Aleksiej Piechow „Niebieski płomień. Latarnia morska” (2)

Opowiadania Fahrenheit Crew - 22 listopada 2013

Klnąc pod nosem, posyłając na głowy tych, którzy nie siedzą w domu, wszystkich zbłąkanych tego świata, kobieta doskoczyła do drzwi.

– Kogo czarne owce tu przywlokły?!

I ledwie dosłyszała odpowiedź:

– Szer! Otwieraj! To ja, Wocław!

Z trudem odsunęła ciężką zasuwę. Poryw wiatru wdarł się do domu, przewiał ją do szpiku kości, przywlókł na ogonie deszczową wilgoć, gorzki zapach morza, zgasił świecę i przestraszył ogień w palenisku.

Pomimo kapturów i bezkształtnych mokrych płaszczy poznała ich. Farmer Wocław, przewoźnik Mik i rybak Dżun. Dzisiaj ich kolejka chodzić nocnymi ulicami okręgu i obserwować latarnie.

– Nieszczęście, Szer! Ktoś z domu Uwego umarł! – wychrypiał rybak, przestępując z nogi na nogę, nie decydując się na przekroczenie progu.

– Wchodźcie! Żwawo!

Walcząc z wiatrem, z trudem zamknęła za nimi drzwi, gniewnie ocierając trafiające na czoło deszczowe krople.

– Dawno?

– Nie wiemy. – Nabrzmiała twarz Wocława była blada. – Gdy tylko zobaczyliśmy, natychmiast ruszyliśmy do ciebie. Sama wiesz, jak tam jest!

Niezadowolona, zacisnęła wargi. To znaczy, nie pomyśleli, by powiadomić kogoś z domu Uwego. Może teraz jest tam już nie jeden błądzący, a dwoje. Idioci! Jak tak można? Dżun w tych sprawach nowicjusz, ale od Mika i Wocława można wymagać więcej. Stróżują nocą nie pierwszy rok, a dzisiaj zachowali się jak niedoświadczeni nastolatkowie.

Trzech mężczyzn wyglądało na bezradnych i przestraszonych. Woda z ich brezentowych okryć spływała na podłogę, wsiąkając w podniszczony dywan.

– Dlaczego nie poszliście do Józefa albo Klary? Dzisiaj jest ich dyżur! – zżymała się i wyglądała na bardzo rozgniewaną.

Na górze Najli płakała bez ustanku. Chrońcie ją, Pięciu! Jakże to wszystko nie w porę! Nie w porę!

– Józefa wezwano na wieś godzinę temu. Do Lidy. Tam kuśnierz umarł. A Klara jest zajęta na drugim końcu miasta. W więzieniu jeden zbzikował i grozi, że się zabije.

– A Kryza?!

– Burmistrz ma kolkę nerkową. Więc ją też wezwano.

– Idźcie do Niklasa albo Mateusza! Mam małe dziecko, nie mogę!

– Szeron, jesteś najbliżej latarni morskiej. Jeśli pójdziemy do któregoś z nich i z powrotem, zajmie to dużo czasu… – Mik zrobił niezręczny gest, zająknął się i zamilkł.

Był wyższy od niej o dwie głowy, ale zawsze w obecności dziewczyny czuł się niezręcznie. Przewoźnikowi było łatwiej samotnie wypłynąć w sztormową pogodę, niż z nią rozmawiać. I problem wcale nie krył się w jej darze, a w tym, że mu się podobała, a jemu nigdy nie wystarczyło śmiałości, by przyznać się do tego. Szeron, ma się rozumieć, wiedziała o jego uczuciach, ale pomimo tego, że od śmierci Dymitra minęły dwa lata, samotną teraz gospodynię wielkiego domu interesował tylko los małej Najli, a nie jej własny.

– Ty… popatrzysz? – w jego głosie prześliznęły się żałosne, błagalne nutki. – Pójdziesz z nami?

Rzuciła ponure spojrzenie na zaniepokojone, blade twarze. Mała zaroślowa kotka, stojąca przed trzema przesiąkniętymi morską solą psami.

– Niech to licho! Jakże to wszystko nie w porę! Dlaczego dzisiaj?! Czekajcie! – powiedziała znacznie ostrzej, niż wypadało.

– Kochana, wszystko w porządku? – zapytała zza drzwi zaniepokojona Ausza.

Szeron musiała się zatrzymać , by powiedzieć:

– Uwego spotkało nieszczęście, nianiu. Powinnam pomóc, póki nie przyjdzie ktoś inny. Nie przejmuj się. Wrócę za godzinę. Zostawię kogoś przy Najli.

– Dobrze. Bądź ostrożna.

Wbiegła szybko po schodach do pokoju dziecinnego i pochyliła się nad łóżeczkiem.

