Aleksiej Piechow „Niebieski płomień. Latarnia morska” (3)

Opowiadania Aleksiej Piechow - 22 listopada 2013

Minęli ulicę, przy której w połowie w domów nikt nie mieszkał od kilku dziesięcioleci. Mieszkańcy stopniowo opuszczali miasto, przesiedlając się na południe, do Arantu, stolicy Letosu – i domy opustoszały. Na skrzyżowaniu, obok starej kolumny, na zapadniętym w ziemię postumencie – jednej z licznych konstrukcji pozostałych z czasów, kiedy Letos był wielkim krajem – kobieta poślizgnęła się. Gdyby nie mocna ręka Mikego, która przyszła z pomocą Wskazującej, ta niechybnie upadłaby w rozkiśniętą breję, której nie sposób nazwać miejską drogą. Spasione od nieustającego deszczu potoki wody burzyły się pod nogami, zalewały półbuty, chłodziły nogi, a potem rzucały się w stronę morza, by zlać się z nim w jedyną całość.

Było bardzo zimno, ręce zaczynały kostnieć, ale Szeron starała się nie pozostawać w tyle za idącym z przodu Wocławem. Trzymała się tuż za nim, chroniąc się za szerokimi plecami przed ostrymi, zbijającymi z nóg porywami wiatru. Mik zamykał pochód, i kiedy był zbyt blisko, słyszała jego ciężki oddech.

Doszedłszy do głównej ulicy miejskiej, przystanęli, przyciskając się plecami do zrujnowanej ściany otaczającej rynek, gdzie latem sprzedawano świeżo strzyżoną owczą wełnę przypływającym raz do roku handlarzom z Warenu. Szeron pociągnęła nosem, przysłuchując się szumiącemu za domami morzu. Znała ten ryk od dzieciństwa, ale nadal nie mogła się do niego przyzwyczaić. Przerażał ją. A przecież w książkach piszą, że gdzieś, na południu, morze jest zupełnie inne. Spokojne, ciepłe, przejrzyste i nieskończenie wspaniałe. Bardzo by chciała w to uwierzyć, odwiedzić Solankę albo Irastie, by samej się przekonać, że to rzeczywiście prawda, a nie opowieści jakichś bajarzy. Śniło się jej nocami to lazurowe morze, ale wystarczyło tylko na chwilę wrócić do realności i cała iluzja znikała. Dlatego że przy brzegach Nimady prawie cały rok, bezustannie, wściekał się drapieżny potwór.

– Pośpieszymy się – dotknęła ręki Wocława. – Nie jestem zmęczona.

Ten skinął głową, spoglądając ponuro, westchnął jak stary pies i, wstrzymując oddech, wyszedł zza osłaniającej ich ściany na przejmujący wiatr.

Przeszli jeszcze jedną ulicę po starych, rozbitych płytach, utwardzających niegdyś Drogę Królów, która ciągnęła się przez całe Jedyne Królestwo od północnego przylądka Letosu do Falny, wtedy jeszcze będącej częścią kontynentu, a nie wyspą. Po dziesięciu minutach ostatnie, opuszczone domy peryferii zostały z tyłu i przyjaciele wyszli na otwartą przestrzeń wrzosowisk, zdając się na łaskę wiatru.

Niespodziewana błyskawica ujawniła z deszczowej otchłani osypujące się ogrodzenie, ułożone z resztek starych murów, szare, pokryte porostami pomniki i nagrobne płyty z zatartymi epitafiami.

Szeron przeżegnała się znakiem Pięciu, pamiętając o duszach tych, którzy śpią tu wiecznym snem. W dzieciństwie bała się cmentarzy, ale, wydoroślawszy, zrozumiała, że jej strach jest pusty jak rybackie sieci wczesną wiosną. Umierający w dzień ludzie znajdują drogę w inny, wspaniały świat i nie mają powodu, by dokuczać żywym i życzyć im zła. W odróżnieniu od błądzących, którym nie pozostaje nic innego, jak zabijać żywych z nienawiści, że oddychają, kochają i nadal pozostają ludźmi.

Między miastem i latarnią morską wznosił się niewysoki, porosły wrzosem pagórek. Wystarczyło pokonać go, żeby dotrzeć do mieszkania Uwego. Na górę prowadziła wąska, kamienista ścieżka – w każdym razie taka była przed sezonem sztormów. Teraz zamiast niej było pokryte błotem, bulgoczące, śliskie zbocze, i trzeba było je zdobywać szturmem, jak niedostępną twierdzę Górskiego Księstwa.

Gdzieś w połowie wzniesienia Szeron podniosła wzrok i zobaczyła, że pomimo mgły w niebo bije niebieskawy promień. Wskazująca Drogę przeklęła po cichu, domyślając się, co wkrótce zobaczy, i z uporem przedłużyła wspinaczkę, żałując, że nie wzięła ze sobą kija.

