Aleksander Karniszyn „Dziadek Mróz nie istnieje”

Opowiadania Ebola - 30 grudnia 2014

Właściwie to nie jest noworoczna bajka, chociaż wszystko kończy się dobrze. Mniej więcej.

 

 

Każdy dzień Marka zaczynał się o siódmej. Tak jak zawsze i u wszystkich. Od dzieciństwa do starości wszyscy wstawali równo o siódmej rano. A spać kładli się zawsze o dziesiątej wieczorem. Taki już był ustalony porządek dnia. Kiedy tylko kończyły się oba programy w telewizji, kulturalny i sportowy, pojawiała się prognoza pogody na jutro i rozbrzmiewał hymn. I po hymnie wszyscy się kładli. Można było zobaczyć, jak jednocześnie, pstryk-pstryk-pstryk, zaczynają niknąć w ciemnościach stojące dokoła nowe wieżowce. Dom Marka też niedługo zostanie zburzony. Według grafiku, który wisiał już pół roku obok okienka portiera, przesiedlać ich będą w tygodniu przed Nowym Rokiem.

Nie, dom był jeszcze w zupełnym porządku, przytulny i ciepły, bez dwóch zdań. Ale – grafik. Nowoczesność powinna być wprowadzana ściśle według zatwierdzonego grafiku. To daje zajęcie budowlańcom i zapewnia zamówienia różnym fabrykom elementów budowlanych. Inżynierom i pracownikom biurowym też. I tym, którzy ich karmią. Wszystkim, wszystkim i we wszystkim.

Tydzień przed przeprowadzką podadzą im nowy adres. Pewnie trzeba będzie zacząć szukać nowej szkoły dla syna, bliżej mieszkania. A może i pracy dla siebie. Perspektywa zbyt długiej drogi do pracy nie wyglądała zachęcająco. Limit. A za przekroczenie limitu odbierali bonusy.

Bonusy odbierali jeszcze, jeśli ktoś pracował nie tam, gdzie go skierowano. Miejsce zatrudnienia wyznaczano w kwartalnym zarządzeniu. Oni mieli wszystkie aktualne dane na temat zapotrzebowania i możliwości w bieżącym okresie. I jeśli pracowałeś w innym miejscu niż wskazane, to także mogłeś stracić bonusy.

Może więc nie będzie trzeba niczego szukać. Wszystko już zostanie postanowione urzędowo.

Mark jechał do pracy ciepłym przestronnym autobusem i myślał, że w tym miesiącu musi koniecznie zajść do szkoły syna. Inaczej doczeka się wizyty szkolnego psychologa w domu i znów będzie musiał odbyć długą, ciężką rozmowę, a w karcie obywatela postawią mu już drugie upomnienie. Rodzice byli zobowiązani interesować się dziećmi do osiągnięcia przez nie pełnoletności, to jest do dwudziestu czterech lat, tak że jeszcze i na uczelnię przyjdzie się fatygować.

W pracy cały dzień drukował otrzymane pisma i instrukcje, potem segregował je tematycznie, potem zanosił do kierownika działu, który jeszcze raz wszystko sprawdzał. Kierownik czasem przekładał ten czy tamten dokument do innej teczki, patrząc przy tym karcąco na Marka. Mark wzdychał ze skruchą „moja wina”, rozkładał ręce, spuszczał głowę. „No, no” – mówił kierownik działu. – „Jeśli brat twój zawini, upomnij go; i jeśli żałuje, przebacz mu”. I oddawał teczki z powrotem. Potem Mark obchodził wszystkich kolegów, siedzących w wielkiej wspólnej sali, i rozdawał im dokumenty, zgodnie z zakresem obowiązków.

I tak dzień w dzień.

Nie uważał, żeby jego praca należała do tak znów lekkich i prostych. Gdyby tak było, to czy daliby mu to mieszkanie? I talony na jedzenie? I bonusy urlop?

Mark mieszkał z synem w standardowym dwupokojowym lokalu. Żona z córką żyły w takim samym mieszkaniu na drugim końcu miasta i raz w tygodniu przyjeżdżały w gości; czasami zostawały na noc. Marek też raz w tygodni jeździł do nich. Te dni zostały wcześniej zaznaczone w grafiku, i dodatkowo w komputerze.

Nie należało zapominać o tych wizytach. Po pierwsze, oznaczało to utratę bonusa, po drugie, innych terminów dla tych spotkań w rocznych grafikach i tak nie było.

