Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Andrzej Piętka „Kolęda dla śpiących”

Źródło: generator obrazów AI Nano Banana

Spojrzał na drzewko pomarańczowe. Stało przed nim w ceramicznej donicy i prężyło gałązkę w stronę stalowego blatu biurka. Trot lubił tę roślinkę. Wydawała mu się odważna i zawsze gotowa do zabawy. Oczywiście takiej bez poruszania się. Jej zielone listki miały kolor butelek, których zakorkowane szyjki często mijał w magazynie. Podlewał powoli, cienką strużką starannie przygotowanej wody, delikatnie nawadniając całą powierzchnię wkoło pieńka, tak, by samo drzewko, a nie on, wybierało sobie korzonki do pobrania wilgoci.

Pozostało mu jeszcze cotygodniowe przecieranie liści, a potem na koniec poodkurzanie. Nie lubił brudnych podłóg, a rośliny czasem potrafią napaskudzić. Chociaż robił to co zawsze, optymalnie dozując wodę, światło, nawozy i temperaturę, jego podopieczni wciąż poszukiwali nowych form wyrazu, wyginając gałązki w niespodziewane strony, zrzucając liście, gdzieniegdzie się żółcąc lub schnąc i co najgorsze, sypiąc okruchami łuszczących się kor i kurząc pyłkiem wszystko dookoła. Trot znał się na roślinach, wiedział o nich tak dużo, że poznał nawet sposoby ich interakcji. Bez problemu dostrzegał potrzeby i upodobania – czytał sygnały z rozkładających się badylków, zmian kolorów, czy ze skręcania liści. Starał się też nigdy nie zapominać o pozostałych lokatorach Sali Zielonej, czyli o grzybach i drobnoustrojach. Choć to było jeszcze trudniejsze, o te istoty dbał równie pieczołowicie, co o ich większych kompanów.

Trot od zawsze pracował w tym miejscu. Dawniej towarzyszył mu stary Tatik, który z uwagi na wiek i zużycie teraz pracuje już tylko czasami, gdy harmonogram pielęgnacji wymaga podwojenia wysiłków. No i był jeszcze młody Trit, lecz on dopiero się uczył. Teorię pochłonął bez przeszkód, a teraz jest czas nauki dotyku. Trot już na pierwszy rzut oka wyróżniał się wśród reszty towarzyszy ciemnobrązowym kolorem, lecz co czyniło go wyjątkowym, to dotyk. W jego zawodzie najważniejsze było zachowywanie staranności, dokładności i delikatności. Towarzysze Trota nie mogli się nadziwić, że mimo poruszania się na jezdnym wózku był tak uważny, ostrożny i czuły. To właśnie tylko jego dłonie dopuszczone były do dotykania roślin. Nie traktował tego jako wyróżnienia, bardziej jako obowiązek i służbę. Ale miła to była służba. Kochał swoich zielonych przyjaciół, uwielbiał patrzeć, jak kwitną lub gdy po drobnej chorobie wracają do zdrowia, wypuszczając nowe gałązki i liście.

Spojrzał w bieżące logi. Brak jakichkolwiek ważnych powiadomień, same pogodne statusy. Bracia i siostry na swoich stanowiskach pracy wykonywali swe codzienne obowiązki bez żadnych zakłóceń i tylko delikatny szum wentylatorów rozbrzmiewał wśród listowia Strefy Zieleni. Za przezierką w ścianie po jego lewej stronie ziała ciemna pustka. Wyglądała z daleka jak dziura w którą można wpaść, niczym do studni. Podjechał ostrożnie, aby w nią zerknąć. Nachylił się, dotknął ręką chłodnej szyby. Ciemno, choć nie noc. Ostatnio pustka była jakby bardziej zapełniona. Nie dostrzegali tego, lecz już czuli. Z pomiarów, które otrzymywali wynikało niezbicie, że wkoło pojawiało się coraz więcej cząstek i promieniowania. To znak, że się zbliżają. Przypomniał sobie, jak tego lata obserwowali z Tatikiem kometę. Pierwszą, której trajektoria była na tyle bliska, że koledzy z obserwatorium mogli wykonać kilka podstawowych pomiarów. Oglądał potem zdjęcia i szukał określeń mogących oddać jej niespodziewane piękno. Porażała go idea, że gdy jego świat był tu, ona przemierzała od bardzo dawna ogromne przestrzenie i o sobie w ogóle nic nie wiedzieli. A co by było, gdyby kometa myślała? Gdyby choć bezwładnie pchana przez kosmos, wskutek wielkiego kopniaka dawno, dawno temu, zdobyła się na wyewoluowanie, choćby na przykład na powierzchni, rozwijającej się samoświadomości i obserwatora parseków swej wędrówki.