Swawolny wiatr omal nie zerwał z kobiety czerwonego płaszcza, i kiedy mu się to nie powiodło, cofnął się, ale natychmiast zaatakował z drugiej strony, mocno uderzając ją w plecy, próbując zmusić do upadku na kolana, a jeśli się uda, to nawet do stoczenia się po kamienistym zboczu. Szeron zachwiała się, jednak ustała na nogach, gniewnie klnąc pod nosem. To, co zobaczyła z pagórka, bardzo jej się nie spodobało.

Wszyscy mieszkający w Letosie wiedzą, że jeśli pojawia się błądzący, to płomień przy nim zmienia kolor. Staje się niepodobny do siebie, przestaje być ciepły i przybiera niebieski kolor. I nieważnie, gdzie się pali – w ognisku, w latarni, na pochodni, w palenisku albo, tak jak teraz, na latarni morskiej.

Światło zalewało całą okolicę przerażającym niebieskim kolorem. Fale, kamienista mierzeja, dom Uwego, krzaki wrzosu, twarze Wocława i Mika, a także jej własna, przybrały niesamowity odcień. To było na tyle dziwne, że przez kilka sekund nie mogła dojść do siebie.

Znów rozjarzyła się błyskawica. Szeron przez moment wydało się, że dostrzegła przeklętą stronę zatoki i mroczne, opuszczone wiele wieków temu domy. Oczywiście to raczej niemożliwe. Przeciwległy brzeg nawet w piękną pogodę nie zawsze można zobaczyć, nie mówiąc już o takim sztormie.

– Źle się czujesz? – krzyknął do niej Wocław.

– Nie przypuszczałam, że tu się może dziać coś takiego! – Zwróciła się do Mika: – Wracaj! Znajdź Mateusza albo Niklasa! Albo kogoś innego! Przyprowadź kogokolwiek z nich!

Jego kobaltowa twarz z zapadniętymi oczyma pozostała beznamiętna. Nic nie mówiąc, mężczyzna zawrócił i podobna do łona wieloryba ciemność pochłonęła przewoźnika. Szeron z Wocławem zaczęli schodzić po krętej ścieżce, co chwila ślizgając się i wymachując rękoma, by utrzymać równowagę. Potoki zimnej wody wlewały im się w półbuty, ziębiąc nogi.

Kilkakrotnie Wskazująca kichnęła, marząc teraz o gorącym ziołowym wywarze i ciepłej kołdrze. Ale wreszcie udało im się zejść i w niebieskim świetle kontynuować drogę do brzegu, gdzie buszowało morze.

Żywioł wściekał się i ryczał, pożerając wszystkie pozostałe dźwięki. Młoty morskich bogów biły o skały, rusałki wyły razem z wiatrem i kobieta starała się nie patrzeć tam, gdzie rzęziły z wściekłości drapieżne fale. Rozdrażnione morze przerażało nawet tego, kto żył obok niego od urodzenia.

Musieli przejść po wysokiej, daleko wysuniętej w morze kamienistej mierzei, dokąd bez trudu dolatywały bryzgi rozbijających się fal, a każda z nich była wysokości domu, do którego zdążali. Szeron patrzyła pod nogi, bojąc się pośliznąć na wilgotnych kamieniach. Nie zauważyła, kiedy pasiasta, wzniesiona z czerwonawego kamienia latarnia morska, zbudowana przez mistrzów Jedynego Królestwa, pojawiła się przed nią. Z ulgą dotknęła szorstkiego, mokrego i lodowatego boku konstrukcji.

Piętrowy dom Uwego został przybudowany do latarni morskiej około pięćdziesięciu lat temu, po tym, jak rozbił się tu statek handlowy i na brzegu pojawiło się prawie dwudziestu błądzących. Od tamtej pory latarnia morska paliła się każdej nocy.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Antologia „Niech żyje Polska. Hura!” t. 1
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 1 grudnia 2006

Podróżować można na wiele sposobów, ale najbardziej fascynujące są podróże w czasie, a tych niniejsza antologia…

Soundedit’15 – Projekt „Metropolis”, czyli kino, opera, elektronika i rockowa gitara
Aktualności Fahrenheit Crew - 7 września 2015

W tym roku ekipa Soundedit przygotowała niespodziankę w postaci czwartego, „wyjazdowego” dnia Festiwalu. 29 października…

Adam Cebula „W gruncie rzeczy wróżba”
Felietony Adam Cebula - 19 kwietnia 2016

Ta sama technologia generuje bardzo podobne zjawiska w odległych dziedzinach, ot co. Net,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!