnionej wodą, mułem i glonami wannie, w ostatniej chwili zdybał go Turu Brząszczyk. Uwolnił zdenerwowanego kota (Zmora zahyczała wściekle i czmychnęła), zrugał Bożka, po czym zaproponował mu partyjkę warcabów.

Bożek nie chciał grać w warcaby. Nie chciał też bawić się z Guciem, który przypełzł skądś, cały w pajęczynach, radośnie potrząsając trzymanymi w mackach samochodzikami i jednym fioletowym flamastrem. Świat był wstrętny, katar okropny, a Bożek bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwy.

Markotnie ruszył do swojego pokoju, jednak w połowie drogi przystanął, bo usłyszał, że mama kłóci się z tatą.

Tata Bożka, z racji bycia widmem, rzadko pojawiał się w świecie żywych. Zwykle wymagało to czynności przygotowawczych: narysowania pentagramu i zaangażowania przynajmniej jednego medium (choć czasem wystarczyło zejść do piwnicy i głośno recytować wiersze o miłości). Bożek mógł tylko zgadywać, co tym razem sprowadziło Szczęsnego z zaświatów. Podkradł się do uchylonych drzwi pokoju mamy i nadstawił ucha.

– …wstydu nie masz! – krzyczała mama tonem, który Bożek doskonale znał. – Zero zaangażowania w wychowanie syna, ze-ro, a potem ni z gruszki, ni z pietruszki wpadasz na pomysł, żeby go zabrać na wakacje! I żeby jeszcze chodziło o wyjazd w jakieś normalne miejsce! Do Ustki, o! Żebyś ty go łaskawie chciał zabrać do Ustki!

– W Ustce, nadobna acz okrutna matko mojego potomka, jest niebezpiecznie – odrzekł z godnością panicz Szczęsny. – Opowiadał mi jeden nieszczęśliwy duch błąkający się po zaświatach, że utonął tam w spienionym, zimnym Bałtyku, a fale wyrzuciły jego trupa na plażę.

– Nie zmieniaj tematu! Żebyś ty łaskawie chciał zabrać Bożka w jakiekolwiek przyzwoite miejsce, gdzie są pensjonaty, place zabaw i atrakcje dla dzieci! Lody! Raczyłeś kiedykolwiek zabrać swojego syna na lody?

– Nimfo promiennooka – spróbował znów Szczęsny, a Bożek wychwycił w jego głosie subtelne echo desperacji – na łąkach elizejskich jest cisza i spokój, mnóstwo zieleni, nie ma komarów, Wergiliusz prowadzi warsztaty poetyckie…

– JA CI TU ZARAZ DAM WARSZTATY!

Do Bożka nagle dotarło, że z łazienki na parterze wychyla się zaciekawiony utopiec, generując na parkiecie mulistą kałużę, z kuchni wygląda Krakers, ze schowka na szczotki zafrasowane Licho i dziewięć różowych królików, a na schodach stoją i podsłuchują bez żenady trzej widmowi niemieccy żołnierze ze strychu. Z bogobojnym szacunkiem w oczach szeptali między sobą coś o wütende Frau[1].

– Ty nieodpowiedzialny bubku! – Carmilla dopiero się rozkręcała. Nabrała tchu. – Wierszokleto od siedmiu boleści! Tani czarusiu z zaświatów, stylizowany na Wertera! I to nieudolnie!!!!

Wehrmachtowcy odruchowo się skulili. Utopiec zachichotał. Rudolf Valentino i jej potomstwo tylko patrzyły, a z ich małych, złośliwych ślepek wyzierała najczystsza Schadenfreude.

Z pokoju Carmilli dobiegł huk – coś łomotnęło o ścianę. Bożek w ostatniej chwili odskoczył sprzed drzwi, gdy te otwarły się z rozmachem. Z wnętrza najpierw wybiegł skomlący york, potem wypadł Szczęsny, z jękiem osłaniając potargane blond kędziory i gubiąc w pośpiechu dwie frotki, a na końcu wyłoniła się Carmilla z miną i postawą godną mitycznych Furii. Gestem mówiącym więcej niż tysiąc słów uniosła ciężki biurowy dziurkacz.

Widmowy poeta, częściowo tracąc materialność, zrejterował aż w okolice schodów do piwnicy. W jego błękitnych oczach zabłysły fosforyzujące krople ektoplazmy.

– O losie okrutny! Świecie nielitościwy! – Załamał ręce tak efektownie, jakby setki razy ćwiczył tę pozę przed lustrem. – Kobieto! Puchu marny! Ty wietrzna istoto! Wzgardziłaś mymi staraniami, przeto odchodzę! Poszukam ukojenia w lepszym świecie!

Dolna część jego sylwetki zaczynała się zamazywać, podejrzanie wydłużać i zielenieć. Bożek wstrzymał oddech.

Na parkiet spłynęły świecące, ciągnące się efektownie gluty śluzu w złowrogim odcieniu przetrawionego szczawiu.

Carmilla zamarła z rozdziawionymi ustami – ewidentnie zabrakło jej słów. Wehrmacht w trzech osobach cicho zagwizdał z wrażenia. Utopiec czym prędzej skoczył do łazienki, wrócił ze smartfonem i zaczął filmować niezwykłe zjawisko.

Zamiast po prostu rozpłynąć się w kałużę ektoplazmy i zniknąć, Szczęsny… no cóż, rozpływał się.

I rozpływał.

I rozpływał. W trybie dramatycznie niedokonanym. Przedłużonym dla maksimum efektu. Ściekał powoli po schodach, wsączając się w szparę pod zamkniętymi drzwiami do piwnicy.

Rudolf Valentino aż stanęła słupka, żeby lepiej widzieć. Bożek też patrzył – w zgrozie, fascynacji i nie bez zachwytu. W końcu nie każdy tata potrafi się przemienić na zawołanie w ogromny, kleisty, niesamowity GLUT, rozjarzony zimnym blaskiem niczym odwłoki świetlików (Bożek i Licho niedawno oglądali z wujkiem Konradem film przyrodniczy o świetlikach, w czasie którego Licho zatykało uszy, ilekroć padały przerażające dla niego słowa „lucyferyna” i „lucyferaza”).

– O, na jajca Fenrira – przemówił tubalnie Turu, przerywając ciszę, w której gromada mniej lub bardziej wstrząśniętych świadków chłonęła glutospektakl. – Zawsze twierdziłem, że scena z zielonym śluzem w „Ruchomym zamku Hauru” jest cool, ale może jednak nie na schodach do piwnicy. – Licho! – Podniósł głos, aż z głębi domu odpowiedziało echo. – Licho! Przynieś mopa!

* * *

Sprzątnięcie lepkiego wodospadu (czy raczej glutospadu) ektoplazmy okazało się zadaniem, któremu nie podołałoby samo tylko Licho z mopem i wiaderkiem – konieczna była asysta Turu z szufelką i większym wiadrem oraz Wehrmachtu uzbrojonego w „ścierken”. Kiedy już ślady oślizgłego kataklizmu zostały mniej więcej zatarte, a zdyszany mały anioł przytargał świeżą porcję wody z cytrynowym płynem do drewna, żeby wymyć schody do czysta, z góry nagle zbiegła blada i roztrzęsiona Carmilla, załamując ręce.

– Turu! Turu, widziałeś Bożka? Gdzie jest Bożek?!

W zwalistego wikinga jakby piorun strzelił.

– Bożek! Gdzie Bożek? Był tu przed chwilą! Bożeeek!

Wehrmachtowcy zaczęli się nerwowo rozglądać, szwargocząc między sobą, a Licho rzuciło mop i już chciało biec na poszukiwania, ale gromkie kichnięcie osadziło ich wszystkich w miejscu.

Ku zaskoczeniu wszystkich, drzwi do piwnicy, jeszcze niedawno zamknięte na klucz (w każdym razie Turu mógłby przysiąc, że je zamknął poprzedniego dnia), poruszyły się i uchyliły. Z ciemności wyjrzał oblepiony pajęczynami Bożek z miną skruszonego winowajcy.

– Wujku, przepraszam – wyjąkał, przestępując z nogi na nogę. – Bo ja tylko chciałem pójść za tatą… Ale…

– Co ci zawsze powtarzam?! – krzyknęła Carmilla. Podbiegła, kurczowo złapała synka za ramiona i zaczęła go oglądać, upewniając się, że jest cały i zdrów. – Nie wolno ci samemu schodzić do piwnicy! I nie wolno ci nigdzie chodzić za tatą! A już zwłaszcza w zaświaty! Rozumiesz?!

– Tata chyba nie odszedł w zaświaty – odparł niepewnie Bożek. Siąknął nosem i wytarł go rękawem. – Wtopił się w ścianę piwnicy, ale inaczej niż zawsze. Zostawił takie tęczowe coś… Jakby plamę, ale można w nią wejść.

– Na Odyna! – huknął wstrząśnięty Turu. – Chcesz powiedzieć, że Szczęsny wygenerował nam w piwnicy portal?!

– Nie mów, że próbowałeś tam wchodzić?! – Carmilla tak mocno zacisnęła palce na koszulce syna, że zbielały jej kostki.

Bożek intensywnie kontemplował swoje szydełkowane bamboszki made by Licho.