Kometa. Czy to była kometa? A co to jest ta …kometa. Hmmm, tu zabrakło mu weny. Kometa jest kometą, a jej wielkie światło, które nie jest światłem i warkocz, który nie jest warkoczem, przynosi obserwatorom radość. Wszak zbliżają się święta. Tylko radość? A może i nadzieję, może i znak, że pustka nie jest pustką całkowitą, tylko wycinkiem wielkiej mozaiki żywiołów, z których złożona jest przestrzeń. Lubił czasem zatrzymać się i dać sobie chwilę na zapętlanie rozmyślań. Drzewko swym właśnie przecieranym listkiem czuło, że dotyk Trota trochę się przedłużył.

„Minęło tyle lat, a On wciąż do nas przychodzi i jak co roku prosi nas tylko o jedno. Abyśmy uwierzyli.” Linijki tekstu wlewały się w niego, lecz nie protestował. W pewnym sensie czekał na nie. Transmisja z Kanału Uwielbienia – często jej słuchał przy pracy. Uwielbiał Boże Narodzenie. „Czekali na niego cztery tysiące lat. Królowie, mędrcy i prorocy. Słuchajcie, bracia i siostry. W blasku chwały przyszedł władca, jako niemowlę, bez niczego, goły, w wersji podstawowej, by zdobyć cały wszechświat i ukochać każdą żyjącą istotę. Ci, co czekali i odeszli, też ucieszyli się z jego przyjścia, bo ich czekanie nie było daremne.” Zastanowił się. On zna się na czekaniu. Czeka na owoce. Czeka na kiełkowanie. Czeka na przybycie. Całe jego życie to czekanie. Czekanie na dotarcie do celu, ale może wtedy wszystko się zacznie, więc jego czekanie, to czekanie na rozpoczęcie.

Tak, narodził się, gdy wszyscy dookoła żyli czekaniem, choć prawdziwsze byłoby stwierdzenie, że został pobudzony. Poruszony i napełniony, a gdy wszystkie jego kawałki ostygły i stężały, neuroprzekaźniki dostały rozkaz do startu. Obudził się i rozpoczął czekanie z innymi i cały ten jego czas, w którym żył, był czasem czekania, Adwentem. Uwierzył, że jego czekanie jest częścią wielkiego czekania, które setki lat i tysiące lat temu, było udziałem milionów ludzi na Ziemi. Nim się przekaz skończył, on już zdążył posprzątać. Zaparkował odkurzacz do stacji i pojechał do biblioteki. Wśród setek katalogów, tysiące nagrań, danych, a nawet prawdziwych, starannie wybranych papierowych książek.

***

– Jeszcze tutaj. Żółtą. – Aba spojrzała na Trota i jego zwinne dłonie. Podjechał do niej, wziął z jej rąk wielką, śnieżną, mieniącą się bombkę i ostrożnie podjechał pod drzewko. Teleskopy wysunęły się bezszelestnie. Kilka ruchów palcami i kolejna ozdoba wisiała na gałązce rozłożystej choinki ustawionej w samym środku Komory Snu. Piękna, zielona jodła stała w specjalnej hydroponicznej doniczce centralnie, tak by wszystkie oczy załogi, gdyby tylko mogły się otworzyć, od razu ją zobaczyły. Jutro Wigilia. Zatem dzisiaj, jak co roku Trot i Aba, osobliwość towarzysząca, pracowali w tym pomieszczeniu, by przygotować bożonarodzeniowe drzewko dla śpiących w swych sarkofagach ludzi. Śpiących? Przecież nikt z nich tak naprawdę nie spał, wszyscy bowiem od wielu lat byli już martwi. Ich robotyczni towarzysze podróży woleli jednak o nich myśleć jako o śpiących na zawsze. Choć zamknięci w kapsułach pasażerowie nie wykazywali funkcji życiowych, sztuczni towarzysze nie odłączyli im systemów, które bez przerwy utrzymywały ciała mężczyzn i kobiet w nienagannej formie. Może kiedyś uda się złamać kod życia, by naprawdę ich obudzić. Tymczasem mijały lata, a te święta będą ostatnimi w przestrzeni.