Każdy pełnoletni obywatel otrzymywał swój roczny grafik trzydziestego pierwszego grudnia, po którym następował świąteczny dzień pierwszego stycznia, przeznaczony na zapoznanie się z planem, a drugiego stycznia znów zaczynało się zwyczajne, sformatowane, rozplanowane z góry na rok, życie. Oczywiście, jeśli nie trafił się dodatkowy wolny dzień.

Mark pamiętał, jak to kiedyś pierwszy stycznia wypadł w piątek i w grafiku uczciwie napisano, że do pracy można przyjść dopiero czwartego. Ale taka okazja zdarzała się rzadko.

Dzień pracy zawsze kończył się równo o piętnastej zero zero.

Mark jechał do domu krócej niż pół godziny. Po otwarciu drzwi mieszkania, już od progu, głośno mówił:

– Witaj, synu. Wróciłem!

– Witaj, tato – odpowiadał, wychodząc ze swojego pokoju, Jewgienij Markowicz, jego syn, który w tym roku skończył całe dziesięć lat.

– I co tam złego? – tradycyjnie, z chytrym uśmiechem, pytał Mark.

– Głowa bajdura zapamiętuje wszystko, co usłyszy – odpowiadał syn. – Wszystko w porządku, dwójek brak!

Mark rozbierał się, mył ręce i siadał do sprawdzania lekcji – czterdzieści minut, według grafiku. Komentował, kazał co nieco poprawić lub powtórzyć – kolejne dwadzieścia minut.

Następnie, według planu, nadchodził czas wspólnego odrabiania pracy domowej. Tego, co do tej pory nie zostało zrobione. A jeśli zrobione zostało, plan i tak musiał być wypełniony.

I chociaż Żeńka mógł skończyć wszystko do jego powrotu, to zawsze znalazło się coś, co można było robić tak jakby razem. Syn ponownie siadał za biurkiem, a Mark rozkładał gazetę; lektura prasy też była uwzględniona w grafiku.

– Tato, a dlaczego Mróz to dziadek? – Żeńka pochylił głowę na ramię i, wysunąwszy koniuszek języka, kolorował noworoczną kartkę, pracę domową na poniedziałek.

– Nooo – przeciągle zaczął ojciec, odkładając dziennik. – No, pewnie dlatego, że jest bardzo stary. Na starych ludzi zawsze mówią dziadek.

– A czy ty też jesteś dziadek?

– A czy ja jestem taki stary?

Żeńka oderwał wzrok od obrazka, spojrzał na ojca.

– Noo… stary to nie. Sędziwy, pewnie.

Tak w ogóle to stary. W końcu ma już trzydzieści pięć lat. A trzydzieści pięć to dwa razy tyle, co Żeńka. Nawet więcej, prawie cztery, jeśli zaokrąglić. Oczywiście, że stary. Ale mówić tego nie trzeba, przykro. Stary, to przykro. Jak jakiś termin przydatności do spożycia, etykietka – stary.

– A Śnieżynka to babka?

– No co ty, Żeń? Jaka z niej babka? Śnieżynka to wnuczka Dziadka Mroza! Ona jest jeszcze całkiem mała.

Chciał powiedzieć „jak ty”, ale w porę się powstrzymał. Oczywiście, że Żeńka jest jeszcze mały, ma raptem dziesięć lat z kawałkiem. Ale nazywać go tak nie wypada, będzie mu przykro. W sumie nie taki znów mały. Na futrynie zaznaczali ołówkiem, jak chłopiec rośnie. O, gdzie była pierwsza kreska, a teraz to – ho ho!

– A co to znaczy wnuczka?

– Wnuczka to córka syna albo córka córki tego dziadka.

– Córka córki, córka córki! – ucieszył się Żeńka. – Chmurka chmurki, chmurka chmurki!

Ściągnij tekst:

Powiązane wpisy

Dorota Pacyńska „Lista pomocnicza, czyli gufnoburza for ever lajk rules”
451 Fahrenheita - 14 kwietnia 2016

Żeby było jasne: w ocenie wydawnictw vanity, upublicznionej przy okazji tzw. listy pomocniczej…

A na pieszczoty to trzeba sobie zasłużyć!
Recenzje - 23 maja 2014

Autor: Matt Mayevsky Tytuł: „Homoseksokracja” Wydawca: Foreknowledge Ltd 2014 Stron: 500 Cena:…

Dorota Pacyńska „Znasz bajkę o smokach?”
Felietony - 30 lipca 2014

Zaznaczam od razu, że problem, o którym traktuje ten tekst, dotyczy niewielkiego procenta wydawnictw, jednak ostatnio…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!