Andrej Astachow „Dźwięk jego skrzypiec”

Opowiadania Andrej Astachow - 22 listopada 2013

Przez chwilę wydało mu się, że ONO nie zniknęło i nadal stoi obok, wyciągając do niego brzydkie, szponiaste łapy. A potem uzmysłowił sobie, że to tylko cień ramy okiennej na ścianie. Z ulgą opadł na poduszkę, wsłuchując się, jak serce wraca do normalnego rytmu. 

– Co się dzieje? – W głosie zaspanej żony dźwięczało niezadowolenie.

– Śpij, Taniu, śpij, coś mi się przyśniło… Śpij…

Żona westchnęła, odwróciła się na drugi bok. Jeszcze chwilę przyglądał się czarnemu, podobnemu do krzyża cieniowi na ścianie, a potem wstał i zaczął się ubierać.

W kuchni zapalił papierosa, łapczywie wciągnął pachnący pleśnią dym i wyjrzał przez okno. Na podwórzu było cicho. W mieście szczekały psy, a potem dobiegły go dalekie wystrzały. Życie toczyło się utartym rytmem – oddziały samoobrony wykonywały swe zadania. Najzwyklejsza noc. Tylko sen był niezwykły.

– Nie możesz spać? – Żona, poprawiając ramiączka starej nocnej koszuli, weszła do kuchni. – Co, znowu serce?

– Nie, kochana, wszystko w porządku – odpowiedział, zgniatając w popielniczce niedopałek. Popatrzył na zegarek: było po czwartej. Dziwnie, ale przez ostatnie dwa miesiące często budził się właśnie o tej porze.

– Chodź, prześpij się jeszcze – powiedziała żona.

– Nie chce mi się.

– Zagotować wodę?

– Nie trzeba. Idź się połóż. Posiedzę jeszcze trochę.

– Jak chcesz. – Kobieta dotknęła wargami jego policzka i wróciła do sypialni. Znów wyjrzał przez okno, przysłuchiwał się dźwiękom z ulicy. Cicho. Znów oblał go zimny pot.

Wypalił jeszcze jednego papierosa, starając się wypuszczać śmierdzący dym przez okno, potem na palcach przeszedł do sypialni i nadsłuchiwał. Żona spała. Wytarł spocone dłonie o nogawki, skradając się, przeszedł do salonu i podszedł do szafy. Drzwi lekko skrzypnęły, ale udało mu się otworzyć je prawie bezdźwięcznie. Wyjął futerał z instrumentem, znowu na palcach przeszedł do przedpokoju, szybko naciągnął na siebie sweter i sztormiak. Włożył półbuty, wsunął do kieszeni zapałki, latarkę i napoczętą paczkę papierosów. Zamykając za sobą drzwi, wyszedł z domu. Nie wiedział, dokąd ma iść, ale jednego był pewien – wszystko ma swój początek w skrzypcach, i nie zazna spokoju, póki nie rozwiąże ich tajemnicy.

 

Formalnie naruszył prawo – przecież w myśl przepisów był maruderem. Ale, prawdę mówiąc, nikt i nigdy go nie zaczepiał, podobnie jak innych poszukiwaczy, których w mieście nazywano „grzybiarzami”. Wojskowe patrole i ochotnicy z oddziałów samoobrony zwykle nie zwracały uwagi na ludzi z wielkimi plecakami, którzy jeszcze przed świtem pojawiali się na ulicach, śpiesząc, by znaleźć coś cennego, przed swoimi kolegami po fachu. Nie z dobroci serca – władze rozumiały, że ludzie muszą z czegoś żyć. A do tego „grzybiarze” dzielili się z wojskowymi – wszyscy o tym wiedzieli. I on się dzielił. Było to gwarancją spokoju i bezpieczeństwa.

Skrzypce znalazł w zburzonym domu na przedmieściu, który musiał być bogato wyposażony, zanim pożar zniszczył znaczną jego część. Leżały w piwnicy, w wielkim, metalowym sejfie. Kiedy go otwierał, trzęsły mu się ręce. Myślał, że będzie tam coś rzeczywiście wartościowego – broń, bezcenne leki, złoto. Nic podobnego. Tylko instrument w hermetycznym futerale z ciemnego metalu i stary, zakurzony, koncertowy frak. Widocznie, gospodarz domu był muzykiem albo kimś w tym rodzaju. Rozczarowany  znaleziskiem, otworzył futerał – skrzypce były pieczołowicie zawinięte w cienki czarny aksamit. Tabliczka po wewnętrznej stronie pokrywki informowała, że to Eurydyka, wykonana przez mistrza Antonia Stradivariego z Cremony w 1722 roku. Nigdy nie słyszał o takim mistrzu, zrozumiał tylko jedno – skrzypce były starodawną rzeczą. Być może znajdzie się ktoś, kto zechce je kupić.