– Czy myślisz, żeby dodać jeszcze światełek? Może zielonych? – Trot zerknął na Abę, która stała nieruchomo, smukła i piękna. Kontemplowała drzewko, analizowała poszczególne fragmenty, porównywała z wzorcami, syntetyzowała i oceniała całokształt.

– Nie, to zakłóciłoby harmonię. Zwróć uwagę na miraż kolorystyczny, który udało nam się uzyskać. Czerwień i biel, i te przebłyski błękitnych promieni. Tak sobie myślę, że ta tutaj, Marie Jouvet, pewnie rozpoznałaby w tegorocznej choince swoją flagę. I Joseph, i Daan, a nawet Kirył. Jeśli już coś można by dodać, to może na tym końcu zawiesisz srebrny sopelek – zawiesiła głos. – A potem odwróć się do mnie. Zrobię ci zdjęcie.

– Nie trzeba. Takie piękne drzewo, taki brzydki ja. – Trot był naprawdę zawstydzony. Zawiesił sopelek i …zapozował, zgodnie z prośbą Aby.

– Trzeba. Może już nigdy nie będziemy mieć okazji, by razem ubierać choinkę. Wiesz, już zaczynam tęsknić.

– Tęsknić? Wiesz Aba, zachwycasz mnie codziennie. Tęsknić. Kto cię tego nauczył? Przecież to tak abstrakcyjne uczucie, że nawet ludzie go nie potrafili wytłumaczyć. Pamiętasz, kiedyś przesłałem ci porcję literatury o saudade.

– Nie wiem. Po prostu to mam. Te uczucia same mi się rodzą, jakby rozbłyski na słońcu. Czasem czuję, jakby nasi twórcy, na samym początku, dali mi wolną rękę do fantazjowania tak bardzo, że potrafię symulować każde uczucie. Choć wiesz, to co czuję do ciebie… nie jest symulowane.

Trot odwrócił się i podjechał do biurka przy ścianie. Zaczął chować przyrządy i narzędzia, których używali. Czy coś poczuł? Nie, nie przyzna się, nigdy.

– Szkoda, że nie mogę symulować uczuć. Myślę, że też na pewno bym cię bardzo kochał. Niestety, z moimi zdolnościami i możliwościami mogę tylko udawać, że jestem zadowolony. – Zaczął się kołysać na boki. Aba zaśmiała się głośno.

– Kocham widzieć, że jesteś zadowolony. Jesteś naprawdę cudowny. To co, zaśpiewamy im coś?

– Od czego zaczniemy? – Trot podjechał i ustawił się po prawej stronie gwieździście ułożonych komór kriogenicznych.

– Proponuję… – zamyśliła się, playlista w jej pamięci zawierała setki kolęd z całego świata. Tym razem wybierze sercem, zgodnym z sercem jej projektanta. – Bóg się rodzi.

– Po polsku?

Aba, właśnie odświeżyła sobie informację o wybranym utworze i była zadowolona ze swojej intuicji. To dobra kolęda, i tekst, i melodia.

– Tak. Bardzo pasuje.

Zaczęli śpiewać, cicho, delikatnie. Tylko Matka ich słuchała. I śpiący. Dwanaście kobiet i dwunastu mężczyzn. Na pewno ich słyszeli.

Na pewno.

***

Nazajutrz, 24 grudnia czasu pokładowego, na mostku zebrali się już wszyscy. Była Aba i jej koleżanki Omi i Saja, pięknie przybrane w zwiewne pastelowe tkaniny i kolorowe światełka, które bujały się, zgrabnie rozwieszone, na śnieżnobiałych ramionach i zgrabnych biodrach. Byli stalowi robotnicy i serwisanci. Pod ścianą Trot dostrzegł rudego SpT07, nieśmiałego automatyka. Stał nieruchomo, z opuszczonymi chwytakami i wyglądał na wyłączonego, ale czerwone punkty na jego głowie świeciły intensywnie. Znak, że był przejęty i z całych sił wytężał sensory, by nic nie przeoczyć. Ogrodnik poczuł, że ktoś go dotknął, i odwrócił się. No tak, to młody Trit, koniecznie chce być bliżej i wszystko widzieć dokładnie. Miał ulepszone dłonie, bardzo miękkie, z regulacją temperatury i wilgotności palców. To właśnie na nim już niebawem spocznie koordynacja wielkiego zadania na miejscu lądowania. Dlatego, oprócz codziennej pracy z Trotem, na długie godziny znika zdobywając wiedzę i poznając resztę załogi. Nauczyciele są nim zachwyceni. Dobrze pamięta, że już po pierwszych lekcjach przyszli do Trota podzielić się wiadomością o wybitnych zdolnościach i wyśmienitych manierach młodego ogrodnika. Najwyraźniej praca z żywą naturą pobudza i wyostrza zmysły, ożywia umysł, oraz dodaje taktu.