– Już dobrze, Najli. Jestem tu.

Dziecko, widząc jej twarz, uspokoiło się natychmiast. Szeron cicho zanuciła kołysankę i nie odchodziła, póki dziewczynka nie zasnęła. Mogła zostać i nikt nie obwiniałby jej o nic. Miała pełne prawo, by odesłać petentów z kwitkiem, ponieważ z Najli nie miał kto zostać. Wcześniej, kiedy szła na dyżur, odnosiła dziewczynkę do salowej, która mieszkała na sąsiedniej ulicy, by nie zostawiać dziecka ze starą Auszą. Jednakże teraz, nocą, w taką burzę, niebezpiecznie było wynosić malucha za drzwi.

Ale nie wolno zostawiać ludzi w nieszczęściu i musi udzielić im pomocy.

Wbiegła do swego pokoju, ubrała się, jak można najcieplej, chwyciła z półki torbę z cielęcej skóry – tę, która zawsze leżała przygotowana na takie właśnie niespodziewane wypadki.

Zeszła na parter, gdzie niecierpliwie czekali mężczyźni. Podeszła do wieszaka, zdjęła z haczyka czerwony płaszcz przeciwdeszczowy, jaki nosili wszyscy Wskazujący.

– Dżun, zostaniesz tu. Gorąca woda w czajniku. Jedzenie na stole. Nie hałasuj. Proszę, nie wypuszczaj też Auszy. Jeśli Najli znowu zapłacze, musisz ją uspokoić.

Rybak sposępniał, wyraźnie nie wyobrażając sobie, jak trzeba obchodzić się z dziećmi, ale się zgodził.

– Czekaj na mój powrót.

Jeszcze jedno skinienie głową.

Dziewczyna narzuciła na głowę kaptur.

– Zamknij drzwi i nikomu oprócz mnie nie otwieraj. Liczę na ciebie. Pięciu widzi, że mam nadzieję wrócić jak najszybciej. Chodźmy!

W dawnym, zapomnianym przez wszystkich bogów mieście, które dożywało ciężkiej starości w głębokim zamroczeniu, panowały wiatr i deszcz – najbardziej nieprzyjemni i niezmienni towarzysze jesiennych sztormów, obruszających się każdego roku na przeklęte księstwo Letos. Pragnęły zniszczyć skały, pożreć ziemię i zgarnąć pod siebie, zalewając słoną wodą, żeby nawet skąpa pamięć o tych brzegach na wieki została wytarta ze świata.
Szeron nienawidziła nocy tak, jak tylko może nienawidzić ten, kto zna wszystkie jej straszne tajemnice. Nie lubiła opuszczać przytulnego domu z nadejściem ciemności i teraz szła na przekór sobie, wyłącznie z powinności, która była nadrzędna wobec jej życzeń.

Jej służba – sprawa przetrwania ziomków. Sprawa życia i śmierci całego Letosu, którego tak boją się, nienawidzą i wolą nie pamiętać o nim mieszkańcy innych księstw. I właśnie z tego powodu nie jest teraz z Najli, a kolejny raz idzie ratować miasto.

Okna domów, koło których przechodzili, kryły się za ciężkimi okiennicami, potężne drzwi wyglądały na tak samo niezniszczalne jak Ziemne Góry. Mętne, rozmazane plamy światła na ścianach domostw, z rozkołysanych na wietrze latarni, jako jedyne chociaż trochę rozcieńczały maślany mrok. Zresztą ich żałosne wysiłki trudno było ocenić: ogniki blado migotały za grubymi szkłami, po których spływała deszczówka, a ich sił wystarczało tylko na to, by tworzyć złudne majaki na ciemnych, wilgotnych ulicach.

Deszcz pastwił się nad płaszczem Szeron, wiatr próbował zerwać ściśle przylegający kaptur. Zmoczyła dół długiej czarnej spódnicy, wpadając do niewidocznej w nocy kałuży, woda natychmiast polazła po tkaninie do góry i teraz nieprzyjemnie chłodziła kostki, przylepiając się do nich i utrudniając ruchy.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Marcin Podlewski „Głębia 4. Bezkres”

O autorze: Marcin Podlewski Tytuł: Głębia 4. Bezkres Wydawnictwo: Fabryka Słów Premiera 27 czerwca…

Premiera „Mobius Final Fantasy”
Gry MAT - 3 sierpnia 2016

Od dziś użytkownicy urządzeń mobilnych z systemami Android oraz iOS mogą zagrać w Mobius Final Fantasy.…

Program 5. edycji Dni Jakuba Wędrowycza
Aktualności Fahrenheit Crew - 15 lipca 2010

Zwięźle, bo konwent tuż, tuż. Program i reszta. Wesołej zabawy. Ściągnij tekst:

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!