Aleksander Karniszyn „Dobra praca”

Opowiadania Aleksander Karniszyn - 10 listopada 2014

Z początku wszystko szło świetnie. Olga biegła, bojąc się spóźnić do pracy, a tu z tyłu zatrąbił na nią bus. I proszę: dojechała prawie pod same drzwi, tyle że wejść od razu jej się nie udało. Kiedy przeciągnęła identyfikator przez szczelinę terminala recepcyjnego, drzwi tak jakby zamyśliły się na moment, a potem wstrętnym mechanicznym głosem oznajmiły:

– Jeszcze sto metrów.

No tak, tak… Wczoraj Olga na spacerze nie była. Dziś przyjechała busem. Nic dziwnego, że krokomierz wykazał niewypełnienie normy ruchowej. Mówi się trudno.

Zeszła z wysokiego ganku i marszowym krokiem dwukrotnie okrążyła wieżowiec firmy. Ponownie podeszła do drzwi – tym razem kliknęło, stuknęło i zapaliła się zielona lampka. Można wejść.

Drzwi już dawno temu przestały otwierać się automatycznie. Jeszcze wtedy, kiedy przyjęto postanowienie o konieczności zwiększenia sprawności fizycznej pracowników biurowych. Z wysiłkiem, zapierając się obiema nogami, Olga przepchnęła skrzydło i wpadła do foyer. Chodziły słuchy, że teraz do drzwi podczepiono dźwignię pompy, która – rzekomo ma to oszczędzać energię elektryczną – pompuje wodę do wszystkich spłuczek.

Przy windzie zatrzymał ją windziarz w czerwonym berecie.

– Momencik – powiedział grzecznie. – Jeszcze raz poproszę, tylko wolniej.

Olga cofnęła się do wejścia i ponownie ruszyła do wind.

– Proszę wybaczyć – windziarz uważnie wpatrywał się w ekran swojego komunikatora – ale panią zapraszam na schody.

Szlag, szlag, szlag…! Okej, zabawiła się wczoraj, wyluzowała, zdarza się. Pozwoliła sobie raptem na jeden całkiem zbędny kawałeczek takiego pysznego tortu. No przecież nie codziennie!

– Pani nadmiar wynosi około pięciuset gramów. Tu z taką dokładnością mierzy, pół kilo w tę, pół kilo we w tę – przepraszającym tonem powiedział windziarz i znów pokazał ręką na szklane drzwi prowadzące na schody.

A czas ucieka!

Olga wystartowała ku schodom, poślizgnęła się na gładkiej marmurowej posadzce („jak krowa”, pomyślała jeszcze samokrytycznie), boleśnie stłukła sobie kolano, ramieniem pchnęła drzwi, i – utykając i przytrzymując się obiema rękami poręczy – rzuciła się po schodach na górę.

Do swojego gabinetu wpadła piętnaście sekund przed sygnałem rozpoczęcia dnia roboczego. Zwaliła się za biurko i zaraz się zerwała; rozległo się krótkie stukanie i do środka wszedł jakiś facet, zaczął o coś upierdliwie pytać, wpychać jej jakieś papiery, mówić nieprzyjemnym głosem niezrozumiałe słowa…

– Proszę wyjść! – srogo powiedziała Olga, wytrzeszczając oczy. – Pan co? Nie widzi, że jestem zajęta! Wezwę pana!

Mężczyzna zrejterował, przepraszając, a ona rąbnęła na krzesło, chwytając powietrze otwartymi ustami.

– Olgo Aleksandrowna – głośnik nad drzwiami nagle odkaszlnął i oznajmił – proszę zajść podczas przerwy obiadowej do psychologa, jeśli łaska.

Prawie się rozpłakała. No co za dzień, taki pechowy. Najpierw niby szło świetnie, a potem… Biegła, rajstopy porwała, zraniła się, na interesanta nakrzyczała, a teraz jeszcze i psycholog. I jeszcze waga. A przecież nie jest już dzieckiem. Powinna być mądrzejsza.

Potem Olga wpadła w wir roboty. Wysłuchiwała, wypytywała, sprawdzała dokumenty, odpowiadała na pytania, poświadczała, wyjaśniała, witała się i żegnała, uśmiechała się, kiwała głową, wznosiła brwi, znów się uśmiechała…

Równo o jedenastej rozległ się gong. Olga wstała, zamknęła drzwi, stanęła przed kamerą wideo i wykonała pod dyktando cały ułożony dla niej zestaw ćwiczeń, postękując od czasu do czasu przy skłonach i przysiadach, i użalając się nad sobą.

Potem nastąpiła jeszcze godzina przyjęć obywateli. A później przerwa obiadowa.

W stołówce po sprawdzeniu identyfikatora wydali jej płaski talerz przaśnej owsianki i pół szklanki soku. Wody za to można było brać do woli. Zwykłej gotowanej. Obiad dużo czasu nie zajął i Olga ruszyła na górę do psychologa. Piechotą, znów piechotą. Do windy jej przecież jeszcze nie puszczali.

– No, Olgo Aleksandrowna, i jaki mamy z panią problem? – uśmiechała się młoda sympatyczna psycholożka.

I tu Olga już nie wytrzymała. Wygarnęła wszystko, co nazbierało się od rana. I o młodych i szczupłych, i o kawałeczku tortu, i o tej przeklętej stołówce, i o autobusie, i o schodach w górę, w dół, i o pogodzie, i…

Opamiętała się, widząc drżące usta i łzy, ogromne łzy kapiące z przepięknych czarnych oczu dziewczyny psychologa.

– Za co mnie pani tak nienawidzi? – pociągała tamta nosem. – Ja przecież też pracuję. I nie mniej niż pani, żeby nie było! A w dodatku moja praca jest ludziom potrzebna! Potrzebna! Właśnie. A pani… A mnie…

Oldze nagle zrobiło się nieznośnie wstyd. Prawie zobaczyła na miejscu psycholożki siebie, tylko dwudziestoparoletnią, a naprzeciw takie właśnie krówsko – tak o sobie teraźniejszej pomyślała.

– Proszę mi wybaczyć. – O mało co sama się nie rozpłakała. – To zwyczajnie hormony, pewnie. W końcu już czterdziestka… I ja, no. Samotna.

– To znaczy dzieci pani chce, czy tak? – Psycholog przestała płakać i wycelowała ołówkiem w notesik.

– Jakie tam dzieci, co pani? Ja po prostu ciepła, tak jakby, więcej bym chciała, i… no, silne ramię, na którym można się wesprzeć, i… no, plecy, za którymi czasem można się schować, odespać… A co mam, o! Pół kilo. I owsiankę. I pracę, o! Do siódmej, dzień w dzień.

I naczelnik wydziału Olga Aleksandrowna prawie że się usmarkała z żalu nad sobą.

– No co pani, co pani? – Psycholog się zakrzątnęła, podała szklankę wody i paczkę chusteczek. – Wszystko będzie dobrze. Obiecuję pani. W imieniu całej korporacji obiecuję.

No… jeśli w imieniu samej korporacji…, myślała Olga jadąc windą do siebie. No i łzy przecież też spalają kalorie, pocieszyła się jeszcze przed rozpoczęciem drugiej połowy dnia.

Potem znów była robocza rutyna. A godzinę przed końcem pracy głośnik ponownie odkaszlnął i już nie takim urzędowym głosem oznajmił:

– Olgo Aleksandrowna! Przełożeni postanowili przyznać pani w dniu dzisiejszym dodatkową godzinę wypoczynku. Tylko proszę zajść jeszcze na chwilkę do kadr.

Z przyzwyczajenia zaczęła wypełniać polecenie. Skierowała oczekujących petentów do innych pracownic, schowała dokumenty do biurka, a to, co trzeba, do dużego sejfu, zamknęła drzwi i udała się na dół, do kadr.

Czekały tam na nią „stare biurwy” – nie wiedzieć czemu w kadrach zawsze pracowały tylko starsze urzędniczki. Mimo to Olga uśmiechnęła się do nich prawie szczerze. One też uśmiechnęły się w odpowiedzi, pomrugując i popatrując, jakby dawały do zrozumienia, że one coś wiedzą.

– Tu proszę podpisać, i jeszcze tu…

– Co to?

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Aleksander Karniszyn „Dziadek Mróz nie istnieje”

Właściwie to nie jest noworoczna bajka, chociaż wszystko kończy się dobrze. Mniej więcej.  …

8. „Sputnik nad Polską” startuje dziś w warszawskim Iluzjonie!
Aktualności Fahrenheit Crew - 20 listopada 2014

Uroczyste otwarcie 8. Festiwalu Filmów Rosyjskich „Sputnik nad Polską” rozpocznie się dziś –…

Daria Bułatnikowa „Dom nad strumieniem”

Za oknem płakały krzaki. Krople deszczu spływały z liścia na liść, po czym odrywały się i plaskały…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!