– Wsadziłem rękę – wyznał w końcu. – Ale tylko na moment! I nic mnie nie zjadło – dorzucił pośpiesznie, z wyraźną nadzieją, że ta szczęśliwa okoliczność zostanie uznana za łagodzącą.

Carmilla ewidentnie nie mogła się zdecydować, czy rozszarpać potomka na miejscu, czy jednak się wstrzymać. W końcu złapała Bożka za rękę i oddaliła się z nim, żeby przeprowadzić pogadankę wychowawczą.

– Portal – powtórzył Turu, gapiąc się w ciemność za uchylonymi drzwiami, w której słabo jarzyły się kałuże ektoplazmy. Ich zielonkawa poświata mieszała się z inną, obcą i niepokojącą, różowo-fioletowo-siną. – Na młot Thora… Lepiej zawołajcie Konrada.

2.

– Ożeż kurr – stwierdził zwięźle Romańczuk, rozcierając ciemię, bo niechcący zawadził głową o niski sufit piwnicy. – Co to jest?!

– To, mój drogi, jest portal – odparł równie zwięźle wiking.

– Skąd wiesz?!

– Bo w przeciwieństwie do ciebie czytam fantasy!

– Zaiste – rzucił ponuro Konrad, wpatrując się w lśniącą tęczowo powierzchnię dziwnego zjawiska, które zajmowało sporą połać ściany i ani myślało znikać. Miał wrażenie, że za warstwą opalizujących mazajów dostrzega zarysy domów oraz ludzkie sylwetki.  – A jesteś w stanie mi powiedzieć, dokąd ten portal prowadzi?

– Nie.

– Tak myślałem. I co teraz? Co zrobimy, jeśli coś z niego wylezie?

Turu poskrobał się po głowie.

– Nie wiem. Zawołaj tu Tsadkiela.

Złotowłosy anioł na wieść o portalu w piwnicy zareagował wzburzeniem i czym prędzej zbiegł na dół, żeby osobiście zbadać niepokojący fenomen.

– Śmierdzi stamtąd złem – oznajmił z marsem na anielskim obliczu.

– Chcesz powiedzieć, że prowadzi do piekła? – zapytał Konrad, blady, ale gotów mężnie przyjąć każdą ewentualność.

– Do piekła? Nie, nie sądzę. – Tsadkiel końcem palca dotknął tęczowej plamy, która ugięła się pod naciskiem jak błona. Wzdrygnął się i prędko cofnął dłoń. – To portal… dokądś.

– Można go jakoś zlikwidować? Zamknąć?

Anioł skierował na niego fiołkowe spojrzenie o temperaturze zdolnej skroplić azot.

– Konradzie, jak by ci to powiedzieć… Kierujesz te pytania pod niewłaściwy adres. Teleportacja jest dziedziną magii, a sztuki tajemne nigdy nie leżały w sferze moich zainteresowań.

– W porządku, marudo. – Turu zamachał rękami. – Skoro nie możesz pomóc, idź sobie i nie plącz się pod nogami. Zawołaj tu Niemców, zabezpieczymy to cholerstwo.

* * *

W warsztacie Turu znalazło się trochę desek, młotek, gwoździe i plandeka. Przy fachowym wsparciu jednego z Niemców, który – jak się okazało – był z kompanii saperów, wylot portalu został prowizorycznie zasłonięty i zabezpieczony, a Bożek, Licho i Gucio otrzymali kategoryczny zakaz schodzenia do piwnicy, którą Konrad komisyjnie zamknął na klucz. Niemieckie widma z własnej i nieprzymuszonej woli zaproponowały, że będą na zmianę pełnić wartę przed drzwiami.

Nikt nie powiedział tego na głos, ale wszyscy podejrzewali, że jeśli z portalu postanowi się wyłonić niesprecyzowane, groźne Coś, to deski, plandeka tudzież zamek w drzwiach, a nawet Wehrmacht na warcie niewiele pomogą.

Romańczuk próbował wmawiać sobie, że może obecność dwóch aniołów stróżów wystarczy, żeby zabezpieczyć dom przed potencjalną katastrofą, ale wiedział, że próżno się łudzi. Licho potrafiło głównie sprzątać, szydełkować i wyjadać słodycze. Tsadkiel miał wprawdzie nieco większe możliwości, ale nigdy nie dał się poznać jako anioł bojowy. Tak naprawdę najprędzej mogliby liczyć chyba na Krakersa, gdyby motto życiowe wielkiego potwora nie brzmiało „peace, love, naleśników z serem wystarczy dla wszystkich”.

Tej nocy Konradowi przyśniło się, że Carmilla gania Szczęsnego po całym domu, uzbrojona w strzelający błyskawicami mop, a dziewięć różowych królików z entuzjazmem uczestniczy w pościgu, tupiąc jak stado małych słoni. Obudził się skołowany, nadal słysząc tupot i krzyki, i zaklął. To Bożek, Licho i Gucio bawili się w ganianego.

– Ciszej tam! Jesteście gorsi niż banda Hunów i Wandali! – huknął, wystawiając głowę na korytarz. A kiedy skonsternowane towarzystwo zamarło, zapytał normalnym głosem: – Licho, w piwnicy wszystko w porządku?

– Raczej tak, alleluja – odparł niepewnie mały anioł. – Helmut z Dietrichem się nudzą i grają w karty.

– Szczęsny nie wrócił?

– Chyba nie, alleluja.

Konrad odetchnął, chociaż coś – bardzo możliwe, że intuicja – szeptało mu złośliwie, że portal w piwnicy jest niczym strzelba Czechowa: nie ma opcji, aby prędzej czy później nie wygenerował kłopotów. A ten piękny słoneczny ranek, wabiący do kuchni zapachem świeżych bułeczek, mógł co najwyżej uśpić czujność domowników.

Tymczasem jednak deadline naglił, więc zaraz po szybkim śniadaniu Romańczuk zasiadł przed laptopem, uzbrojony w wielki kubek kawy i słuchawki wygłuszające.

Cztery godziny później z twórczego transu wyrwało go wibrowanie biurka. Zdjął słuchawki i zmarszczył brwi. Albo Krakers nudził się i postanowił poćwiczyć grę na perkusji z wykorzystaniem łyżek, garnków i patelni, albo widmowy Wehrmacht prowadził ostrzał z trzech karabinów, albo Turu znowu testował możliwości swojego sprzętu grającego.

Kolejna fala energetyzującego łomotu zatrzęsła ścianami, aż zadrżały szyby. Konrad zaklął, zapisał plik i dźwignął się z krzesła.

Kiedy stanął przed drzwiami pokoju wikinga, decybele wydobywające się z wnętrza przywodziły na myśl średniowieczną bitwę. Grzmot kopyt, walenie stalą o stal, ochrypłe wrzaski, charkot konających.

– Doprawdy, alleluja – fuknął Tsadkiel, zjawiając się nie wiadomo skąd. – Ekspozycja na hałas o tym natężeniu grozi…

– Grozi, że mnie z tego domu kiedyś odwiozą prościutko do czubków – warknął Konrad i bez pukania, z rozmachem otworzył drzwi. – Turu! Czyś ty ocipiał? Ścisz to choler… O, przepraszam. Dzień dobry.

Na tapczanie siedział gość. Raczej z tych dziwnych, choć w progach domostwa zamieszkanego przez anioły, ośmiornice i różowe króliki dziwność była oczywiście pojęciem względnym. Turu miał różnych znajomych o malowniczych ksywkach, którzy zwykli wpadać w weekendy na piwo i okazjonalną sesyjkę Warhammera. Ten wyglądał, jakby urwał się z całonocnego LARP-a, sesji zdjęciowej w przebraniach albo z konwentu, który co roku odbywał się na zamku w Leśnicy.

Na karku gościa, niczym szary, ogoniasty szalik, spoczywała Zmora. Ślepia miała przymknięte i zapewne mruczała z entuzjazmem, choć natężenie dźwięku w pomieszczeniu nie pozwalało tego usłyszeć.

Turu bez pośpiechu sięgnął po pilota do wieży i ściszył muzykę.

– Konradzie, poznaj Brune’a – oznajmił. – Brune, to właśnie jest nasz Konrad.

Nieznajomy ostrożnie wstał, żeby się przywitać. Zmora wyglądała na niezadowoloną, ale nie zeskoczyła, tylko wpiła mu lekko pazurki w ramię.

Trochę niższy od Konrada i co najmniej równie szczupły, Brune przy zwalistym wikingu wydawał się jeszcze chudszy. Jego ciemne włosy zdradzały awersję do grzebienia i odległe pokrewieństwo z obłąkaną fryzurą Szczęsnego, na szczęście bez frotek. Miał śniadą cerę, tygodniowy zarost, a na policzku trzy niepokojąco realistyczne szramy.

Zafrapowany Romańczuk przez chwilę taksował go wzrokiem. Cosplayerzy, których pamiętał z Leśnicy, prezentowali się bardziej… teatralnie. Było widać, że niektóre elementy ich strojów są z plastiku albo poliestru. Brune wyglądał tak, jakby zszedł z planu wysokobudżetowej produkcji filmowej, gdzie koszule szyje się z płótna, ekipa od kostiumów ręcznie patynuje każdą sprzączkę i specjalnie maltretuje różne części odzieży, żeby wydawały się znoszone. I te blizny!

Gość też obrzucił go zaciekawionym spojrzeniem. Konrad raptem uzmysłowił sobie, jak sam się prezentuje – w koszulce zaplamionej pastą do zębów i wiekowych burych spodniach od dresu, na szczęście bez dziur, bo niedawno z poświęceniem zacerował wszystkie.

– Brune odwiedził nas w związku z tym, co zbroił Szczęsny – podjął rzeczowo Turu. – Jest problem, Konradeńku, i właśnie pracujemy nad rozwiązaniem.

Romańczuk zamrugał. W jego umyśle zakiełkowało okropne podejrzenie. Znów popatrzył na nieznajomego, z jego zbyt realistycznie pobliźnioną twarzą, podniszczonym ubraniem, którego nie dało się przypisać do żadnej epoki historycznej, strzępiącymi się mankietami koszuli podobnej do tych, jakie nosił Szczęsny, tylko bez koronek.

– Ty – dźgnął palcem powietrze – przybyłeś tu… stamtąd, tak? Tym portalem w piwnicy?

– Tak jest – potwierdził Turu, zanim nieznajomy zdążył się odezwać. – Po drugiej stronie, Konradzie, znajduje się świat z innej książki… a w zasadzie książek. Mówiłem, że mamy problem. Cholerny Szczęsny wygenerował nam tu crossover.

Romańczuk wytrzeszczył oczy.

– Cro… co?

– Crossover. Miks dwóch uniwersów literackich. Jak Zbyszko z Bogdańca w świecie „Gry o tron” albo wiedźmin w „Gwiezdnych wojnach”. Rozumiesz?

– Czekaj! Przepraszam. – Konrad znów wycelował palec w nieznajomego. – Turu mówi prawdę? Naprawdę pochodzisz z innej książki?

– To chyba oczywiste – warknął Tsadkiel zza pleców Konrada. – I lepiej, żeby tam szybko wrócił. Najlepiej zaraz. Wy nie wiecie, kim on jest!

– Zadkielku – rzucił ze złowróżbną słodyczą Turu – jeśli byłbyś tak uprzejmy, bardzo proszę, spadaj. Oddal się chyżo. I zamknij drzwi. O czym to ja mówiłem?

Skonsternowany Romańczuk nagle przypomniał sobie, co właściwie skłoniło go do zejścia na dół.

– No dobrze, a czy możesz mi wyjaśnić, w jaki sposób słuchanie Metalliki na pełny regulator…

– To był Manowar!

– Jeden czort! W jaki sposób katowanie nas wszystkich tym twoim łomotem ma w czymkolwiek pomóc?

– A to – odezwał się nieznajomy, z roztargnieniem głaszcząc Zmorę, która nadal adorowała go jak odurzona kocimiętką, z mruczando przechodzącym aż w gruchanie – wymaga dłuższych wyjaśnień. W sumie… – Spojrzał na Tura. – Może przydałaby się, jak to nazwałeś? Wizja lokalna?

– Nie – odparł wiking. – Chyba nie. Konrad ma dużo pracy i słabe nerwy (w tym miejscu Romańczuk nie wytrzymał i głośno się żachnął, co Turu oczywiście zignorował). Wyjaśnię mu wszystko, hm, na sucho. Konradeńku! – Podniósł głos. – W telegraficznym skrócie: tam, po drugiej stronie portalu, jest miasto. Takie trochę renesansowe, trochę nie, to dark fantasy osadzone w autorskim uniwersum bez ewidentnych powiązań z naszym, nieważne. Rzecz w tym, że kiedy Szczęsny dostał histerii i odstawił ektoplazmatyczny chiński syndrom, z jakiegoś powodu przeniknął prosto do tamtego świata i zaburzył u nich równowagę magiczną, która jest tam, zdaje się, ciut problematyczna…

– Wygenerował anomalię – wszedł mu w słowo Brune. – Piętrowy cro… jak to nazwałeś?

– Crossover.

– Właśnie. – Gość rozłożył ręce. – W skrócie: dzieją się u nas rzeczy sprzeczne z kanonem i czuję się w obowiązku coś z tym zrobić. Nie wiem, jak wy, ja sobie nie życzę w porządnych, mrocznych fabułach jakichś absurdalnych wtrętów! Pełno tego w całym mieście, powyłaziły nie wiadomo skąd: stworki wyglądające, jakby je dzieciak nabazgrał, jakieś upiorne niebieskie kotki, żółte cholera wie co… – Otrząsnął się ze zgrozą.

– No dobrze, a jak to wszystko się ma do faktu, że siedzicie tutaj i słuchacie muzyki, która robi krzywdę uszom?

– To… trochę skomplikowane. – Turu chrząknął. – Brune jest czarodziejem…

– Magiem – poprawił gość.

– Jeden czort! Wpadł na pomysł, jak można zlikwidować anomalię.

– Ta muzyka… – W oczach Brune’a zapalił się dziwny, trochę niepokojący błysk. – Powiedzmy, że wiążę z nią nadzieje.

Konrad zgrzytnął zębami.

– No dobrze. Ale puszczajcie ją ciszej!

– Nie denerwuj się, tylko idź do kuchni – poradził mu życzliwie Turu. – Krakers upiekł stefankę. Po stefance z kremem życie od razu mniej boli.

Romańczuk jedynie machnął ręką.

Nie poszedł do kuchni, tylko z powrotem na górę. Tam zastał na biurku talerzyk z dużym kawałkiem stefanki w czekoladowej polewie i widelczykiem, przyniesiony zapewne przez uczynne Licho. Chwilę walczył ze sobą, ale wynik tej walki był z góry przesądzony.

Zanim Konrad zdążył przełknąć pierwszy kęs kruchego miodowego ciasta przełożonego masą budyniowo-maślaną, jego biurko znów zaczęło wibrować. Tym razem w dobiegających z dołu dźwiękach rozpoznał riffy otwierające piosenkę „Enter Sandman”.

3.

– Konradzie, uważam, że absolutnie nie powinniście zapraszać tego człowieka na obiad – oznajmił Tsadkiel, oglądając się na drzwi jadalni.

– Ty cholerny skrzydlaty jęczyduszo! Co ci się znów nie podoba?

– Jestem aniołem stróżem. – Złotowłosy sługa niebios wyprostował się dumnie. – I wieloletnie doświadczenie mówi mi, że to mag paktujący z nieczystymi siłami. Stanowi zagrożenie dla wszystkich, którzy się z nim stykają!

– Przesadzasz.

Urażony Tsadkiel odął usta.

– Żebyście potem nie żałowali, alleluja!

– Alleluja – przytaknął Konrad. – Jeśli nie chcesz jeść z nami, możesz iść do kuchni.

W jadalni, gdzie Licho właśnie kończyło nakrywać do stołu, a pozostali domownicy dopiero się schodzili, Brune i Turu kontynuowali ożywioną dyskusję o muzyce, w której ten pierwszy, ku zdziwieniu Romańczuka, używał takich zwrotów, jak „metrum”, „tonacja” czy „faktura instrumentalna”, zaś drugi sypał nazwami zespołów i tytułami utworów. Carmilla próbowała włączyć się do rozmowy, kiedy padło hasło „Nightwish”, ale zignorowali ją, podobnie jak średniego Niemca, który usiłował coś wtrącić o Wagnerze. Kiedy rozmowa nieuchronnie zdryfowała na skandynawski metal we wszelkich jego odmianach, Turu wszedł w tryb natchnionego monologu i nie zamilkł nawet wtedy, gdy na stół wjechała waza z zupą.

– Ty, kto to jest? – zwróciła się Carmilla do Konrada, dyskretnie wskazując gościa.

– To…trochę skomplikowane – odrzekł dyplomatycznie Romańczuk, dmuchając na łyżkę zaprawionej hojnie śmietaną kalafiorowej.

– …mówię ci, Sentenced to klasa sama w sobie – dobiegło ich z drugiego końca stołu. – „Farewell” już słyszałeś, ale puszczę ci jeszcze „Suicidera”, to jest dopiero sztos. A, i koniecznie musisz posłuchać Finntrolla! Są porąbani! Za mało słońca, za dużo wódki, tylko Finom może tak odwalać!

Gość kiwał głową z uprzejmym zainteresowaniem, jedząc z elegancją, która ponownie skojarzyła się Konradowi ze Szczęsnym. Nieżywy panicz bez piątej klepki miał jeszcze jeden niekwestionowany talent, oprócz recytowania poezji, szydełkowania i morfowania w gluty: umiał się tak pożywiać ziemską strawą, żeby nie uwalać sobie mankietów zupą i nie umoczyć w niej długich włosów. (Licho oczywiście zdążyło się już pochlapać, alleluja.)

Przy drugim daniu Romańczuk zauważył, że Carmilla przygląda się przybyszowi z podejrzanym błyskiem w oku. Powstrzymał się i nie kopnął jej w kostkę tylko dlatego, że zwrotnego zainteresowania było ewidentnie zero.

* * *

Ignorując płynące z jadalni smakowite zapachy i szczęk sztućców, Rudolf Valentino pokicała do pokoju wikinga, gnana właściwą sobie żądzą czynienia Zła.