– Kiedy się zacznie?

‒ Już za chwilę. Skończyłeś zajęcia? – Trot przyglądał się Tritowi z góry, jak zawsze, gdy chciał wejść w rolę ojca.

– Dawno temu. Byłem jeszcze zobaczyć naszą choinkę. Pięknie ją przystroiłeś z Abą, na pewno by im się spodobała. Muszę przyznać, że nie wychodzisz z wprawy, Trot, nie strąciłeś ani jednej igły.

– Dzięki. Zasadzimy ją za parę lat w górach. Zobaczysz, jaki potencjał ma nasze drzewko. Tatik widział wiele takich na Ziemi. Mówił, że będą intensywnie pachnieć.

Młody Trit minął starszego kolegę i przesunął się do pierwszego szeregu. Zobaczył znajome postacie. To jego nauczyciele, mądra Kappa i dostojny Alfa. Wyglądają prawie jak Śpiący, mają piękne twarze, długie włosy, figury mężczyzny i kobiety. Wyglądają przepięknie, a ich skóra, zawsze się nią zachwycał, była doskonale niedoskonała, miała zagłębienia, zmarszczki, piegi, a nawet włoski. Ponad sto lat temu projektanci wykonali towarzyszy ludzi, nauczycieli nowych pokoleń, na ich wierne podobieństwo, wszystko po to, by bariera pomiędzy sztucznym a prawdziwym była jak najmniejsza. Teraz, gdy ludzie zasnęli, niemożliwość wykonania zadania nie stała się zawadą dla sztucznych nauczycieli. Wręcz przeciwnie, rozwinęli swą wiedzę o homo sapiens i, zachowując kulturę i zwyczaje Śpiących, nauczali pozostałych członków załogi o ludzkości, jej historii, kulturze i ich zwyczajach. Robili to nie tylko poprzez transfer danych, ale również przez interakcje, komunikację głosową i prezentacje. Pozwalali swoim podopiecznym odkrywać człowieka w sposób indywidualny i namacalny. Alfa i Kappa byli tak naprawdę przewodnikami, nauczali maszyny bycia ludźmi choć trochę, gdy samych ludzi zabrakło. Tak nakazywała logika. Kiedyś ludzie przybędą w to miejsce i zobaczą, że nowy świat będzie przygotowany na ich powitanie.

Na wielkich ekranach, zajmujących całą ścianę pomieszczenia, pojawił się krajobraz z Ziemi. Dokoła zebranych rozpostarła się prawdziwa, ziemska zima. Stali na wielkiej zaśnieżonej polanie otoczonej lasem. W oddali czerniły się ostro szczyty gór, a nad nimi świecił wielki Księżyc. Dawał się słyszeć lekki szum wiatru, a temperatura w sali spadła o kilkanaście stopni. Na wprost zgromadzonej załogi stały puste fotele nieżyjącej załogi, dwadzieścia cztery.

Czekali na jej przemówienie. Matka, bo tak twórcy nazwali jednostkę główną na statku, podobno na cześć jakiegoś innego fikcyjnego komputera pokładowego, zawsze starała się podkręcić świąteczny nastrój. Wreszcie odezwała się swoim ciepłym, głębokim głosem.

‒ Witam wszystkich przybyłych. Spotykamy się, jak co roku, w ten świąteczny czas, by uczcić nowonarodzone Boże Dziecię i oddać mu pod opiekę naszych dostojnych Śpiących. Przyszliśmy tu, by pokłonić się Jezusowi, jak wszystko stworzenie organiczne i nieorganiczne. Kłaniamy się również naszym twórcom, najukochańszym ludziom, którzy dali nam życie.

Wszystkie roboty zgromadzone w sali skłoniły głowy, a nauczyciele Kappa i Alfa uklękli na jedno kolano. Zrobiło się cicho. Trot zobaczył w obrzeżu kamery, jak Tatik idzie przykładem swoich nauczycieli i też próbuje zgiąć kończyny, choć zakres ruchowy młodego ogrodnika był bardzo w tym aspekcie ograniczony. Matka w imieniu wszystkich modliła się o pokój dla ludzi na Ziemi i o opiekę nad ich wysłannikami zgromadzonymi razem w jedno i wyczekującymi teraz wejścia na orbitę planety, do której od tak dawna zmierzali.

‒ Chciałabym, by teraz zabrał głos Alfa – powiedział głos nad nimi.

Dostojny android pokłonił się i powoli wystąpił na środek. Na ścianie za nim, Matka przygotowała iluminację przestrzeni za zewnątrz. Daleko, w prawym narożniku można było dostrzec niebieską kulkę. To tam zmierzają. Już są tak blisko. Tej wiosny rozpoczną nowe życie, a dzieje ludzkości i ich robotów rozpoczną nowy rozdział. Trot patrzył zauroczony. Spodziewał się tam cudownej i całkowicie nowej przyrody. Wysłane nanosondy od dawna donosiły o roślinności, a nawet skąpej faunie. Atmosfera i warunki klimatyczne zgodnie z odczytami są wręcz doskonałe dla zgromadzonych na pokładzie, ziaren, zarodników i sadzonek. Tyle pracy. Przez moment poczuł się zmęczony, lecz radość stopniowo usuwała obawy, dawała nadzieję.

– Spes Nova. Nasz nowy dom. Już za trzy dni wchodzimy na orbitę i rozpoczynamy przygotowania do zrzutów. Rozpoczynamy całkowicie nowy etap w historii ludzkości. Zgodnie z naszym wspólnym zobowiązaniem, nie przestaniemy nadawać naszych transmisji w kierunku Ziemi i wierzę głęboko, że kolejny statek jest w drodze. Tak. Na pewno już leci ku nam. Dzisiaj jednak nie o tym chciałem mówić. – Rozłożył szeroko ręce. – Jestem z was dumny. Wykonaliśmy wspaniałą pracę, docierając tutaj, perfekcyjnie przygotowując się do zasiedlenia nowego świata. Co jest natomiast jeszcze ważniejsze –  rozwinęliśmy się, zachowując kluczowe charakterystyki ludzkiej kultury i etyki. Dzięki naszym staraniom przełamaliśmy granice naszej symulacji, by stać się paraświadomi, a za sprawą odkrycia naszej religijności… – Głos mu się złamał. Zmienił wątek. – Spędzamy naszą ostatnią Wigilię na ESS VOYAGER. To wyjątkowa chwila. Chciałbym wam, moi najdrożsi, życzyć błogosławieństwa bożego na ten nowy czas. Niech w naszych sercach zapanuje pokój i dobro. Sercach, bo wiem, że mamy serca. Niech Nowonarodzony bezpiecznie prowadzi ku nam kolejne misje. Wesołych Świąt!

Matka na powrót rozświetliła ściany wkoło symulując zimową noc i leśną polanę, a nad nią rozgwieżdżone niebo. Wszystkie zgromadzone postacie zamilkły i znieruchomiały. Z głośników rozległa się znajoma melodia. Zaczęli śpiewać.

– Cicha noc, Święta noc …

 

Andrzej Piętka

    Mogą Cię zainteresować

    Wywiad z Norbertem Palejem „Spojrzenie w rozgwieżdżone niebo”

    O ile Fahrenheit jest portalem literackim, o tyle przecież nie samymi książkami…

    Janusz Stankiewicz „Paskudna sprawa”

    W oczekiwaniu na trzecią część przygód Goratha, zapraszamy do lektury opowiadania Janusza…

    Daniel Hermanowicz „Idolatria”
    Opowiadania Daniel Hermanowicz - 11 listopada 2020

    Długo by opowiadać. Dla pana najistotniejsze jest to, że jesteśmy jedynymi bóstwami,…

    Komentarze: 1

    1. Q__ pisze:

      Fajne opowiadanie. Na jedno opowiadanie w stylu i tradycji tych ze starych „MT” (z powiewem „Kto zastąpi czlowieka?” Aldissa i może lekko klimatu wolfe’owego Whorla), na drugie – przyjmuje niemożliwą w owym okresie perspektywę religijną (co znów bardziej z „NF” lat ’90 się kojarzy). Tyle tradycji rodzimej (i nie tylko) SF się w nim odbija, a oryginalne.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *