Andrej Astachow „Dźwięk jego skrzypiec” (2)

Opowiadania Andrej Astachow - 22 listopada 2013

– Prawdziwe. Znalazłem. Prawdopodobnie mają dużą wartość.

– Lepiej byś znalazł fortepian – poważnie powiedział karczmarz, otworzywszy futerał i wziąwszy w ręce skrzypce. – Tam dużo drewna i dobrego metalu. A to… Co chcesz za nie?

– Wezmę, co dasz.

Karczmarz oparł skrzypce o ramię, przycisnął podbródkiem i przeprowadził smyczkiem po strunach. Wydały skrzypiący, długi jęk. Dziewczynka pod kołdrą poruszyła się, soczyście przeklęła i nakryła głowę poduszką. Karczmarz zarżał.

– Dobra sztuka, można szczury i kurwy odpędzać – powiedział. – Nie potrzebuję tego, Siergiejewiczu. Rupieć. Po starej przyjaźni mogę ci za nie szklankę siwuchy nalać. Nie gniewaj się.

– Nic się nie stało, rozumiem.

– A ty się naucz na nich grać – powiedział karczmarz z poważną miną. – Będziesz w mojej tawernie zagrywać. Muzyka dobrze wpływa na gości. Mówię poważnie.

– Więc nie kupisz?

– Nie, wybacz. – Włożył skrzypce do futerału i zatrzasnął wieko. – Zabieraj swoją mandolinę. Będziesz mieć coś wartościowego, przychodź, a drobiazgami lepiej nie zawracaj głowy. Nie mam na to czasu.

Wyszedł z domu, przyciskając do siebie futerał z przeklętymi skrzypcami i przez pewien czas stał w jakimś dziwnym odrętwieniu. Nagle zapragnął wyjąć instrument i trzasnąć nim jak najmocniej o ścianę, by rozsypał się na kawałki.

Otworzył futerał, wziął skrzypce za gryf i nagle doświadczył uczucia podobnego do litości. Poranne słońce ciepło odbiło się pięknymi, złocistymi refleksami od lakierowego drewna instrumentu i ten nikomu niepotrzebny kawałek drewna nagle wydał mu się żywą istotą. Uderzyć nią o kamień to tak, jakby zabić dziecko.

– Zwaliłyście się na moją głowę, przeklęte! – wyszeptał. – Po co ja polazłem do tego domu…?

Jeśli nie uwolni się od skrzypiec, sen powróci znów. I ONO wcześniej czy później dobierze się do niego.

Do domu z nimi nie wróci. Sprzedać prawdopodobnie też nie uda się. A zatem pozostaje tylko jedno.
Było późne popołudnie, gdy dotarł do ruin. Nic się nie zmieniło od czasu, kiedy był tu dwa miesiące temu. Drzwi wejściowe były otwarte – widocznie nikt po nim nie odwiedził tego domu.

Wszedł i rozejrzał się. Tak – wszystko takie samo, jak tamtego dnia. Dopiero teraz zrozumiał, jaki świetny dowcip spłatała mu wtedy chciwość.

Był tak pewny, że w sejfie jest coś szczególnie cennego, że nawet nie pomyślał o zabraniu pozostałych rzeczy z tego pomieszczenia. A tu… O-o-o, jest tu na czym zarobić! Prawie nowe metalowe łóżko z siatką sprężynową, trzy drewniane krzesła, sekretarzyk. A w kącie… Mój ty Boże! Najprawdziwsze centrum muzyczne i to jeszcze jakie! A gdyby poszukać w tych szafach, może jeszcze…

– Dzień dobry! – rozległ się cichy i znużony męski głos.

Odwrócił się w jego kierunku tak gwałtownie, że omal nie upuścił skrzypiec.

Zobaczył staruszka, całkiem siwego, z długą brodą, ubranego w jakieś łachmany nieokreślonego koloru. Stał na dolnym stopniu schodów, trzymając w ręce naftową lampę i patrzył na gościa. Dziwne, ale w jego oczach odbijała się radość.

– Pewnie przyniosłeś je! – krzyknął uradowany. – To chyba ty otworzyłeś mój sejf?

– Ja… – Zrozumiał, że nie ma sensu kłamać. – Tak, otworzyłem go.

– Nic im się nie stało? Proszę cię, daj mi je!

Podał staruszkowi futerał. Ten, coś wykrzykując, otworzył go, chwycił skrzypce i głośno westchnął.

– Boże mój, jakie szczęście! – powiedział, i w jego oczach pojawiło się nieziemskie światło. – Dobrze, że nie ucierpiały. To cud, to po prostu… Nie, zaraz się rozpłaczę! Ani trochę się nie zmieniły! Kochane moje ślicznotki, przetrwały wszystkie te straszne chwile!

– Co takiego szczególnego jest w tych skrzypcach? – zapytał.

