Aleksiej Piechow „Niebieski płomień. Latarnia morska” (5)

Opowiadania Aleksiej Piechow - 22 listopada 2013

Serce podskoczyło, zamarło i zastukało z podwójną siłą, Szeron zastygła, zwrócona twarzą do schodów. Minęły trzy długie, niekończące się minuty, ale niczego więcej nie udało jej się usłyszeć. Mroczny, brudny dom, otulony we wszystkie odcienie szarości, jakby naśmiewał się z nieproszonego gościa. Jeśli na piętrze ktoś był, to nie spieszył się z ujawnieniem.

Szybko oceniła różne warianty i po palcach jej lewej ręki przebiegły złowieszcze, złociste iskry. Postanowiła wstrzymać się z wejściem na górę, chociaż była przekonana, że ktoś tam się ukrywa, i w ślad za kośćmi do gry podążyła w stronę latarni morskiej. Wetknęła stalowy rylec w szczelinę między deskami, leciutko stuknęła w niego paznokciem. Przez szary metal przesączył się złoty blask i po chwili przyrząd rozjarzył się ciepłym, słonecznym światłem. Teraz błądzący nie dostanie się już korytarzem do pokoi, które zdążyła sprawdzić.

W przejściu między domem i latarnią przechowywano cebulę. Wiązki bladych, kiełkujących cebulek wisiały w przymocowywanych do sufitu rybackich sieciach o drobnych oczkach, wydzielając nieprzyjemny, zastarzały zapach i rozsiewając go po całym domu. Postarała się minąć to miejsce jak najszybciej.

Na parterze latarni morskiej paliło się niebieskie światło. Półokrągłe ściany, zgromadzone w dalszej części pomieszczenia łopaty, kilofy, jakieś żelazne lejki, odwrócona beczka po oleju, niski sufit i wąskie, kręcone schody, prowadzące do góry.

Kości, niczym żywe, jedna za drugą z niecierpliwością wskoczyły na pierwszy schodek. Szeron westchnęła i ruszyła ich śladem. Kiedy minęła pierwszy zakręt schodów, z góry zaczęła przesączać się jeszcze blada, ale już niebieskawa poświata. Gdzieś w połowie drogi kości, podskoczywszy, sucho stuknęły o siebie i znieruchomiały.

Kobieta, rozczarowana, zacisnęła usta, widząc rozpływającą się po stopniach niedużą, burą plamę. Jej informatorzy wskazali miejsce, gdzie właśnie ktoś umarł.

Ale ciała nie było. Błądzący poszedł na poszukiwanie żywych.

Umoczyła palec w płynie, powąchała. Plama nie miała nic wspólnego z krwią. Wino. Dozorca latarni za życia nie wylewał za kołnierz. I zapił się, na swoje nieszczęście. Prawdopodobnie, zamroczony, nie utrzymał równowagi, i tocząc się po schodach, skręcił kark.

Rozejrzała się za butelką, ale jej nie znalazła – widocznie spadła w dół. Zebrała bezużyteczne już kości, schowała do torby i pokonała jeszcze trzy poziomy schodów, prowadzących do oszklonego, kolistego pomieszczenia z dawno niemytymi szybami.

Nikogo.

Tylko ogromny, niebieski płomień tańczył w przeznaczonym dla niego miejscu, odbijając się w obrotowych lustrach i kryształowej soczewce.

Latarnia była rówieśnicą Jedynego Królestwa, ale nadal działała nienagannie – wymagała tylko uzupełnienia oleju w pojemniku i obrócenia klucza z brązu w stworzonym przez dawnych czarodziejów mechanizmie.

Szeron nie potrafiła się powstrzymać, na chwilę podeszła do okna i spojrzała tam, dokąd padał pełzający powoli kobaltowy promień światła. Z wysoka buszujące morze wyglądało jak bezkresna, pomarszczona, granatowa kołdra, znajdująca się w niekończącym się ruchu. Widok obudził ciarki na plecach i Wskazująca szybko się wycofała. Była zmęczona i pragnęła jak najszybciej skończyć z tym wszystkim.

Wstrzymując oddech, minęła cebulowy magazyn, wróciła na korytarz i usłyszała dobiegający z najdalszego pokoju na parterze przytłumiony krzyk, a potem głośne uderzenie, jakby coś ciężkiego z rozmachem wbijało się w ścianę. Lewa dłoń Szeron rozjarzyła się ciepłym, pomarańczowym światłem, pulsującym w takt uderzeń serca.

Nie rzuciła się na złamanie karku z powodu dźwięku, ale też i nie zwlekała. Pchnęła drzwi, czując, jak światło dotarło do ramienia, i widząc, że aż do sufitu wzbijają się ostro gwiaździste iskry, rozsiewając dokoła zapach świeżych pomarańczy, niezwykle rzadkich w księstwie Letos.