Potomstwo podążało za nią: banda różowych zwiastunów wszystkiego najgorszego.

Obwąchały leżący na tapczanie czarny płaszcz, ale nie był wystarczająco nowy ani elegancki, żeby wzbudzić ich zainteresowanie. Znacznie ciekawsza okazała się niedopięta klapa sfatygowanej zamszowej torby.

Paciorkowate, wredne oczka macierzy króliczego rodu rozbłysły jak żaróweczki. Chwilę później z torby wystawał już tylko rozedrgany różowy ogonek.

Zwinięta w kłębek na płaszczu gościa Zmora otwarła jedno oko i zastrzygła uszami, słysząc niepokojący szelest szatkowanych ząbkami kartek.

* * *

Po obiedzie Konrad wdał się z Carmillą w rozmowę o najnowszej książce Jana Karola Szumilasa, Bożek pomagał Lichu sprzątać ze stołu, a Brune i Turu poszli kontynuować muzyczny maraton. Chwilę później na parterze odbił się echem tubalny głos wikinga, miotający takie przekleństwa, że Carmilla czym prędzej zasłoniła Bożkowi uszy.

Konrad wypadł na korytarz i stanął jak wryty.

– Co tu się, przepraszam bardzo, od… od… odkróliczkowało?! – jęknął.

Rudolf Valentino, rozdęta niemal do kulistości, unosiła się pod sufitem niczym balonik wypełniony helem, a pod nią szybowało osiem mniejszych różowych baloników.

–  W mojej torbie były kartki z zaklęciami! – Brune też wyglądał na wstrząśniętego. Gapił się na powietrzne widowisko z miną kogoś, kto wielu rzeczy w życiu doświadczył, ale czegoś takiego nie.

– A te pomioty piekła wyniuchały je i zeżarły! – zagrzmiał Turu, chwytając się za głowę. – I co teraz?!

Licho, które wracało z kuchni po kolejną porcję brudnych talerzy, też stanęło jak wryte, rozdziawiając buzię. Bożek wyjrzał z jadalni i pisnął z zachwytu.

– Mama, chodź! Patrz!

– Bardzo was przepraszam, naprawdę! – Brune rozłożył ręce. – Nie przewidziałem, że macie tu jakieś… niepoczytalne króliki!

– Zrób coś! – zażądał Romańczuk, bo Rudolf Valentino powoli, lecz nieubłaganie rozdymała się coraz bardziej i już zdążyła przybrać rozmiary piłki plażowej. – Przecież ona zaraz pęknie!

– Ale co mam zrobić?! – Brune nerwowo przeczesał palcami włosy. – Szlag, moja magia działa w waszym świecie jakoś inaczej, nie rozpracowałem tego jeszcze! Gdybym musiał, nie wiem, przepędzić demona, to pewnie bym sobie poradził, ale nie będę eksperymentował na…

– LECĘ!

Głos, który wydobył się z pyszczka wciąż powiększającej swe gabaryty Rudolf Valentino, zabrzmiał wyjątkowo upiornie. Przypominał dziecięce głosiki z kreskówek – piskliwy, wesoły, ale z fałszywą nutą, od której Konradowi zjeżyły się włoski na karku. Był to niewątpliwie głos Zła. Tyle dobrego, że Zło nie wydawało się cierpiące, wprost przeciwnie. Można by rzec, że przyjmowało swój stan z entuzjazmem.

Carmilla, która też wybiegła z jadalni, w niemej zgrozie zakryła rękami usta.

– LEEECĘ!

Króliczyca frunęła w kierunku frontowych drzwi.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, stojące najbliżej Licho usłużnie je otworzyło. I Rudolf Valentinoo wyLEEEciała na zewnątrz.

A osiem mniejszych króliczych pomiotów za nią.

Gdy Konrad, Brune, Turu, Carmilla z Bożkiem i Licho wybiegli  z domu, ujrzeli tylko, jak dziewięć różowych kul prędko, radośnie wznosi się prościutko w niebo.

O dziwo, pierwszą osobą, która przerwała milczenie, nie był Turu, ale Licho.

– Poleciały, alleluja!

– A żebyś wiedziało. Alleluja! – wycedził Konrad.

Nie wiedział, czy się cieszyć, że jego dom został nieoczekiwanie uwolniony od przebrzydłej króliczej zarazy, czy martwić, bo świat z pewnością nie był na tę zarazę gotowy, a już zwłaszcza w nowej, podstępnie i nieprzewidywalnie umagicznionej wersji.

Co gorsza, nie był też pewien, czy nie powinien zażądać, żeby mimowolny sprawca katastrofy natychmiast opuścił ich dom. Jednak przypomniał sobie z rezygnacją, która jest godzina, ile napisał od rana i ile mu jeszcze brakuje do limitu znaków przewidzianego na ten dzień. Naprawdę o wiele łatwiej było schować głowę w piasek i udawać, że nic niezwykłego się nie wydarzyło, ot, króliki spuchły i pofrunęły – nie takie rzeczy się zdarzają.

Po krótkich, nerwowych deliberacjach Brune i Turu poszli kontynuować odsłuchiwanie Turowej prywatnej listy przebojów, zaś Carmilla uległa błaganiom Bożka przekonującego, że jest już w zasadzie całkiem zdrowy, i zgodziła się zabrać go na spacer w nadziei, że może zobaczą, dokąd poleciały króliki. Licho poszło zmywać po obiedzie, a Tsadkiel widocznie obraził się po wcześniejszej scysji z Konradem, bo gdzieś wsiąkł ku uldze wszystkich. Romańczuk z ciężkim westchnieniem Człowieka Doświadczonego Przez Los udał się do swojego pokoju, zasłonił uszy słuchawkami i włączył laptop.

Dobiegające z parteru decybele prześladowały go jeszcze przez jakiś czas, ale słuchawki pomagały na tyle, że Konrad nie uznał za stosowne fatygować się na dół. Stopniowo pogrążył się w twórczej immersji do tego stopnia, że zupełnie zapomniał o latających królikach, tęczowych portalach i pobliźnionych magach przybywających grom wie skąd.

Kiedy wrócił do rzeczywistości, dochodziła dziewiętnasta, a w domu panowała błogosławiona cisza. Zszedł do kuchni zaparzyć sobie herbatę oraz zorganizować coś na ząb i napotkał tam Turu, zajadającego odsmażone leniwe z obiadu.

– Ty tutaj? A nasz gość gdzie?

– Wrócił chwilowo do swojego świata – odparł Turu z pełnymi ustami. Przełknął. – Chce sprawdzić, czy jego pomysł ma ręce i nogi. Jeśli okaże się, że tak, da mi znać. Likwidowanie tej crossoverowej kontaminacji w ich mieście zapowiada się na niezły spektakl, chcę to zobaczyć.

– Kontaminacji – powtórzył bezbarwnym głosem Romańczuk. – Mówiłeś, że z jakiej on jest książki?

– Z cyklu. Akurat mam tutaj pierwszy tom, zobacz. – Turu wskazał leżącą na stole książkę. Okładka utrzymana w szaroburej tonacji przedstawiała szpetną postać w kapturze i łachmanach. – Kupiłem sobie na ostatnich wudeefach w Leśnicy i właśnie kończę czytać. Całkiem fajne fantasy, tylko trochę za ponure jak na mój gust. Wszy, szczury i brodzenie w ściekach.

– Wszy, szczury… – Romańczuk przetarł czoło. – Chyba nie chcę znać szczegółów.

– Błąd, Konradeńku. Jesteś pisarzem, powinieneś czytać więcej różnych rzeczy, to poszerza horyzonty.

Grzebiąc w kuchennej szafce w poszukiwaniu swojej ulubionej herbaty chai masala, którą ktoś – zapewne Tsadkiel w ferworze porządków – znów utknął nie tam, gdzie trzeba, Konrad krótko i niecenzuralnie podsumował, co Turu może sobie poszerzyć.

– A wiesz, tak w ogóle odkryłem coś ciekawego – podjął niezrażony wiking. Przekartkował książkę i podetknął ją Konradowi pod nos. – Zobacz.

Na stronie 124 widniał rozmazany, przyschnięty zielonkawy zaciek. Romańczuk zmarszczył brwi.

– Szczęsny?…

– Nie inaczej. Podbierał mi po cichu książki z półki i czytał, padalec jeden.

– No i? – Konrad uśmiechnął się złośliwie. – Sam mówiłeś, że czytanie poszerza horyzonty. Swoją drogą, sprawdzałeś, czy w piwnicy wszystko w porządku?

– Cisza i spokój, chłopie. Wehrmacht nadal na warcie, dyżurują na zmianę. Siadaj i zjedz kolację, bo jakiś jesteś blady. Chcesz klusek? Odgrzałem tyle, że starczy dla nas obu.

* * *

Ociekające masłem leniwe prosto z patelni, hojnie posypane cynamonem i cukrem, w połączeniu z gorącą herbatą poprawiły Romańczukowi morale do tego stopnia, że po kolacji wrócił na górę i wystukał kolejne dwanaście tysięcy znaków, zanim po północy uznał, że wystarczy. Upewniwszy się jeszcze, że w domostwie nie dzieje się nic niepokojącego, położył się spać dumny, że mimo nieprzewidzianych utrudnień zdołał wyrobić pełną pisarską dniówkę.