– Szczególnego? Mój kochany człowieku, przecież to Eurydyka! Jeden z tworów Antonia Stradivariego, można powiedzieć,  najdoskonalszy. Przez wszystkie lata myślałem o nich i najbardziej się bałem, że kiedy wrócę do domu, to… Ale teraz to już nieważne. Są całe. I to najważniejsze.

– Jesteś gospodarzem tego domu?

– Tak, proszę sobie wyobrazić! Dwadzieścia dwa lata temu wyjechałem na tourneé, jeszcze nie wiedząc, co nas wszystkich czeka. Pojechaliśmy do Tajlandii. Mieliśmy występować przed samym królem tego kraju! Wtedy nie wziąłem Eurydyki, bojąc się, że wilgotny klimat może jej zaszkodzić. Miałem inne skrzypce, też bardzo dobre, Amatiego, i te zabrałem ze sobą. A potem, już na miejscu, dowiedziałem się o uderzeniach jądrowych, i o tym, że świat przestał istnieć. – Staruszek ostrożnie położył skrzypce na stole, wyciągnął skądś, spod łachmanów, pęcherzyk z tabletkami i wsunął jedną pod język. Ręce mu drżały. – Co było potem, lepiej nie wspominać. Prawie wszyscy zginęli, niektórzy z głodu, inni od radiacji lub chorób, niektórzy z rąk maruderów i bandytów. A ja przeżyłem i przez wszystkie te lata marzyłem, by wrócić do domu i je odnaleźć. Znalazłem i teraz mogę spokojnie umrzeć.

– Tak po prostu przyszedłeś stamtąd… Pieszo?

– Proszę to sobie wyobrazić! Dwadzieścia dwa lata drogi. Zupełnie jak kiedyś przodkowie mojego narodu, na czele z Mojżeszem. Zarabiałem na życie, dając małe koncerty w osiedlach, póki nie zgubiłem tych innych skrzypiec podczas ucieczki przed szajką bandytów… Wiesz co? Drżę na samą myśl, że mogę teraz zagrać. A ciebie proszę, byś posłuchał, bardzo proszę. Nie występowałem od tak wielu lat przed publicznością! Proszę, przysiądź tam. Dziękuję.

Staruszek chwilę stał nieruchomo, a potem zrobił to, co jeszcze bardziej zdziwiło gościa. Podszedł do uchylonego sejfu, otworzył drzwiczki i wydobył ten sam zakurzony frak, który leżał ze skrzypcami. Rozprostował go, otrzepał z kurzu, włożył na swoje łachmany i dopiero wtedy, ostrożnie wziął Eurydykę i smyczek. Dość długo stroił skrzypce i na twarzy miał wypisaną prawdziwą błogość.

– Powiedz – zapytał nagle, kiedy skończył zabiegi przy swoim skarbie – dlaczego zdecydowałeś się zwrócić mi je?

– Nie mogłem ich sprzedać.

– Szczerze mówiąc, nikomu dzisiaj nie są potrzebne skrzypce Stradivariego! Ale postąpiłeś szlachetnie. Dziękuję ci. Odwdzięczę się. Mam trochę jedzenia, leki i odzież. Oddam wszystko, co tylko zechcesz. A teraz proszę, posłuchaj ich. Usłyszysz głos anioła, którego nie zdołały zabić nawet bomby wodorowe.

Jeszcze raz ciężko westchnął, podniósł smyczek i uroczystym głosem zapowiedział:

– Jan Sebastian Bach, aria „Erbarme mich, mein Gott“. Dedykuję miliardom poległych i tym, którzy przeżyli i nadal walczą.
Nad martwym światem dźwięczał płacz Eurydyki

Stary, wyczerpany muzyk grał dla siebie i dla wszystkich. Grał dla marudera, który zwrócił mu największy jego skarb tylko dlatego, że nie mógł go sprzedać i przestraszył się męczących, nocnych koszmarów. Grał dla tych, którzy nie słyszeli – dla rzeszy Ziemian, spoczywających pod osmalonymi ruinami miast zburzonych jądrowym płomieniem. Grał dla tych, którzy nigdy nie słyszeli dźwięku skrzypiec. Grał, ponieważ dla tego koncertu w piwnicy własnego spalonego domu szedł dwadzieścia dwa lata. Grał dlatego, że świat powinien znów usłyszeć dźwięki Eurydyki.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Konkurs literacki „Szczyt grozy”
Aktualności Fahrenheit Crew - 17 listopada 2016

Zimowa edycja konkursu na opowiadanie grozy o tematyce górskiej kierowana jest do początkujących literatów i miłośników…

Hugo Awards 2018
Aktualności Fahrenheit Crew - 20 sierpnia 2018

Laureaci tegorocznej nagrody „Hugo”.

Konkurs – Koszulka do wzięcia, czyli zostań Mickiewiczem
Aktualności Fahrenheit Crew - 5 marca 2007

Firma AX oraz redakcja Fahrenheita zapraszają do udziału w kolejnym koszulkowym konkursie. Tym razem do wygrania…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!