Wocław się pomylił, to nie był pokój, a korytarz, który kończył się jeszcze jednymi drzwiami. Błądzący był w kuchni, gdzie tliło się jeszcze palenisko. Było to największe pomieszczenie i znajdowało się w najdalszej części korytarza. Stwór próbował wedrzeć się do niedużej spiżarni, w której schowała się żona strażnika latarni morskiej. Drzwi jeszcze wytrzymywały, ale deski już trzeszczały. Błądzący atakował przeszkodę w milczeniu, rzucając się na nią z rozpędu, jak ryba, która próbuje wyskoczyć na brzeg.

Żadnego dźwięku, chrypienia czy jęku. Zagubione dusze nie mają w zwyczaju rozmowy z żywymi. Szeron weszła tak cicho, że ten nie usłyszał, zbyt zajęty próbą pozyskania żywego ciała.

– Odczep się od niej! – powiedziała dziewczyna.

Na dźwięk słów zwinnie się odwrócił, zapominając momentalnie o chowającej się ofierze.

Błądzącym był rzeczywiście Uwe.

Wyglądał podobnie jak za życia. Chudy, przygarbiony, ubrany niechlujnie, z czerwonym od wiecznego pijaństwa nosem i nieprzyjemną twarzą. Nadal nikt by się go nie obawiał, gdyby nie zęby i oczy.

Pierwsze nie były ludzkie, każdy z nich przypominał wilczy kieł. Wielkie, miały z połowę długości małego palca Szeron, żółte i szablaste, ledwie mieściły się w ustach. Kobieta wiedziała, do czego zdolne są takie ząbki, i widywała kawałki ciała wyrywane nimi z żywych ludzi.

Jeśli chodzi o oczy, to ich, na dobrą sprawę, nie było. Oczodoły błądzących ziały pustką. Właśnie dlatego uwięzione w martwych ciałach rozdrażnione dusze nie mogły znaleźć właściwej drogi po śmierci.

Stwór wyszczerzył się, czując pomarańczowe światło bijące od Wskazującej, ale nie potrafił powstrzymać swojej nienawiści i pragnienia krwi. Zaatakował z niebywałą zwinnością, wzbijając się w powietrze w długim skoku. Z ręki Szeron wystrzelił pomarańczowy snop światła, uderzył przeciwnika w twarz, i ten jakby się zderzył z niewidoczną ścianą, runął na podłogę. Spróbował wstać, zwrócony do niej ślepą twarzą, na pozór próbując zapamiętać jej oblicze, i rozsypał się miliardem złocistych iskierek, zostawiwszy po sobie tylko pamięć. Po chwili iskry zgasły, nie pozostawiając nawet śladu. Dusza błądzącego znalazła drogę w pozagrobowy świat.

Wskazująca podeszła do drzwi spiżarni, zza których dochodziło przytłumione szlochanie.

– Noro, to ja, Szeron. Otwórz, proszę.

Cisza.

– Noro, jego już nie ma i nikomu nie wyrządzi szkody.

Dał się słyszeć dźwięk odsuwanych mebli i drzwi z popękanymi deskami uchyliły się na cal. W następnej chwili szlochająca ze strachu żona latarnika znalazła się w objęciach Szeron. Wskazująca gładziła przestraszoną kobietę po głowie niczym małe dziecko, a nie tę wstrętną ciotkę, która kiedyś goniła ją mokrą ścierką za to, że, będąc dziewczyną, razem z watahą miejskich chłopaków grała w piłkę obok jej domu.

– Już dobrze. Wszystko dobrze, słyszysz? Niebezpieczeństwo minęło.

Nora trzęsła się spazmatycznie.

Szeron mówiła do niej, podobnie jak do Najli, żeby tylko jakoś ją uspokoić, ale nagle zająknęła się, nie kończąc zdania. Odniosła wrażenie, że wszystko w niej zaczyna pokrywać się lodem.

Węgle w palenisku wciąż migotały niebieskim kolorem.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Krzysztof Piskorski „Poczet dziwów miejskich”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 8 lipca 2007

Nie pytaj, co miasto może zrobić dla Ciebie. Spytaj, co Ty możesz zrobić…

Krzysztof Kochański „Parowy hycel”

– No i bardzo dobrze. Młodzież należy wspierać. – Zieleniewski grzecznie uchylił cylindra.…

Andrzej Ziemiański „Zapach szkła”

Fabryka Słów Ten zapach skaleczy cię na dobre… Wiele jest tajemnic w naszej, zdawałoby…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!