Przyśniła mu się Rudolf Valentino pod postacią różowego sterowca. Żeglowała dostojnie ponad wieżą Eiffla, fotografowana przez tłumek japońskich turystów. Ocknął się z jękiem, kiedy ktoś nieoczekiwanie, obcesowo nim potrząsnął.

– Turu?… Co do… kurwy… nędzy… – wychrypiał Romańczuk, rozpoznając w ciemności masywną sylwetkę wikinga.

– Wstawaj, Konradeńku! – Turu mimo bezbożnej pory tryskał energią i animuszem. – Wkładaj portki, ruszamy na wycieczkę!

– Jaką wycieczkę? Pogięło cię? Kurde, jest… – Konrad zerknął na zegarek w komórce i jęknął. – Za pięć czwarta!

– Nie jęcz, trza być twardy Słowian, a nie miękka ninja. – Turu bezceremonialnie ściągnął z niego kołdrę. – Wskakuj w ciuchy, chłopie, masz jedną jedyną, niepowtarzalną szansę obejrzeć na żywo pokaz magii z innej książki!

– To tylko porąbany crossoverowy fanfik – burknął Konrad, ale posłusznie sięgnął po spodnie. – Mam nadzieję, że nie zamierzasz ciągnąć do tamtego uniwersum nikogo więcej?

– Nie. Wszyscy poza Wehrmachtem grzecznie śpią. Chłopaki będą pilnować portalu aż do naszego powrotu, a potem Brune go zamknie, już obczaił jak. Dobra, ubrałeś się? To chodź!

Gdy schodzili do piwnicy, oczadziały z niewyspania Konrad nabrał przekonania, że robią coś niesamowicie głupiego, ale nie miał siły stawiać oporu.

Turu wesoło powitał widmowego Helmuta, który palił papierosa zaraz za uchylonymi drzwiami piwnicy. Zdjęli zasłaniające portal deski i plandekę. Konrad zamarł, zahipnotyzowany świetlistą tęczowością, która wydawała się jeszcze barwniejsza i bardziej efektowna niż kilkadziesiąt godzin wcześniej. Ponownie odniósł wrażenie, że za tą dziwną błoną rozróżnia zarysy budynków i sylwetki przechodniów.

– Mówiłeś, że jaki to świat? – spytał z rezygnacją.

– Zupełnie w porządku. Chodź, nie bój się.

Turu dziarsko wkroczył w portal, który rozjarzył się i rozmigotał. Konrad nie chciał wyjść na tchórza, więc, zgrzytnąwszy zębami, podążył w ślad za wikingiem.

Odniósł paskudne wrażenie, że zanurza się z głową w zimnym, śliskim i lepkim płynie, a potem nagle był już po drugiej stronie, stał na miejskim bruku. Zamrugał i przetarł oczy.

– O, na słodkie renklody Idun – sapnął Turu, rozglądając się z oczami jak spodki.

Konrad tylko jęknął z cicha. Dopiero teraz przyjął do wiadomości, że naprawdę znaleźli się w świecie z innej książki (czy też cyklu, jeden czort).

Tu zdecydowanie nie był wczesny ranek, tylko wczesny wieczór, i nie listopad, a późna wiosna, sądząc po przywiewanym nie wiadomo skąd zapachu bzów, który mieszał się ze znacznie mniej urokliwymi woniami ścieków, końskiego nawozu i gnijących śmieci. Na ciemniejącym, lekko zachmurzonym niebie drgały kolorowe pręgi, które teoretycznie mogłyby być zorzą polarną, ale Konrad odgadł, że to raczej jakiś fenomen magiczny.

Tak jak zapowiedział Turu, miasto wyglądało – z grubsza i w uproszczeniu – na renesansowe. Kamieniczki, rynek ze straganami, wozy, przechodnie, żebracy. Błoto. Wałęsające się psy i obdarte dzieciaki. Trochę śmierdziało, ale nie tak, jak można by się obawiać.

Konrad wzdrygnął się na widok porośniętej futrem kreatury w łachmanach, która zbierała do worka walające się na ziemi odpadki i końskie łajno. Potem spostrzegł, że przekupka z pobliskiego kramu ma płaską, beznosą twarz o dwóch parach oczu.

– Urocze miejsce – wymamrotał. – Co teraz?

Turu nadal się rozglądał, marszcząc brwi.

– Dobra, tam jest szyld w kształcie ręki trzymającej kapelusz. Wszystko się zgadza. – Zerknął na zegarek w komórce, ale niecierpliwie pokręcił głową. – Telefon mi się wyłączył, tobie też?

– Nie zabrałem – mruknął Konrad.

– Może i lepiej. Powinienem był wpaść na to, że elektronika tu zgłupieje. Brune mówił…

– On w ogóle wie, co to elektronika? – Konrad pośpiesznie cofnął się pod mur kamienicy, unikając potrącenia przez handlarza dźwigającego na plecach nosidła obwieszone nożyczkami i brzytwami.

– Chyba nie, w jego świadomości takie rzeczy podpadają pod obcą magię i w sumie wszystko się zgadza, nie? Każda wystarczająco zaawansowana technika…

– Przepraszam panów. – Skrzekliwy głosik przemówił na wysokości ich kolan. Konrad drgnął i cofnął się odruchowo.

Stworzenie, które gapiło się na nich okrągłymi jak talerzyki ślepiami, było włochate, wysoce wątpliwej urody i śmierdziało jak naprawdę bardzo stary ser. Jego kubrak i czapka wyglądały na wygrzebane ze śmietnika.

– Hasło: zupa kalafiorowa – oznajmiło z przejętą miną, która skojarzyła się Konradowi z Lichem. Miał nadzieję, że to paskudztwo nie jest niczyim aniołem stróżem. W sumie ten świat nie wyglądał na miejsce, gdzie w ogóle istnieją aniołowie.

– Odzew: stefanka z kremem – odparł Turu. – Idziemy? Dokąd?

Stworzenie rozpromieniło się, stanowczo nie zyskując dzięki temu na urodzie.

– Na dach kamienicy z lwami przy ulicy Zegarmistrzów. Zaprowadzę was!

– Chłopie, naprawdę mam nadzieję, że wiesz, co robisz – wymamrotał Konrad, kiedy szli za małym dziwadłem, mijając stragany, sklepiki, okazałe rezydencje i poczerniałe ze starości drewniane domostwa. Smugi zorzy na niebie wiły się i zmieniały barwę, przechodząc od jadowitej chemicznej żółci i zieleni w łagodny róż, malinową czerwień i kobaltowy błękit (Carmilla z niezrozumiałych względów czasem używała cieni do powiek w tym kolorze).

– Luzik. W razie kłopotów będziemy improwizować.

– Jak ja cię zaraz…

– Zaraz to wielka ruska bakteria. Spokojnie, Konradeńku. Potraktuj to jak zwykłą wycieczkę ze zwiedzaniem.

– Ożeż w mordę – stwierdził nagle Konrad i tak się zagapił, że omal nie wlazł po kostki w zawartość przepełnionego, cuchnącego pod niebiosa rynsztoka. – Turu, patrz!

Ulicą szybowała półprzejrzysta panna w białym gieźle i kwietnym wianku, z zielonym badylkiem w dłoni. Przed nią bieżał równie półprzejrzysty baranek, nad nią trzepotał motyl. Przeniknęła przez stragan z trzewikami, zignorowana zarówno przez sprzedawcę, jak i klientów, przepłynęła dostojnie przez rząd oczekujących dorożek i zniknęła za rogiem.

– Szczęsny – mruknął Turu. – No nic, mogło być gorzej. Zjawy z poezji romantycznej nie kłócą się aż tak bardzo z ogólną atmosferą tego mie…

– Ale to się zdecydowanie kłóci – przerwał mu Konrad, wyciągając palec.

Gnając nieprawdopodobnymi susami, przemknęła obok nich mała kreskówkowa postać z charakterystycznymi wielkimi oczami i dzikim czubem niebieskich włosów. Odbiła się jak piłka od schodów przed frontowymi drzwiami narożnej kamienicy i pognała dalej.

– A to już wygląda na sprawkę Bożka – oznajmił Turu. – Ewidentnie nas okłamał i jednak przeszedł na moment na tę stronę. Szczęsny nie ma głowy napakowanej tym japońskim syfem.

– Czekaj no. – Konrad zmarszczył brwi. – Jeżeli wraz ze Szczęsnym i Bożkiem przywędrowały tu ich… ee… fascynacje poetyckie i filmowe, to czy my jeszcze bardziej nie pogorszymy sytuacji?

– Wiesz co, sam się nad tym zastanawiałem. Szczęsny jest widmem, Bożek w połowie widmem, a my mamy zwykłe ludzkie mózgi, ciekawe, czy to robi jakąś różnicę z punktu widzenia tych crossoverowych perturbacji. Albo może problem powstaje tylko wtedy, kiedy ktoś tu przywlecze swoją fascynację rzeczami, które radykalnie odbiegają od klimatu tego uniwersum. Na przykład takimi. – Wskazał drugą stronę ulicy.

