Aneta Jadowska „Miłość za grobową deskę”

Opowiadania Fahrenheit Crew - 12 lipca 2012

Zapach alkoholu, dymu i testosteronu otaczały mnie znajomą mgiełką. Muzyka niskimi basami przenikała do szpiku kości. Szatański Pierwiosnek był swojski jak zawsze, jednak niepokój, który szarpał moimi wnętrznościami, nie pozwalał na zwyczajowe rozluźnienie. Wciąż czułam napięcie, od kilku dni nieodmiennie gromadzące się w moich ramionach i wzdłuż kręgosłupa. Nie było w tym nic racjonalnego. Przeczucie, które nie pozwalało mi zasnąć. Przeczucie, które kazało szperać, a w końcu zmusiło mnie do zwrócenia się o pomoc do Leona, właściciela baru i przyjaciela. Zawsze mi powtarzał, że gdybym tylko była w potrzebie, to nie ma przepisu, którego by dla mnie nie złamał.

– Coś się musiało stać – jęknęłam, uderzając dłonią o bar. – To do niej zupełnie niepodobne…

– Przesadzasz, kochanie, to właściwie do niej bardzo podobne. Nie pierwszy raz znika, nie pierwszy raz się o nią zamartwiasz… Pewnie wyjechała na jedną z tych swoich miłosnych eskapad.

Leon starał się mnie pocieszać, ale w jego czarnych oczach czaił się cień niepokoju. Pierwsze, czego uczą się magiczni wszelkiej maści, to nie ignorować intuicji. Czart, nawet jeśli sam jej nie miał, ufał mojej. A moja wydzierała mi się do ucha, że jest źle, cholernie i nieodwołalnie.

Wciąż miałam przed oczami mieszkanie Katii, puste walizki pod łóżkiem, półeczkę z kosmetykami zawaloną tak bardzo, że z pewnością niczego na niej nie brakowało… Nie, o Katii można wiele powiedzieć, ale nie to, że jest kobietą, która nie potrzebuje bagażu.

– Leon, nie odezwała się do mnie od dziesięciu dni. Gdyby była na autostradzie miłości, dostawałabym SMS-y po każdym orgazmie, wiem, co mówię, ostatnim razem zawaliła mi skrzynkę w komórce na amen… Zadzwoniłaby po dniu, góra dwóch, choćby po to, by omówić sprzęt faceta lub dać upust swoim schizoidalnym wątpliwościom, czy to na pewno ten jedyny, i sama doszłaby do wniosku, że nie, jeszcze zanim skończyłybyśmy pogawędkę.

Czart uśmiechnął się szeroko, odsłaniając ostre jak u rybki zęby.

– Nie można nie kochać tej dziewczyny – powiedział.

– Wiem, Leonie – parsknęłam.

Szczęśliwie nie pytał, na ile szczegółowo zdała mi relację z ich jedynej randki sprzed kilku lat. Lepiej, żeby nie był świadomy tego, co wiem o czarcich technikach całowania, w końcu był dla mnie kimś w rodzaju… sama nie wiem… ojca?

– Piec do wypalania ceramiki był całkowicie wygaszony, gliniane kubki popękały, zostawione same sobie w zbyt wysokiej temperaturze… Wiesz przecież, że nigdy nie dopuściła do wygaszenia pieca, rozgrzanie go z powrotem trwa całą dobę. Katia może zapomnieć o zapłaceniu podatków i mandatów, zażyciu witamin, może nawet zapomnieć o tym, że jest w związku, nim zacznie następny, ale, cholera!, nie zapomniałaby o tych kubkach. Miała je wysłać na jakieś targi rękodzieła, a w ostatniej chwili organizatorzy zwiększyli zamówienie o połowę. Potrzebowała kasy…

Jakiś cień przemknął przez twarz Leona. Dochodziła do niego powaga sytuacji Mimo swojego urokliwego roztrzepania w życiu prywatnym, Katia jedną rzecz zawsze traktowała śmiertelnie poważnie: pracę. Nieważne, czy była to praca nekromantki (choć wtedy śmiertelnie poważny stosunek nabierał nowego znaczenia), czy artystki, za jaką uchodziła w ludzkim świecie. Katia spóźniała się na randki, ale nie z zamówieniami. Nawet nalot zombiaków-plujów nie odciągnąłby jej od pieca z wypalaną ceramiką.

– Dobra, zaczynam rozumieć twój niepokój.

– Nie odbiera telefonów, co nie dziwi, jeśli jest w Thornie, ale najgorsze jest to, że nic nie czuję na naszej więzi…

– To chyba dobrze? Gdyby stało się coś złego, poczułabyś?

– Niby tak, ale to jest dziwne, jakby więź została zerwana czy stłumiona… Nie mam odczytów.

– Katarzyna? – zapytał, licząc na to, że głowa naszego sabatu ma wgląd w poczynania owieczek. Tyle że Katia jako nekromantka podlegała głównie Gardiaszowi, a on nie zamierzał się dzielić ze mną czymkolwiek.

– Katarzyna nic nie wie. Gardiasz milczy jak trup, którym chyba po części jest. Obrzydliwy typek.

Leon zaklął soczyście, wplatając między znane mi przekleństwa kilka słów z języka piekielników. Uroczo gardłowych, gdzieś na granicy krztuszenia się i syczenia.

– Właśnie dlatego potrzebuję twojej maleńkiej pomocy, Leosiu…

Uniósł brew i wyprostował swoje dwa metry trzydzieści centymetrów wzrostu.

– Mogłaś od razu mówić.

– Wolałam, byś zobaczył szerszy obrazek, zanim poproszę cię, byś poszedł i odrobinkę nastraszył bardzo dużego demona.

Zaśmiał się cicho.

– Dla ciebie skarbie, mogę go nawet zjeść, choć są niesmaczni. Prowadź.

Właśnie za tę gotowość pomocy (niekoniecznie z uwzględnieniem konsumpcji) nie mogłam go nie kochać.

*

Bramkarz w Żądzy – nocnym klubie w demoniej dzielnicy – nawet nas nie zatrzymał, choć gdy byłam tu poprzednio, blisko godzinę musiałam się z nim użerać, nim mnie wpuścił. Czemu od razu nie przyszłam z Leonem? Pociągnęłam czarta za rękę, by nasze głowy znalazły się na jednym poziomie. Muzyka dudniła głośno; jeśli miał mnie usłyszeć, musiałam krzyczeć mu wprost do ucha.

– Wiem na pewno, że tu była, później nikt już jej nie widział. Ktoś na pewno coś wie, ale nie chcieli ze mną gadać… Wiesz, całe te bzdury o rozdzielności systemów, że niby jako magiczna nie powinnam nawet zaglądać do demoniej knajpy. Właściciel coś wie, widziałam to w jego oczach, ale bawi go to, że nic nie powie.

– Teraz powie, skarbeńku, zaufaj mi. – Leon uśmiechnął się złośliwie i byłam absolutnie szczęśliwa, że jest po mojej stronie. Pogładziłam go po policzku i jego uśmiech złagodniał. Nim się wyprostował, cmoknął mnie w czoło.

Nie musieliśmy długo czekać, aż wieść o naszej obecności dotrze do właściciela. Ciemna aura demona gniewu szalała pod osłonami zbyt słabymi, by ukryć zdenerwowanie. Leon objął mnie ramieniem i poprowadził w jego stronę. Demon cofnął się o krok, widząc minę mojego towarzysza.

– Rez, mam użyć twojego pełnego imienia, czy po dobroci powiesz mi wszystko, co wiesz o Katii? – powiedział Leon, ignorując kurtuazyjne powitanie demona.

– Proszę, przejdźmy do mojego biura, jest tam ciszej. – Demon pocił się ze strachu, krople połyskiwały mu na skroni, nerwowo wycierał dłonie o nogawki spodni. Cały sznyt i splendor, które roztaczał wokół siebie, gdy byłam tu pierwszy raz, zniknęły. Spoglądał na mnie z wyrzutem, zły, że ściągnęłam na niego gniew czarciego generała, legendy piekielników.

Biuro było niewielkim pokojem wyłożonym skórzanymi panelami tłumiącymi hałasy z zewnątrz. Czarne, solidne biurko stało w jednym kącie, czerwona skórzana kanapa w drugim, ścianę naprzeciw niej zajmowały ekrany monitoringu. Szybko zauważyłam, że prócz kamer w sali głównej Rez podglądał też pokoje na zapleczu, wynajmowane na godziny w wiadomych celach. Byłam niemal pewna, że użytkownicy nie wiedzieli, że powiększają kolekcję niegrzecznych nagrań pewnego demona.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

Nie tylko o tulipanach
Bookiety nimfa bagienna - 12 lipca 2016

Psssst! Wiadomość z ostatniej chwili. Agnieszka Chodkowska-Gyurics była w Amsterdamie, gdzie do szaleństwa się zakochała.…

15. rocznica śmierci Kira Bułyczowa
Aktualności Fahrenheit Crew - 5 września 2018

Rocznica śmierci Igoa Wsiewołodowicza Możejki -Kira Bułyczowa.

Andrzej W. Sawicki „Furia błękitna jak ogień”
Ksiażki fantastyczne MAT - 14 kwietnia 2016

Autor: Andrzej W. Sawicki Tytuł: Furia błękitna jak ogień Wydawnictwo: Oficyna wydawnicza…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!