Aleksiej Piechow „Niebieski płomień. Latarnia morska” (6)

Opowiadania Aleksiej Piechow - 22 listopada 2013

– Kto jeszcze był w domu oprócz was? – Jej głos przybrał ostry ton, spojrzenie miotało się po kątach pomieszczenia, które w jednej chwili nabrało złowieszczego charakteru.

Ciemny stół, odsunięta szafa, za którą mrok był wyjątkowo gęsty, otwarte drzwi do spiżarni.

– Co? – Nora podniosła zapłakaną twarz.

– Kto jeszcze był w domu?!
Żona Uwego też zobaczyła, jakiego koloru jest płomień, i zaskomlała ze strachu. Wskazująca jeszcze dwa razy musiała powtórzyć pytanie, tym razem bardzo spokojnym tonem, by ta je usłyszała.

– Łukasz. Garbarz ze Zbryżna. Pili razem – wyszeptała Nora.

– Wracaj do spiżarni. Zamknij się i nie wychodź.

Nie trzeba było dwa razy prosić. Żona latarnika czmychnęła z powrotem. Drzwi się zatrzasnęły.

Szeron znów wyjęła kości do gry. Poprzednio myślała o Uwem i kości zaprowadziły ją do miejsca, gdzie umarł. Teraz należało znaleźć garbarza.

Nie cieszyła się z kolejnego spotkania. Za życia Łukasz był podobny do niedźwiedzia, zdrowy, kosmaty i drapieżny tak jak on. Można tylko się domyślać, w co się teraz przekształcił.

Zdążyła dotrzeć do rozgałęzienia wiodącego do latarni, kiedy błądzący z łoskotem zbiegł po schodach z piętra. Krzyknęła, odskoczyła, rzuciła w niego rudym płomieniem, potknęła się o prożek i upadła, boleśnie uderzając łokciami o podłogę. Jej magia zmarnowała się, przeszła nad ramieniem garbarza, uderzyła w ścianę i rozpłynęła się w niej.

Tymczasem on, dudniąc butami, mijał ostatnie cztery schodki. Jego szyja była rozerwana wilczymi zębami, krew przesyciła odzież, puste oczodoły patrzyły tylko na Szeron. Zwinnie odpełzła do tyłu i jej palce  zacisnęły się na wetkniętym w deski podłogowe zimnym, złocistym rylcu. Wyszarpnęła go, a potem jak nożem rzuciła w pochyloną nad nią potworną postać.

Rzutu nożem nauczył ją Dymitr, jeszcze kiedy byli dziećmi, i ta nauka nie poszła na marne. Ostrze złotą kopią weszło w pierś błądzącego, zamigotało jak lustro, od którego odbiły się słoneczne promienie, i z przeciwnikiem stało się to samo, co z Uwem.

Rozsypywał się miliardem ciepłych iskier, na chwilę oświetliwszy brudne pomieszczenie.

Szeron nadal siedziała na podłodze, słyszała, jak za ścianami ryczy morze i starała się wrócić do równowagi.

Męczyły ją dreszcze.

– … muszę iść do domu – powiedziała, łykając ciepły, słodkawy wywar z mięty i poziomkowych jagód.

Metalowy kubek przyjemnie ogrzewał ręce, i gdyby nie dziewczynka, pozostałaby tu całą wieczność.

– Wkrótce pójdziesz – obiecał Józef.

– Najli…

– Na pewno jest bezpieczna. Świt za pół godziny. Nie musisz błąkać się po ulicach po ciemku. Pij. Powinnaś nabrać siły.

Jej nauczyciel dobijał siedemdziesiątki, ale wciąż jeszcze sprawiał wrażenie człowieka w pełni sił, i tylko ci, którzy przebywali z nim na co dzień, mogli zauważyć, jak mocno zmienił się ostatnio. Jego siwe włosy przypominały pakuły, brody nie nosił, dlaczego był widoczny jego okaleczony podbródek – pamiątka po spotkaniu z błądzącym przed blisko dwudziestu laty.

– Doskonale sobie poradziłaś. – Zdjął czajnik z ognia, poszukał czystego kubka.

Posłała mu wdzięczny uśmiech, nie dziwiąc się, że również Klara skinęła głową aprobująco, całkowicie zgadzając się z najważniejszym w ich zakonie. Druga pod względem ważności Wskazująca w mieście uważała Szeron za lekkomyślną i nie lubiła jej, chociaż doceniała talent uczennicy Józefa. Teraz palcami z dokładnie obciętymi paznokciami wodziła po rzuconej na stół skórzanej kurtce.

Do pokoju weszła Jolata. Uczennica Klary niedawno skończyła piętnaście lat.

– Co z Norą? – zapytał Józef.

Wyglądał na zmęczonego i niewyspanego.

– Usnęła. – Nos dziewczynki był śmieszny, przypominał guziczek. – O świcie poproszę kogoś z miasta, by pobył przy niej.

Czując na języku smak mięty i leśnych jagód, Szeron stopniowo dochodziła do siebie. Wskazujący przyszli do latarni morskiej, kiedy było już po wszystkim, ale i tak była im wdzięczna za towarzystwo. Ponura noc jeszcze trwała, sztorm nie cichł, i ten okropny, brudny, niechlujny dom nie poprawiał nastroju.

– Kto został na dyżurze? – zapytała.

– Zbudziliśmy Mateusza – odezwała się Klara, uśmiechając się życzliwie. – Robi ostatni obchód. Jolata, nalej mi, proszę, wrzątku.

Szeron odstawiła pusty kubek na stół.

– Muszę już iść. Czuję się dobrze.

Józef dotknął jej czoła szorstką, zimną ręką.

– Dobrze, moja uczennico. Idź. Ciebie się nie zatrzyma, nawet gdyby się chciało.

– Dziecko przeszkadza ci w pracy – stwierdziła Klara.

Szeron nie zareagowała na te słowa, chociaż jej serce ścisnęło się boleśnie.

– Zostaw ją – nachmurzył się Józef.

– Powiedziałam tylko prawdę – odparła Klara.

– Prawda jest taka, Klaro, że dzisiaj powinnaś pracować ty, a nie ja. Kiedy zaczyna się moja zmiana, dziecko nie zaprząta moich myśli. Powinnaś być bardziej wdzięczna, że dzisiaj ci pomogłam. – Szeron mówiła to z miną okraszoną życzliwym uśmiechem.

W każdym razie tak to wyglądało.

Wstała od stołu, wzięła leżący na krześle płaszcz.

– Doskonale wiesz, o czym mówię – miękko powtórzyła Klara. – Wskazujący nie mogą mieć własnych dzieci. Nasza misja zezwala na uczniów, a nie…

– Najli należy do mnie. Opiekuję się nią. I poprzestańmy na tym.

Zapięła guziki, nie patrząc więcej na swoją odwieczną przeciwniczkę.

Jolata obserwowała ją spod zmarszczonych brwi, nie lubiła, gdy ktoś podrywał autorytet jej nauczycielki. Ale Szeron było to obojętne.

– Wocław i Mik cię odprowadzą – zaproponował Józef.

– Dobrze. Poślijcie kogoś do rodziny Łukasza. Powinni się dowiedzieć, co się stało.

– Już to zrobiliśmy. Idź odpoczywać.

Skinęła głową, i nie żegnając się, opuściła kuchnię. Wocław i Mik byli w holu, koło drzwi, i kiedy Szeron podeszła, bez zbędnych słów wyszli za nią na ulicę. Niebo powoli jaśniało i to była jedyna zmiana. Wiatr nie uspokoił się, brudnoszare morze buszowało i ryczało, deszcz lał jak z wiadra. Otulając się szczelniej płaszczem, Wskazująca skierowała się po kamienistej ścieżce na pagórek.

Bez słowa dotarli do miasta w momencie, gdy do końca nocy pozostawało tylko kilka minut. Świat stał się bezbarwny, ogniki za szkłami wiszących nad drzwiami latarni zmatowiały i wyglądały na tak zmęczone, że lada chwila zgasną, aż do nadejścia następnego wieczora.

Ale ulice wciąż jeszcze były puste. Mieszkańcy Letosu woleli nie opuszczać domów wraz z pierwszymi promieniami słońca, a dopiero, gdy jego krawędź pojawiała się nad morzem.

Gdy doszli do skrzyżowania, Wocław zawołał Szeron. Odwróciła się, a on zapytał:

– Mogę pójść do domu? Żona będzie się niepokoić. Już świta.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Pierwsza część trylogii Żuławskiego uwolniona!
Aktualności Fahrenheit Crew - 9 grudnia 2012

Klasyka polskiej literatury fantastyczno-naukowej – „Na srebrnym globie” Jerzego Żuławskiego, została „uwolniona”.…

The Evil Within 2
Gry MAT - 13 października 2017

Gra akcji z elementami survival horroru trafia dzisiaj (13 października 2017 r.) do graczy korzystających z komputerów…

„Wampir z MO” – premiera 15 maja
Aktualności Fahrenheit Crew - 23 kwietnia 2013

Pełen absurd!   Krwisty powrót do czasów ZOMO, małych fiatów oraz prowokacji na każdym kroku.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!