Z naprzeciwka nadchodziły dwie wielkookie kreskówkowe dziewczyny w marynarskich mundurkach z ogromną kokardą i kusą spódniczką. Przechodnie starannie omijali je wzrokiem – Konrad pomyślał, że w tym mieście ludzie chyba mają odruch, żeby dziwne, niewyjaśnione magiczne zjawiska, które nie stanowią ewidentnego zagrożenia, po prostu ignorować i udawać, że nic się nie dzieje.

Dziewczyny w marynarskich mundurkach zatrzymały się przed straganem z ciastkami. Powiew wiatru przyniósł skądś dźwięk ogromnego zegara wybijającego godzinę, a potem melodię, którą Konrad świetnie znał i ogniście jej nienawidził, odkąd Bożek na całe trzy miesiące zapałał wielką miłością do „Czarodziejki z Księżyca”.

Raptem rozległy się krzyki, a Turu pociągnął Konrada w cień najbliższej bramy. Z góry sfrunął latający dywan, na którym siedziała postać w białych szatach, z rozwianym włosem. Z okrzykiem wycelowała różdżkę w dwie kreskówkowe panny, które zniknęły w rozbłysku światła. Muzyka ucichła. Handlarka ciastkami wrzasnęła, ale stragan na szczęście ocalał.

– O szlag – wymamrotał Konrad, kiedy latający dywan śmignął z powrotem w powietrze i zniknął im z oczu. – Co to było?

– Tym miastem rządzą srebrni magowie – odparł beztrosko Turu. – Pilnują porządku i interweniują, kiedy dzieje się coś, co im się nie podoba. Ale ze skutecznością ich interwencji tak jakby różnie bywa.

Dziewczyny w marynarskich mundurkach ponownie zmaterializowały się z powietrza i ruszyły dalej, jakby nigdy nic. Jedna mimochodem zwinęła ciastko ze straganu i pogryzała je, ignorując oczywistą niekompatybilność swej kreskówkowej natury z trójwymiarowym, materialnym światem.

– No tak. – Romańczuk się wzdrygnął. – Tu się nie obędzie bez fachowych i przemyślanych działań. Turu?

– Ehe?

– Jak myślisz, co będzie, jeśli nikomu się nie uda powstrzymać tej crossoverowej katastrofy?

– Jak to co! – pisnęło prowadzące ich dziwadło. – Nie da się tu już osadzić żadnej normalnej fabuły! To uniwersum zawsze było spójne, postmodernistycznym zabawom mówimy stanowcze nie!

Skręcili w kolejną szeroką i chyba dość reprezentacyjną ulicę, gdzie z turkotem przejeżdżały powozy. Dziwadło rozejrzało się czujnie.

– Kryć się! – rzuciło i wbiegło w wąskie przejście między kamienicami, gdy nad dachami pojawił się kolejny latający dywan z biało ubraną postacią. Ten szybował niezbyt szybko, a mag rozglądał się w poszukiwaniu intruzów, których mógłby porazić błyskawicą z różdżki.

– Nie podoba mi się tutaj – wymamrotał Konrad, przeciskając się obok kilku ustawionych w przejściu beczek.

– Spokojnie – odparło stworzenie. – Zaraz będziemy na miejscu. – Wyciągnęło zza pazuchy kluczyk, otworzyło nieduże boczne drzwi jednej z kamienic i zaprosiło ich do ciemnego wnętrza.

Znaleźli się na wąskiej klatce schodowej, przeznaczonej zapewne dla służby. Zalatywało tu stęchlizną, praniem i gotowaną kapustą. Stworzenie starannie zaryglowało drzwi, po czym poprowadziło ich skrzypiącymi schodami w górę. Klnąc z cicha (Konrad) i sapiąc (Turu), pokonali cztery piętra, dotarli na zakurzony strych, a stamtąd, po drabince, przez drewnianą klapę (stworzenie ponownie posłużyło się kluczykiem, żeby otworzyć kłódkę) na dach.

– Jeśli ci biali czarodzieje nas wypatrzą, będziemy się mieli z pyszna – mruknął Konrad, ssąc zakłuty drzazgą palec.

– Nie wypatrzą. – Brune wyłonił się zza komina. Wskazał symbole wyrysowane kredą i węglem na dachówkach. – Dach jest zabezpieczony, nikt niepowołany nas tu nie zobaczy. Miło, że postanowiliście wpaść.

Włochate dziwadło pisnęło coś o zapłacie. Mag wsunął mu w łapkę kilka monet i szepnął coś. Posłusznie zniknęło z powrotem w otworze, nie zamykając klapy.

– Dobra. Co tu się w zasadzie ma wydarzyć? – Konrad nieroztropnie spojrzał w dół i choć nigdy nie uskarżał się na lęk wysokości, nerwowo przełknął ślinę.

– Eksperyment, tak zasadniczo. – Brune wyjął spod kurtki plik zapisanych kartek. Romańczuk dostrzegł na nich pięciolinie z nutami.

Turu wymamrotał przekleństwo, kiedy obok kamienicy przefrunął kolejny latający dywan z biało odzianą kobietą, ale nie zwróciła na nich uwagi, pochłonięta ściganiem grupki kreskówkowych istotek, zostawiających kolorowe smugi w powietrzu.

– O psiakrew, to przecież te, jak im tam, Atomówki – stwierdził zafrapowany wiking. – Nie wiedziałem, że Bożek w ogóle to ogląda!

– Czekaj, co? – zainteresował się Brune. – Wy rozpoznajecie te paskudztwa? Myślałem, że to inwazja jakichś dziwnych małych widm z waszego astralu…

– Nie z astralu, tylko z popkultury – odrzekł ponuro Konrad. – Nawet nie wiesz, jakie macie szczęście, że dzieci w waszym świecie nie znają takich rzeczy.

Powiew zimnego wiatru potargał im włosy. W miarę jak zapadał zmrok, świetlnych pręg na niebie przybywało, a dominantą barwną stała się teraz czerwień z lekką domieszką purpury.

– No dobrze. – Brune stanął niedaleko krawędzi dachu, kompletnie nie przejmując się wysokością. Popatrzył na skąpane w rubinowej poświacie miasto, potem obejrzał się na dwuosobową publiczność. Źrenice błysnęły mu po kociemu, a Konrad poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. – Panowie, od tego momentu proszę o ciszę. Zaczynamy spektakl.

I przedarł pierwszą kartkę.

* * *

Licho źle spało tej nocy, tak samo jak poprzedniej. Obecność portalu w piwnicy przyprawiała je o nieokreślony, natrętny niepokój.

Ocknąwszy się przed świtem, po kwadransie przewracania się z boku na bok uznało, że już nie zaśnie. Nabrało ochoty, żeby się napić czegoś dobrego i przegryźć małe co nieco. Włożyło szlafroczek i cichutko zeszło do kuchni.

Ostrożnie, żeby nie obudzić Krakersa, zagotowało rondelek mleka, zrobiło sobie kakao w trzystumililitrowym kubku, z którego Konrad zwykł pijać kawę, i odszukało w lodówce dwa ostatnie kawałki stefanki.

Właśnie skończyło jeść i oblizywało widelczyk z kremu, kiedy do kuchni wślizgnął się Szczęsny, wyłaniając się wprost ze ściany. Licho zagapiło się nań w niemym szoku.

Powiedzieć, że uśmiechał się od ucha do ucha, to nic nie powiedzieć. Szczerzył się niczym obłąkana hiena. Blond kędziory miał w jeszcze dzikszym nieładzie niż zazwyczaj, a oczy podejrzanie przekrwione i szkliste. Wyzierał z nich najczystszy, radosny pierdolec.

Licho nerwowo dopiło kakao i na wszelki wypadek odsunęło się razem z krzesłem.

– Alleluja, Liszko, alleluja! – zakrzyknął panicz, wykonując w powietrzu coś na kształt twista z pstrykaniem palcami. – Stał się cud, w obcej krainie odnalazłem balsam, który uleczył rany mego serca! – Chwycił suszący się przy zlewie durszlak i okręcił się z nim kilka razy, po czym wyciągnął go przed sobą, jak Hamlet czaszkę Yoricka. – Wejrzałem w ciemność, a ciemność wejrzała we mnie, ukoiła cierpienia mej duszy i nasyciła mnie natchnieniem!

– To… chyba dobrze? – zapytało nieśmiało Licho, które nie wiedziało, czy uciekać, czy może zaproponować paniczowi coś z domowej apteczki.

– Bardzo dobrze! – Szczęsny odrzucił durszlak i zawisł nad kuchennym stołem. – Ach, mały aniele, jeszcze jedna wizyta w tym fantastycznym miejscu i moje pióro zyska moc, jakiej dotąd nie miało, a wyobraźnia będzie galopować… galopować jak… – Zająknął się, bo chyba zabrakło mu stosownego porównania. – Zabrałbym tam syna, by ujrzał te dziwy zamorskie, te cuda czarnoksięskie, lecz jego matka się nie zgodzi!

– Chyba się nie zgodzi – przytaknęło Licho. Lubiło Carmillę (mimo pamiętnego incydentu z lokówką lata wcześniej), ale pamiętało, że Turu zwykł o niej mawiać, oczywiście poza zasięgiem jej słuchu: „gdzie diabeł nie może, tam baba tkwi w szczegółach”.

Panicz drgnął, tknięty jakąś myślą. Popatrzył na małego anioła i twarz mu się rozpromieniła.

– Ale ty nie masz matki, Liszko!

– Nie mam, alleluja – zgodziło się ostrożnie.

– Tedy pójdź ze mną, tobie nikt nie zabroni! Germaniec śpi na warcie, nie ocknie się, gdy ostrożnie przemkniem obok! Chodź, ujrzysz świat, o jakim ci się nie śniło, pełen cudów i dziwów! Mają tam wino z laudanum! I ciastka z haszyszem!

Licho wstało, ogarnięte ciekawością. Nie wiedziało, co to takiego „laudanum”, ale ciastka dowolnego rodzaju brzmiały dobrze.

* * *

Konrad długo żył w naiwnym przekonaniu, że wie, jacy są czarodzieje w książkach fantasy. Mają siwe brody, noszą powłóczyste szaty, spiczaste kapelusze i zamieniają królewny w żaby, względnie na odwrót. Nie wpadłby na to, że czarodziej może wyglądać jak skrzyżowanie młodego, głodującego dziewiętnastowiecznego intelektualisty z przestępcą i przeprowadzać rytuały na dachu kamienicy. Ale przede wszystkim nie spodziewał się, że rytuał będzie wyglądał właśnie tak.

Usłyszał muzykę – i wiedział, że słyszy ją tylko we własnej głowie, choć równocześnie wibrowała w dachu i murach, i w grze świateł na niebie. Dziesięć, dwadzieścia melodii naraz, nakładających się na siebie w tak przedziwny sposób, że nie tworzyły kakofonii, tylko zlewały się jak głosy w chórze – we wspaniały, polifoniczny, modulowany grzmot. Kiedy jego mózg wyłapywał znajome frazy, odruchowo dopisywał do nich słowa.

 

Hon lyfte upp över sky och rymd

Målad kalkad och varm…[2]

Oczy maga lśniły płynnym złotem. Przedarte kartki zajmowały się ogniem i odfruwały niczym płonące gołębie.

I regret every single day I ever lived in my life…[3]

 Cain, firstborn son of Adam

You killed your brother Abel…[4]

 I’m the breath on your hair

The endless nightmare, devil’s lair…[5]

 I wish I had an angel for one moment of love…[6]

 Świetlnych pręg na niebie ubywało – gasły jak wypalające się ognisko, ale muzyka nie cichła, przeciwnie. Jej puls przyśpieszył: bieg po dachach, trzepot skrzydeł.

Every night I burn… Every night I scream your name…[7]

Romańczuk nagle znalazł się duchem w czasach późnolicealnych, kiedy nie rozstawał się z walkmanem, na którym słuchał Sisters of Mercy, Lacrimosy i ścieżki dźwiękowej do filmu „Kruk”. Znów był tamtym młodziutkim, chudziutkim, czarno ubranym Konradem, targanym przez weltschmerz i ambicje literackie, próbującym napisać powieść inspirowaną „Zamkiem Gormenghast”.

Don’t try to blame me for your sins

For the sun has burned me black…[8]

Sell me the infection, it’s only for the weak

No need for sympathy, the misery that is me…[9]

 lai lai hei![10]

Konrad zamknął oczy. Czuł, jak gorący czarny prąd pulsuje w jego krwi oraz przenika tkankę rzeczywistości, umacniając coś, co już wcześniej było jej niewidzialnym fundamentem. Niewidoczny gołym okiem cień rozsnuwał się po ulicach, szeptał w głowach ludzi, nadał rzece barwę atramentu, zafalował w podziemnych korytarzach mglistymi sylwetkami umarłych. Aż w końcu całe miasto, z jego rynsztokami, lochami, pokracznymi stworami w łachmanach i magami w białych szatach jakby urosło, wyostrzyło się jak po zwiększeniu kontrastu w programie graficznym i umocniło się w swojej nad wyraz niekreskówkowej, w dużym stopniu zatęchłej, ciemnej i brudnej, ale spójnej estetycznie tożsamości.

Czy minął kwadrans, godzina czy dwanaście godzin? Romańczuk stopniowo wracał do rzeczywistości, jakby budził się ze snu – oszołomiony, zesztywniały i trochę zmarznięty, chociaż noc na szczęście była ciepła. Muzyka wciąż jeszcze pobrzmiewała echem w jego kościach.

Niebo nad miastem pomroczniało, mrugały na nim gwiazdy. Jedynie nad horyzontem lśniły pozostałości fioletowej łuny. Brune wyglądał na zmęczonego, ale uśmiechnął się, odgarniając włosy z twarzy.

– No, myślę, że to powinno zlikwidować kontaminację.

– W dechę koncert, chłopie! – Turu promieniał. –A ja myślałem, że bez nagłośnienia nic nie zwojujesz!

– Owszem, to było… interesujące – powiedział ostrożnie Konrad. Poniewczasie trochę żałował, że doświadczył muzyczno-magicznego katharsis na trzeźwo, a nie po lufce zioła, jak w czasach licealnych.

Brune sprawiał wrażenie zadowolonego, że doceniono jego popis, ale uniósł dłonie.

– W porządku, panowie. Czary kamuflujące tracą moc, więc zabierajmy się stąd, zanim srebrni uznają za stosowne uprzykrzyć nam wszystkim życie.

– Czekaj no. – Konrad zmarszczył podejrzliwie brwi. – Czy my uczestniczyliśmy w czymś nielegalnym?

– Oczywiście. – Turu popatrzył na niego z politowaniem. – A coś ty myślał?

Konrad wziął głęboki oddech i chciał odpowiedzieć, ale litościwie – i rozsądnie – zmilczał.

Zanim zdążyli podejść do klapy w dachu, z otworu wyjrzało dziwadło, ale inne niż wcześniej. Miało duże uszy, prawie jak u nietoperza, i brzydki ruchliwy ryjek. Zapiszczało nagląco. Brune podszedł szybko i rozmawiali przez chwilę w taki sposób, że mag mówił urywanymi zdaniami, wspomagając się gestykulacją, a stworzenie odpowiadało mu piśnięciami i na migi. Konrad wyłapał z ich rozmowy słowa „widmo”, „odurzony” i „kłopoty”, i ogarnęły go złe przeczucia.

Kiedy Brune się odwrócił, było widać, że tłumi rozbawienie.

– Przypomnijcie mi, jak się nazywa ten wasz umarły poeta?

– Szczęsny? – zaniepokoił się Konrad. – Co on znowu nawyczyniał?

– W sumie nic takiego… Widziano go, jak zagadywał panienki na bulwarze, potem narobił trochę zamętu w palarni opium, więc go wyrzucono. Czeka na was w sklepie mojego znajomego, tu niedaleko. A razem z nim ten mały odmieniec ze skrzydłami bez piór.

– Licho! – Romańczuk podskoczył jak ukłuty szpilką. – Nic mu nie jest?!

– Jest całe i zdrowe. Spokojnie. – Brune położył mu rękę na ramieniu. – Nie zjadamy tu obcych, wbrew pozorom. To dark fantasy, a nie grimdark.

* * *

Na klatce schodowej panowały egipskie ciemności (Konrad odruchowo chciał spytać, gdzie tu się zapala światło, i w porę się zreflektował), ale dziwadło numer dwa wyciągnęło z kieszeni słoiczek wypełniony fosforyzującą substancją, która świeciła akurat wystarczająco jasno, żeby nikt nie połamał sobie nóg ani nie wybił zębów. Kiedy wyszli na ulicę, zaprowadziło ich do pobliskiego sklepu, gdzie regały uginały się od słojów, na podłodze stały worki, a w nosie wiercił zapach przypraw. Potem ukłoniło się magowi i pobiegło w noc.

Brune zamienił kilka słów ze starym, przygarbionym sklepikarzem, który wprowadził całe towarzystwo na zaplecze. Siedziało tam wystraszone Licho. Na widok Konrada i Turu poderwało się i ze łzami w oczach zaczęło przepraszać oraz tłumaczyć, że ono nie chciało, że to Szczęsny…

– Dobrze już, dobrze, Liszko, spokojnie. – Turu pogłaskał małego anioła po celofanowych włosach. – Zaraz wracamy do domu.

– Mam nadzieję, że portal nadal działa – mruknął Konrad, jak zawsze wisielczo przygotowany na najgorsze. Potem cofnął się odruchowo, widząc, że Brune chce mu wręczyć słój wypełniony fosforyzującą mazią w podejrzanie znajomym odcieniu różu. – Ej, co to jest?!

– Jak to co? Wasz poeta.

Konrad rozdziawił usta, ale szybko je zamknął, gdy z wnętrza słoja łypnęło na niego błękitne oko o rozmaślonym euforią spojrzeniu.

– Czymś się odurzył – wyjaśnił beztrosko mag.

– Czym?!

– A skąd mam wiedzieć? Tu można kupić narkotyki ze wszystkich stron świata.

– Spróbuj dopytać autorkę – mruknął Turu. – Tę ich, nie tę naszą. Przy odrobinie szczęścia dostaniesz opis działania substancji, jej nazwę zwyczajową w tym świecie, nazwę systematyczną i wzór chemiczny.

– Obejdzie się – burknął Konrad, biorąc słój z naćpanym Szczęsnym i wyobrażając sobie, co by zrobił temu cholernemu poecie, gdyby ektoplazma była podatna na obrażenia cielesne. – Weź Licho i idziemy. – Odwrócił się do maga. – Będziesz umiał zamknąć za nami ten portal i… ee… zrobić coś, żeby Szczęsny już więcej nie przełaził do waszego świata?

– Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: jasne. Ale co się tyczy drugiego… – Brune z roztargnieniem przeczesał palcami włosy. – Cholera, obawiam się, że to nie kwestia moich umiejętności, tylko tego, co jeszcze planują dla nas autorki.

– Niech się nie wygłupiają – oznajmił ponuro Romańczuk, ignorując pełną żalu minę Turu. – Brune, nie obraź się, ale twoje uniwersum jest… naprawdę niekompatybilne z naszym.

– Ależ ja jestem tego samego zdania! – Mina i ton maga sugerowały, że Brune aż za dobrze pamięta różowe króliki pożerające kartki z zaklęciami. – Nie zamierzam was więcej odwiedzać, jeśli da się tego uniknąć!

– No, mógłbyś kiedyś wpaść na Wrocławskie Dni Fantastyki – mruknął Turu i zarobił szybką sójkę w bok od Konrada.

* * *

Przejściu przez portal towarzyszyły równie niemiłe wrażenia zmysłowe jak za pierwszym razem. Konrad, z właściwym sobie czarnowidztwem, zastanawiał się, co będzie, jeśli wylądują w niewłaściwej książce – co by było, gdyby trafili na przykład do któregoś z kryminałów Remigiusza Mroza? Ale kiedy otworzył oczy, otaczała ich znajoma, lekko zatęchła ciemność wąskiego korytarzyka ze światłem przenikającym przez szpary wokół drzwi.

Hallo – przywitał ich wesoło widmowy Helmut, siedzący na skrzyni z narzędziami ogrodniczymi. – Alles in Ordnung? Geht’s euch gut?[11]

– Gut, gut – wymamrotał uspokajająco Konrad.

Odwrócił się, żeby spojrzeć na ścianę. Na jego oczach resztki tęczowej poświaty dogasły i ceglany mur był znowu solidnym, zwykłym murem.

5.

Romańczuk odrzucił propozycję Turu, żeby opić pomyślny przebieg wyprawy, więc wiking musiał się zadowolić obaleniem wieczornego piweczka (albo kilku) z Niemcami, którzy jak zwykle nie mieli nic przeciwko. Konrad tymczasem fuknął na Tsadkiela, ucinając marudzenie o odkażaniu butów i praniu wszystkich ubrań po pobycie w uniwersum, gdzie poziom higieny jest poniżej wszelkiej krytyki, i poszedł do siebie. Był tak zmęczony, że nawet przez myśl mu nie przeszło włączyć laptopa.

Tę noc przespał jak zabity. O dziwo, nic mu się nie przyśniło.

Nazajutrz wstał rześki, pełen nowej energii, i zaraz po śniadaniu zasiadł do pracy. Zostały mu do napisania jeszcze cztery rozdziały , a czasu było coraz mniej.

Lata doświadczenia zazwyczaj pozwalały mu szybko złapać rytm i produkować kolejne akapity tekstu bez zbędnego kombinowania nad każdym zdaniem, ale tym razem, o dziwo, szło jakoś opornie, jakby palce nie nadążały za natchnieniem. Po dwudziestu minutach deliberowania nad jedną kwestią dialogową Konrad coś sobie przypomniał i postanowił przeprowadzić eksperyment. Zamienił słuchawki wygłuszające na zwykłe, odpalił YouTube i wpisał w wyszukiwarkę nazwę zespołu.

Chwilę później już kiwał się na krześle w rytm piosenki wyrykiwanej przez grupę półgołych, brodatych wariatów przebranych za trolle.

Bland skuggor rider en odjur

Som en svarta träd

Griper hård på en mäktig hammar

Ut för svaga kristna blod

TROLLHAMMAREN![12]

Teraz pracowało mu się znacznie lepiej.

Nieśmiałe pukanie do drzwi, które rozległo się przed jedenastą, oczywiście nie oderwało go od pracy, bo w ogóle nie miał szans go usłyszeć, podobnie jak znacznie głośniejszego stukania pięć minut później. Podskoczył i ściągnął słuchawki dopiero wtedy, kiedy drzwi gwałtownie się otwarły.

– Konrad! – ryknął Turu. – Chodź szybko na dół! Musisz to zobaczyć!

– Co znowu? – Romańczuk podniósł się niechętnie, zesztywniały od bezruchu. Jego zmaltretowany siedzącym trybem życia kręgosłup już od dwóch lat wymagał regularnych interwencji masażystki z pobliskiej kliniki rehabilitacyjnej: muskularnej i okrutnej pani Czesi. – Szczęsny znów narozrabiał? Krakers złożył jaja?

– Gorzej!!

Kiedy zeszli na dół, Romańczuk zobaczył przez otwarte drzwi wejściowe, że większość domowników zebrała się w ogrodzie. Ogarnęło go niesprecyzowane złe przeczucie. Pośpiesznie zmienił buty i zgarnął z wieszaka kurtkę.

Wychodząc na dwór, zmrużył oczy, gdy zaatakowało go światło słońca. Zreflektował się, że może trochę za dużo czasu spędza zamknięty w czterech ścianach, klepiąc w klawiaturę, ale ta nieśmiała myśl błyskawicznie umknęła, gdy dotarło do niego, że wszyscy, którzy zebrali się na trawniku nad sadzawką – Licho, Tsadkiel, Carmilla z opatulonym ciepło Bożkiem, trzej wehrmachtowcy i utopiec – z rozdziawionymi ustami wpatrują się w niebo. A dokładniej – w jeden konkretny punkt nieboskłonu nad koronami bezlistnych drzew i widocznymi w oddali blokami.

Konrad też powędrował wzrokiem w tamtą stronę i zdębiał.

Na tle bezchmurnego błękitu dryfowały… balony? Sterowce? Było ich… pięć, sześć? I były różowe.

Na oczach Konrada zza linii bloków wyłoniły się kolejne rosnące pomaleńku kropki. Siedem, osiem… DZIEWIĘĆ.

Kiełkujące w sercu Romańczuka straszliwe podejrzenie przemieniło się w pewność, podczas gdy pierwszy balon czy sterowiec rósł w oczach, nadlatując powoli, lecz nieubłaganie – jaskrawo, złowróżbnie, niezaprzeczalnie różowy. Lekko spłaszczony od góry i dołu, przypominał kształtem okrągłą, pękatą poduszkę.

– Na Odyna, ma ze trzydzieści metrów długości – wyszeptał z podziwem Turu.

Konrad zmrużył oczy. Na grzbiecie kolosa stało kilka małych ludzkich sylwetek. Z tej odległości widział tylko, że co najmniej dwie z nich mają długie, rozpuszczone włosy.

Średni Niemiec trącił go w ramię i wręczył mu wyjętą z futerału wojskową lornetkę. Konrad ujął ją drżącą ręką i przyłożył do oczu. Widziane w powiększeniu postacie – pięciu mężczyzn i jedna kobieta – wydały mu się niepokojąco znajome.

Carmilla szturchnęła go w bok i gestem zasygnalizowała, że też chce spojrzeć, więc Konrad podał jej lornetkę.

– O rany – powiedziała po dłuższej chwili. – Czy ja śnię? Przecież to Loki! Turu, zobacz!

Z gardła Konrada, przytłoczonego perspektywą goszczenia nie tylko dziewięciu króliczych poduszkowców, ale też Lokiego i co najmniej kilkorga Avengersów, przywiezionych grom wie skąd przez piekielną Rudolf Valentino, wydarł się głuchy, przeciągły jęk.

 

Agnieszka Hałas

 

[1] (niem.) rozgniewana kobieta

[2] Finntroll, „Solsagan”

[3] Sentenced, “The Suicider”

[4] Therion, „Mark of Cain”

[5] Nightwish, „Feel For You”

[6] Nightwish, “I Wish I Had An Angel”

[7] The Cure, “Burn”

[8] Bruce Dickinson, “The Alchemist”

[9] In Flames, “Only For The Weak”

[10] Ensiferum, “Lai Lai Hei”

[11] (niem.) Wszystko w porządku? Dobrze się czujecie?

[12] Finntroll, „Trollhammaren”




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Copernicon 2019 – fotorelacja

Niedawno opublikowaliśmy relację Gabrysi Rolskiej z Coperniconu, tym razem nadszedł czas na…

[RECENZJA] „Dożywocie” Marta Kisiel

Czas był wyjątkowo łaskawy dla „Dożywocia”. Mimo upływu lat i zmiany trendów…

[Recenzja] „Efekt pandy” Marta Kisiel
Bookiety Maciej Tomczak - 22 października 2021

„Efekt pandy” jest komedią kryminalną jeszcze bardziej kameralną niż „Dywan z wkładką”.…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit