Aleksiej Piechow „Niebieski płomień. Latarnia morska” (7)

Opowiadania Aleksiej Piechow - 22 listopada 2013

– Oczywiście. Mam do pokonania tylko zaułek. Dziękuję za pomoc.

Skinął ponuro głową, uścisnął dłoń Mikowi, przygarbił się i ruszył w stronę północnego kwartału.

– Odprowadzę cię – zaproponował Mik i dziewczyna tym razem nie sprzeciwiła się, chociaż powinna odmówić, by nie dawać mu złudnych nadziei.
Po dojściu do właściwej ulicy wystarczyło jej jedno spojrzenie, by zrozumieć, co się stało. Zapominając o zmęczeniu, deszczu i chłodzie, rzuciła się w kierunku domu.

Latarnia paliła się niebieskim płomieniem.

– Ausza! – jęknęła.

W jednej chwili eksplodował w niej cały zasób emocji: strach, niedowierzanie, rozpacz, przerażenie, ból, bezradność… ale była Wskazującą Drogę i wzięła się w garść. Odrzuciła wszelkie wątpliwości i niezdecydowanie, stając się skałą. Tam była Najli i potrzebowała pomocy.

Zdecydowanie, jak tygrysica, dopadła domu, rozpaczliwie szarpnęła drzwi, ale te były zamknięte. Załomotała w nie, wiedząc, że nie doczeka się odpowiedzi.

Na ulicy rozwidniło się, nastał ranek, i tym straszniejszy był widok niebieskiego płomyka w latarni.

– Trzeba powiadomić Józefa! Razem wy… – zaczął Mik.

– Nie! – ryknęła – Nie ma czasu!

W głowie Szeron odezwał się ohydny głosik, że może już za późno, ale rozkazała mu zamilknąć.

– Jak zamierzasz dostać się do domu? – zapytał Mik.

– Tak, jak w dzieciństwie, kiedy z Dymitrem… – powiedziała, ściągając płaszcz.

– Zwariowałaś?! – żachnął się ten. – Nie wolno ci…

– Wolno! I nikt mnie nie zatrzyma.

– Za silny wiatr. Możesz się nie utrzymać!

Dziewczyna tylko przerzuciła torbę na plecy i oparła ręce o znajomy mur. Po raz ostatni wspinała się około dwunastu lat wstecz, ale nadal pamiętała, jak należy się poruszać.

Jeśli trzymać się rynny, stawiać stopy w ledwie widocznych wyżłobieniach między kamieniami i dobrze wykorzystać swoją zręczność, to na poziomie piętra można pociągnąć za żelazny kabłąk. Po raz ostatni korzystali z niego bardzo dawno i prymitywny mechanizm podnoszący zasuwę solidnie się zestarzał.

Napinając mięśnie i stękając, wyciągnęła kabłąk na dwa cale. W drodze powrotnej omal nie spadła pod wpływem gwałtownego porywu wiatru. Na ziemię zeszła przemoknięta do suchej nitki i szczękająca z chłodu zębami.
Opędziła się od Mika, który próbował oddać jej swój płaszcz, zręcznie, pomimo długiej spódnicy, przeskoczyła przez niziutkie ogrodzenie i po pustych kwiatowych klombach, wzdłuż omszałej ściany i wysokiego sągu przykrytego osmołowanymi deskami, wpadła do przybudówki. Tam, w ścianie domu, były stare, rdzawe, przyparte kołem od wozu i przywalone drobnymi rupieciami, metalowe drzwiczki.

Mik szybko odrzucił śmieci i Szeron otworzyła je na klęczkach. Podobne znajdowały się w wielu domach, na wypadek gdyby błądzący zamknął dom od wewnątrz i nie było możliwości dostania się do niego ani przez drzwi, ani przez okna. Sekret, jak odsunąć rygiel, znali tylko mieszkańcy, chociaż szczególnej potrzeby zatajania tego przed ludźmi nie było. Miasto nieduże, wszyscy się dobrze znają, a kraść, kiedy możesz liczyć tylko na sąsiada, w Letosie nie miało sensu.

Odgarnęła wilgotne włosy z czoła i policzków:

– Nie wchodź za mną.

– Tam jest ich dwoje. Albo… – zająknął się. – Troje. Potrzebujesz pomocnika i dobrze o tym wiesz.

Nie chciała brać go ze sobą, ale sprzeczać się też nie miała czasu. Powiedziała krótko: „Decyduj sam. Tam jest niebezpiecznie”, i na czworakach zniknęła we włazie.

Wąska nora, w której pachniało pleśnią, wilgocią i mysim pomiotem, była zasypana dawno przegniłą słomą. Wcześniej Szeron przełaziła tu zwinnie jak zaskroniec, i nikt, ani Dymitr, ani inni jej przyjaciele, nie mógł nadążyć za gibką dziewczyną. Teraz musiała jak najmocniej przyciskać się do ziemi, ponieważ niski strop był tuż nad jej głową.

Pokonawszy osiem jardów, ostrożnie spróbowała podnieść drewniany właz nad głową, modląc się do Pięciu, by Ausza nie zawaliła go jakimiś rupieciami. Bogowie jej wysłuchali, właz otworzył się i znalazła się w małej, ciemnej spiżarni, gdzie w kącie stały łopaty i miotła, a wzdłuż ścian skrzynki z ziemniakami. Podeszła do drzwi. Mik, ciężko sapiąc, wydostawał się spod domu tuż za nią.

Hol był pusty, chociaż widziała nawet stąd, że pokój Auszy jest otwarty, a różaniec Pięciu rozerwany i paciorki rozsypały się po całej podłodze. Za jej plecami grzmotnęła zasuwa – Mik otworzył drzwi. Trzeci raz w ciągu doby wyjęła z torby kości do gry.

Nie zdążyła niczego zrobić, bo niewidoma starucha, z podrapaną twarzą i rozczochranymi włosami, wyskoczyła z jej sypialni i rzuciła się w ich stronę. Szeron z zimną krwią stanęła na drodze byłej niani, zasłaniając przerażonego Mika, i uderzyła pewnie, jak ją uczyli, bez wahania i wątpliwości. Błądząca już nie jest tym człowiekiem, którego kochała, i którym się opiekowała. Tu nie ma litości.

Złociste światło otuliło zębatą staruchę i zgasło. Wskazująca nawet nie zdążyła się zdziwić, gdy ta znalazła się obok i odepchnęła ją. Sił Ausze można było pozazdrościć. Szeron, jęknąwszy, wpadła na ścianę, słysząc krzyk Mika, i pomimo bólu uderzyła w tarzające się po podłodze ciała – raz, drugi, trzeci.

Żywemu to światło nie mogło uczynić szkody, a martwego powinno odesłać do pozagrobowego świata. Ale nie tym razem. Starucha wstała, a Mik z rozerwanym gardłem leżał na podłodze z nienaturalnie skręconą głową.
Po bladych wargach i ostrym podbródku błądzącej spływała krew. Puste, czarne oczodoły zwróciły się w stronę osłupiałej, niczego nierozumiejącej Szeron. Ausza jednak rozsypywała się tak, jak to bywa z każdym błądzącym, który spotka się ze Wskazującym Drogę.

Kobieta nie mogła oderwać przerażonego spojrzenia od miejsca, gdzie leżał martwy Mik, od rozpływającej się pod nim plamy krwi. Nie mogła zrozumieć, jak  coś takiego mogło się zdarzyć?!

– Najli! – Przerażenie przywróciło ją do rzeczywistości, zmusiło do rzucenia się po schodach na piętro.

Pchnęła drzwi pokoju dziecinnego i zaczęła jęczeć z rozpaczy. Łóżeczko było puste.

Nie potrzebowała dużo czasu, by sprawdzić dom i przekonać się, że płomień po śmierci Auszy nie pali się już niebieskim światłem, i że Dżun razem z dzieckiem zniknął bez śladu z zamkniętego domu.

 

2009

 

Tłumaczenie: Tadeusz Rubnikowicz

 

Aleksiej Piechow

Urodził się 30 marca 1978 roku. Po ukończeniu szkoły średniej podjął studia medyczne w Instytucie im. Siemaszko (obecnie: Moskiewski Uniwersytet Medyczno-Stomatologiczny).

Pisał jeszcze w szkole, zabawiając przyjaciół bajkami i fantastycznymi historiami. W Instytucie pożegnał się z tą pasją – po prostu nie było czasu. Do pisania wrócił dopiero w 2000 roku, a od 2001 zajął się tym już na poważnie. Ze zdziwieniem dowiedział się, że fragmentem pierwszego rękopisu zainteresowało się wydawnictwo. Wysłał tam powieść i, z jeszcze większym zdziwieniem, usłyszał, że tekst został przyjęty do publikacji.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Joseph Delaney „Kroniki Gwiezdnej Klingi: Nowy mrok”
Ksiażki fantastyczne MAT - 21 października 2016

Autor: Joseph Delaney Tytuł: Kroniki Gwiezdnej Klingi: Nowy mrok (Spook’s: A New Darkness)…

Fahrenheit nr 65
Archiwum Fahrenheita Fahrenheit Crew - 1 stycznia 2009

FAHRENHEIT NR 65 01-2009 DZIAŁY STAŁE OKŁADKA WSTĘPNIAK BOOKIET RECENZJE GALERIA PUBLICYSTYKA Słów…

Jacek Komuda „Ostatni honorowy”

Jacek Komuda Ostatni honorowy Fabryka Słów 2015 stron: 370   Powieść oparta…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!