Zezowaty Bińdziug, któremu zwykle przekazywał znalezione rzeczy, nie wziął instrumentu.

– A do czego one mi potrzebne? – powiedział. – Nawet na opał się nie nadają, chyba że na rozpałkę. Futeralik niczego sobie, może by się na coś przydał. Za wszystko dam szklankę mąki.

– Nie – odpowiedział, ukrywając przed paserem wzrok. – Rozmyśliłem się.

W domu pokazał skrzypce Tani. Żona tylko wzruszyła ramionami.

– Piękne – powiedziała. – Chyba można je sprzedać.

– I właśnie w tym sęk, Bindziug ich nie chce – odpowiedział.

– Nie chce, to i diabeł z nim. Znajdziesz innego nabywcę.

Zgodził się z nią i na pewien czas skrzypce zostały zapomniane. A potem zaczęły się sny. Pierwszy zapamiętał szczególnie wyraźnie. Zdarzyło to się czwartej nocy po tym, jak przyniósł je do domu. Przyśniło mu się, że w mieście zjawiła się dziwna istota podobna do człowieka – jakby zlepek mroku. Chodziła ulicami i szukała swej skradzionej duszy. Zawsze spotykał tę istotą na swej drodze, a ona biegła za nim, aż zrywał się z łóżka, ciężko oddychając i czując przerażenie. Zaczął często budzić się przed świtem, jakby się bał, że znowu przyśni mu się ten koszmar.

Ostatni sen dał odpowiedź na męczące go pytanie – dlaczego? Tym razem nie tylko widział niewyraźną, czarną postać, prześladującą go, ale słyszał jeszcze dźwięk – dziwny, tęskny, nieprzyjemny. Właśnie taki dźwięk wydawały skrzypce, kiedy próbował prowadzić po strunach smyczkiem. To wszystko z powodu skrzypiec. To one ściągają na niego koszmary. Trzeba się od nich uwolnić. Im szybciej, tym lepiej.
W tawernie było prawie pusto,  tylko jakiś pijany chłop w łachmanach, chrapał w kącie, roztaczając smród zaskorupiałego potu i moczu. Kelnerka spojrzała na gościa nieprzychylnie.

– Nachlać się czy pożreć? – zapytała, wycierając szmatą obdarty, plastikowy stół.

– Ja do gospodarza – odpowiedział. – Chcę z nim porozmawiać.

– Jest u siebie, na górze. Znowu jakąś małolatę przywlókł. – Kelnerka splunęła na plastikowy blat i ze złością zaczęła wycierać go szmatą. – Wszyscy jesteście psami parszywymi, by was szlag trafił!

Wyszedł, nie chcąc słuchać rozgniewanej kobiety, obszedł budynek i po schodach pożarowych dostał się na piętro. Odszukał właściwe drzwi. Żeka – karczmarz –  brzuchaty i podpity, leżał na wielkim łóżku, rozrzuciwszy nogi w podartych skarpetkach. Obok spała, otuliwszy się kołdrą, trzynastoletnia dziewczynka.

– A-a-a, Siergiejewicz? – przeciągając się i szczerząc w uśmiechu, przywitał go karczmarz. – Poranek zajrzał przez okno i gość się zjawił w domu. Czego tak wcześnie?

– Witaj – odpowiedział, patrząc z dezaprobatą na śpiącą dziewczynkę. – Mam do ciebie sprawę. Chcę ci zaproponować towar.

– Co za towar?

– Ten – podał gospodarzowi futerał. – Skrzypce.

– Ho-ho! – Karczmarz podrapał się w owłosioną pierś pod masywnym krzyżem. – Prawdziwe skrzypce?

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Torsten Krol „Callisto”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 27 maja 2008

Albatros Odell Deefus, niezbyt rozgarnięty młodzieniec z amerykańskiej prowincji, jest mocno zdegustowany niskopłatną,…

Michael Gerber „Barry Trotter i Niepotrzebna Kontynuacja”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 3 kwietnia 2006

Niczym chroniczna choroba skóry, najbardziej irytujący czarodziej świata powraca! Barry Trotter, obecnie…

Konkurs PS: Memento Mori
Konkursy A.Mason - 3 kwietnia 2019

Drodzy czytelnicy! Uczestnicy Warszawskich Targów Fantastyki, którzy odwiedzili stoisko wydawnictwa Jaguar, mogli…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!