Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Anna Grzanek „Miecz obosieczny”

Opowiadania Anna Grzanek - 6 marca 2020
foto: pexels.com

Problem polegał na tym, że Piekło tonęło w długach.

Asmodeusz siedział za zawalonym papierami biurkiem, podpierał rękami podbródek i rozmyślał. Utrzymanie neonowego oświetlenia barów kosztowało majątek. Jeszcze więcej pieniędzy pochłaniały alkohole i tytoń, obciążone przez Niebo niebotycznymi akcyzami. A i tak nic nie przebijało wysokich pod sufit cen, jakie śpiewali sobie (zabawna figura retoryczna) za koncerty muzycy rockowi. Nie należało też bagatelizować kosztów rozbudowy Piekła – w końcu trafiało do niego coraz więcej osób.

Właściciele knajp, hoteli, kasyn i burdeli nie płacili czynszów, bo ich klienci nie zniżali się do uiszczania rachunków. Wszystko finansował budżet Piekła, który nie był przecież nieskończony. Asmodeusz zmuszony został do zaciągnięcia kredytów we wszystkich największych bankach na Ziemi. Nie miał ich z czego spłacać, więc brał następne. Wiedział, że dotacje z Unii zostaną cofnięte, kiedy tylko pojawi się jakaś kontrola i okaże się, że fundusze przeznaczone na ochronę środowiska zostały zużyte na nowe centrum handlowo-rozrywkowe Helvete.

Najgorsze jednak było to, że Piekło miało długi także w Niebie. Archanioł Michał z perwersyjną satysfakcją przysyłał Asmodeuszowi szczegółowe rozliczenia, noty księgowe i monity. To głównie one zaściełały biurko oraz podłogę w gabinecie administratora Piekła.

I nikt się tym wszystkim nie przejmował.

– Że co, przepraszam? Długi? – Lucyfer uniósł starannie wymodelowaną brew, kiedy Asmodeusz po raz pierwszy udał się do niego z raportem. – To pieprzone Piekło, na litość boską! Jesteśmy tu dlatego, że jesteśmy źli, tak? Nie wywiązujemy się ze zobowiązań, kradniemy, oszukujemy, kłamiemy, wodzimy na pokuszenie, takie tam. To nasza wizytówka. Jak byśmy wyglądali, gdybyśmy nagle zaczęli naprawiać błędy i mieć wyrzuty sumienia? Co zresztą mogą nam zrobić? Eksmitować? Dokąd niby? Daj spokój, As, zachowuj się jak przystało na diabła. Idź namawiać kogoś do grzechu, zamiast zajmować się głupotami. Astarot podchodził do tego o wiele rozsądniej.

Lucyfer wrócił do kontemplowania swojego drinka z palemką, a Asmodeusz tylko zacisnął usta i pokręcił głową. To nie było w porządku.

Tak w ogóle to nawet nie był administratorem Piekła, nie od początku. Z żalem wspominał stare dobre czasy, w których nie musiał sobie zawracać głowy takimi sprawami jak dostawy mediów i roczne przeglądy kominiarsko-gazowe. Pewnego wieczoru jednak spił się jak dzika świnia w jednym ze swoich kasyn, wdał w bójkę z Astarotem o to, który z nich ma lepszą posadę, a potem przegrał z nim w kości. Dopiero następnego wieczoru, gdy już się obudził i jako tako zwalczył kaca, uświadomił sobie, że grali o swe stanowiska, a nawet poszli do Lucyfera, by ten oficjalnie poświadczył zamianę. Książę Piekła ucieszył się przy tym, że imię nowego zarządcy kasyn i burdeli też można zdrabniać do „Asa”.

Asmodeusz sądził początkowo, że to szczęśliwa odmiana losu. Hazard przejadł mu się już jakieś dwa tysiąclecia temu.

A potem zobaczył pusty skarbiec, rachunki, zobowiązania oraz listy zastawne zawalające jego nowy gabinet. Dowiedział się, że niemal wszystkie nieruchomości Piekła obciążone są hipoteką.

I może wszyscy inni mieli to w dupie, ale nie on. Był perfekcjonistą z natury. Tyle że nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby zrobić.

 

~*~

 

Najwystawniejszym domem rozpusty w Piekle była „Córa Koryntu”. Stanowiła szczególną dumę Asmodeusza. Zadbał o najwyższą jakość każdego detalu – dywany z wzorami w złote smoki, marmurowe schody, chromowane poręcze, ściany z luster i szkła, najpiękniejsze kurtyzany. Co więcej, za wszystko uczciwie zapłacił. No, uczciwie jak na diabła; zastraszył dekoratora wnętrz i kupił duszę kafelkarza, ale co tam. Teraz zaś miał szczerą nadzieję, że Astarot niczego nie spieprzy i utrzyma jego ulubiony klub w porządku.

Tego konkretnego wieczora miał jednak głowę zaprzątniętą innymi problemami. Bez trudu wypatrzył w jednej z oświetlonych czerwonymi lampionami nisz rogatą głowę Azazela.

– Co tam, As, wraca się na stare śmieci? – zagadnął przyjaźnie Azazel. Szturchnął w kark smagłą demonicę, której głowa natychmiast wychynęła spod stołu. – Wystarczy, maleńka, idź zabawiać innych – zachęcił, wstając. Dziewczyna otarła usta i umknęła, rzucając byłemu szefowi spłoszone spojrzenie.

Asmodeusz usiadł. Obok nich natychmiast pojawiła się kelnerka. Postawiła na blacie pół litra spirytusu i dwie literatki. Wypili pierwszą kolejkę. Asmodeusz mówił. Azazel słuchał.

– Naprawdę cię to gnębi? – spytał piętnaście minut później, spoglądając na przyjaciela z troską. – Długi? To, że potępieńcy postępują jak potępieńcy? Oj, kolego, napij się jeszcze. A potem znowu, i jeszcze raz, aż zapomnisz, co ci sen z powiek spędza zamiast czerwonoustych chętnych kurew. Zmień robotę, jeśli musisz. Wyjedź na wakacje. Znajdź jakieś hobby. Cokolwiek!

– Ale Michał…

– Michał niech se wsadzi i zatrąbi. – Azazel skinął na kelnerkę. – Słuchaj, Lucek ma rację. Jesteśmy w Piekle. Takie panują tu zasady, choć może żadnych być nie powinno. Niczego nie zmienisz. Gość na Górze czuwa, by wszystko było na swoim miejscu, i my właśnie jesteśmy. Nie przejmuj się tak. Zdarovie!

Wypili. Dłuższą chwilę milczeli, obserwując, jak Astarot z gronem panienek uwieszonych u ramion wpływa po szerokich schodach na piętro, zapewne kierując się do apartamentu królewskiego. Asmodeusz sposępniał jeszcze bardziej. Jedną z dziewczyn dyndających na Astarocie była Naama, najbardziej luksusowa kurtyzana „Córy Koryntu”. Drobna, wiotka jak trzcina i tak samo ostra, kiedy było trzeba. Szkoda byłoby ją zmarnować.

W ogóle szkoda byłoby, żeby Astarot zaprzepaścił wszystko, co Asmodeusz osiągnął.

 

~*~

 

Następnego dnia nowy administrator Piekła postanowił poszukać pocieszenia u kolejnego przyjaciela.

Samael siedział rozparty w fotelu swojego ulubionego salonu kosmetycznego. Skąpo odziana manikiurzystka nakładała maseczkę parafinową na jego dłonie. Demon cierpliwie wysłuchał tego samego zestawu skarg i żalów, co poprzedniego wieczora Azazel.

Gdy litania umilkła, Samael z powietrza wyczarował pudełko zapałek.

– No weź przestań – burknął Asmodeusz.

– Nie wezmę i nie przestanę. Mmm… Trzask siarki pocieranej o szorstką powierzchnię… niech będzie niedogolona gęba Astarota, jeśli gość cię irytuje… – Samael rozmarzył się. – Malownicze ognisko i wszystkie niezapłacone rachunki pójdą w niepamięć.

– Na chwilę.

– Wystarczająco długą. A potem… zapałki są tanie.

Asmodeusz pokręcił głową. Samael wręczył przyjacielowi pudełko i poklepał go po ramieniu.

– Gdzieś nastąpiła jakaś pomyłka, wiesz? Jesteś za porządny, żeby tu być, stary.

 

~*~

 

Pojawili się w momencie, w którym Asmodeuszowi było już mniej więcej wszystko jedno. Siedział w gabinecie i składał origami z naliczeń odsetek, gdy drzwi otworzyły się z rozmachem i stanęło w nich dwóch aniołów. Prawdziwych aniołów prosto z Nieba.

– Windykacja – oznajmił jeden z nich, ten wyższy i groźniejszy. – Witaj, Asmodeuszu. To jest A’albiel, a ja mam na imię Sihail.

– A ja mam was obu w dupie – odparł Asmodeusz, kończąc szczególnie trudne zagięcia papuziej główki. Gotowe origami ożyło w jego rękach i odfrunęło pod sufit, skąd narobiło A’albielowi na ramię. Lewitowały tam już nosorożec, makak i chiński smok.

Anioł z niesmakiem wyciągnął chusteczkę z wyszytym złotym inicjałem i wytarł plamę.

– Serio mówię – dodał Asmodeusz, wybierając kolejną kartkę. – Niczego ze mnie nie ściągniecie, zapytajcie komornika. Tylko rzuci okiem na dokumenty i powie: egzekucja bezskuteczna. Nie macie tu czego szukać. Zażalenia i prośby proszę składać do Jego Piekielnej Wysokości, Najpiękniejszego Dziecka, Księcia Mroku i tak dalej. Lucyfera. Im więcej tytułów wymienicie w nagłówku, tym szybciej odpowie to samo, co ja mówię teraz: walcie się.

Anioł Sihail rozglądał się po bałaganie panującym w gabinecie z wyraźnym błyskiem w oku. Asmodeuszowi dało to do myślenia. A’albiel wyglądał na zdegustowanego i znudzonego, ale ten drugi wydawał się wręcz promieniować satysfakcją. Zupełnie jakby…

Niech to szlag, pomyślał Asmodeusz. Złożony właśnie przez niego papierowy lew zaryczał.

– Podoba ci się, prawda? – syknął administrator Piekła, unosząc się z fotela. – Chaos, brud, zgiełk i poniżenie. Idź, przejdź się ulicami, z bliska będziesz miał lepszy widok.

A’albiel zmarszczył brwi, po czym wyrzucił ostatnią kwestię Asmodeusza z pamięci, jak wszystko, czego nie rozumiał.

– Przyszliśmy przeprowadzić kontrolę – oznajmił. – Udostępnij nam, proszę, sprawozdania roczne za trzy lata wstecz, zestawienia księgowe, plany budżetowe, rejestry faktur i wpłat, zeznania podatkowe, kosztorysy, umowy, i tak dalej. Tutaj, o, jest pełna lista. Oraz adekwatne pomieszczenie, a także przydziel personel pomocniczy, który…

– Ani mi się śni, koleś. – Spod rąk Asmodeusza wypełzł papierowy wąż, zwinięty z kilkunastu kartek formatu A4. – Wcale nie mam takiego obowiązku. Ani, co ważniejsze, ochoty.

A’albiel nadął się jak balon.

– Niezastosowanie się do naszych poleceń będzie skutkowało skierowaniem sprawy na drogę sądową do instancji Wyższej.

Asmodeusz zachichotał ponuro.

– No dalej, chciałbym zobaczyć, jak to robicie. Lećcie naskarżyć, że Piekło się buntuje i odmawia wykonywania rozkazów. – Niechętnie, bo niechętnie, ale przywołał argument Lucyfera. Bo tak Bogiem a prawdą, Książę Piekła miał przecież rację. – Może jeszcze chodzi ci o Sąd Ostateczny, co, dupku? Mój wyrok i tak jest już przesądzony.

– U nas, na Górze… – zaperzył się A’albiel.

– Skoro wam tak dobrze na tej Górze, to spadajcie z powrotem grać na harfach i wyć do księżyca – zdenerwował się Asmodeusz. Pstryknął palcami. Papierowy wąż owinął się wokół nóg A’albiela, przewracając go na podłogę, aż łupnęło. Ponaglenia i rachunki zawirowały w powietrzu, uniesione gniewem administratora Piekła. Dywan zrolował się, więżąc wrzeszczącego coś o immunitecie anioła, a następnie stanął w płomieniach, którymi zionął nań chiński smok z papieru. Sihail obserwował całe zajście stojąc w bezpiecznej odległości pod oknem. Asmodeusz poczuł nieodpartą chęć, aby go przez nie wypchnąć.

Minęło dobre piętnaście sekund, nim Sihail zmienił ogień w konfetti. A’albiel wciąż miotał się po podłodze, złorzecząc i próbując wstać.

– Pożałujesz tego! – wrzasnął, rozdzierając dywan na strzępy.

Asmodeusz wyjął z kieszeni lizaka w kształcie kwiatka i odpakował go.

– Być może.

Czuł się zadziwiająco dobrze, lepiej niż kiedykolwiek, odkąd przejął stanowisko Astarota. Widok rozzłoszczonego i cokolwiek pogniecionego anioła z nadpalonym lewym skrzydłem podziałał na jego duszę niczym balsam.

A’albiel uniósł dłoń.

– No, no, no. Fajerwerki i konfetti. Imprezujecie bez nas? – zapytał łagodny głos od drzwi.

Asmodeusz oraz obaj aniołowie obejrzeli się. Oparty o framugę stał Samael, a zza jego ramienia ciekawie wyglądał Azazel.

Wysłannik Niebios zawahał się i opuścił rękę.

– A to szkoda – zmartwił się Asmodeusz. – Już miałem nadzieję, że jednak dasz mi popalić. No wiesz, wtedy mielibyśmy całą wieczność na zapasy w błocie…

Tymczasem drugi z aniołów, Sihail, wyszedł na środek pokoju. Wyglądał na szczerze rozbawionego. Mrugnął do Asmodeusza porozumiewawczo.

– A’albielu, idziemy – rzekł i wraz ze swoim sługą zniknął tak, jak stał.

Przez chwilę panowała cisza. Papierowe zwierzątka krążyły po gabinecie, od czasu do czasu wydając różne dźwięki. Wreszcie Samael pokiwał głową.

– Świat jest zabawny. Kto by pomyślał, że taka szycha pojawi się tu osobiście?

– Ot, paradoks. W Niebie jest od cholery aniołów, ale trudno znaleźć posłańca – odrzekł Asmodeusz trochę niewyraźnie, bo właśnie wpakował sobie całego lizaka do ust.

Samael uśmiechnął się. Z zaciekawieniem szturchnął przelatującego mu przed nosem chińskiego smoka.

– Ale przynajmniej widzę, że wreszcie powoli skłaniasz się ku mojej radzie. Kilka papierków właśnie ci się spaliło. Gdzie masz te zapałki?

– O, co to, to nie. Zabawa zabawą, ale musi być lepszy sposób – powiedział Asmodeusz. – Wiecie, większy plan. Tylko jeszcze go nie wymyśliłem.

Samael i Azazel wymienili spojrzenia.

– Większy plan, powiadasz – mruknął ten ostatni. – No jasne. Może kiedyś. A na razie chodźmy oblać utarcie nosa jednej z tych skrzydlatych biurokratycznych mend.

 

~*~

 

Po chwilowym ożywieniu sytuacja wróciła do normy. Życie w Piekle toczyło się miarowo, jak co dzień od niemal sześciu tysięcy lat, i uczciwie rzecz biorąc, nawet nie można było powiedzieć, że jego stan się pogarsza. Owszem, istniała dziura w budżecie, ogólna anarchia i tak dalej. Ale jednak w końcu ktoś tam jakiś rachunek od przypadku do przypadku regulował, było czym opłacać pilne interwencje, a nowe inwestycje i modernizacje na ogół się zwracały.

Asmodeusz tkwił w swoim gabinecie, ogryzając koniuszki ołówków. Postanowił zapoznać się z kompletną dokumentacją księgową Piekła w nadziei, że gdzieś w liczbach istnieje odpowiedź, że można naprawić sytuację drogą formalną. Wysłać kilka… milionów wezwań do zapłaty i wypowiedzeń umów. Nie ustawać w staraniach odzyskania należności. Gnębić wierzycieli, aż zapłacą dla świętego spokoju. Takie rzeczy.

Sprawa była pilna. Bo choć w zasadzie w Piekle w skali globalnej nic się nie zmieniało, coś leżało na sercu Asmodeusza.

Jego dotychczasowe królestwo przejęte przez beztroskiego Astarota zaczęło podupadać.

Teraz to nie była już tylko sprawa ambicji zawodowej. Stała się sprawą osobistą.

 

~*~

 

– Oj, nie spodoba ci się – jęczał idący za Asmodeuszem niczym wierny kundel Azazel. – Nie wchodź tam. Szlag cię trafi na miejscu i co wtedy… As, poważnie mówię, nie chcesz się teraz widzieć z Astarotem, a co dopiero w „Córze Koryntu”…

Asmodeusz z rozmachem otworzył drzwi burdelu, które trzasnęły o ścianę. Odpadło trochę tynku. Nikt nie powstrzymał byłego szefa przed wejściem do budynku, bo przy drzwiach nie było bramkarza – rzucił pracę, gdy tylko Astarot przestał mu płacić. Brak selekcji zaś wpłynął niekorzystnie na kondycję lokalu. Część mebli była połamana, marmurowe schody lepiły się od alkoholu i rzygowin, za barem królowało potłuczone szkło. Pracowało też wyraźnie mniej dziewczyn, a te, które pozostały, wyglądały jak żebraczki. Niektóre miały na twarzach oraz odsłoniętych ramionach i udach siniaki.

– No mówiłem przecież, że ci się nie spodoba – mruknął Azazel zza pleców administratora Piekła. W Asmodeuszu wezbrał straszliwy gniew.

– Gdzie jest Astarot?! – zagrzmiał, aż zajęczały ocalałe szyby w oknach. Spłoszeni goście zaczęli się cofać, gdyż Asmodeusz rozłożył skrzydła. Pęd powietrza wywołany ich ruchem odrzucił wszystkich obecnych oraz meble o kilka metrów do tyłu. Azazel na wszelki wypadek wybiegł na ulicę. Asmodeusz nie był wszak pierwszym z brzegu demonem, tylko serafinem. Upadłym, ale zawsze. Jego gniewu należało się obawiać.

Zaślepiony furią demon wstąpił po schodach, nawet nie omijając plam po winie i wymiocinach. Stopnie pękały pod jego butami. Ruszył wprost do apartamentu królewskiego, który znajdował się w jeszcze gorszym stanie niż sala główna na dole. Wyglądało na to, że ktoś tu ostro balował, i to kilka dni pod rząd. Nie było przy tym tajemnicą, kto.

Na szerokim łożu z baldachimem spoczywało kłębowisko zarówno kobiecych, jak i męskich ciał, a wśród nich leżał półnagi Astarot, pochrapując jak piła mechaniczna. I on, i jego towarzysze byli zbyt pijani, by obudzić się i zauważyć zagrożenie. Dookoła leżały puste butelki, strzykawki i skórzane zabawki.

Asmodeuszowi opadły ręce i skrzydła. Płomień jego gniewu, dosłownie i w przenośni, zgasł.

– Dobrze, że nie musiałem cię uspokajać – powiedział ktoś za jego plecami.

– Podziwiam twoją zdolność pojawiania się we właściwej chwili na właściwym miejscu – powiedział z przekąsem administrator Piekła, odwracając się do Samaela. – A ja tylko chciałem ukrzyżować Astarota. Czy może powiesić go za jaja. I wypatroszyć. Albo chociaż wyrwać serce. Cóż w tym złego? Ale to – spojrzał ponownie w stronę łoża i zatoczył szeroko ręką – to jest po prostu żałosne.

– Czy teraz wreszcie dasz sobie spokój? – zapytał Samael. – Straciłeś jeden biznes, ale zawsze możesz rozkręcić następny. Masz na to całą wieczność. Sam mówiłeś, że burdele i kasyna już dawno ci się znudziły.

Asmodeusz ruszył w kierunku drzwi, nagle zgarbiony i z lekko nawiedzonym wyrazem twarzy. Nie odpowiedział, gdy Samael zawołał za nim:

– Hej, wszystko w porządku?! Mam nadzieję, że nic głupiego nie przyszło ci właśnie do głowy?

Zatroskany Samael spoglądał przez chwilę za przyjacielem. Wreszcie podjął decyzję, podszedł do łoża, złapał pochrapującego Astarota za gardło i pociągnął. Schwytany demon kwiknął przeraźliwie, ale nim zdążył zrozumieć, co się dzieje, Samael pociągnął go w niebyt, zmierzając wprost przed oblicze Lucyfera.

 

~*~

 

Asmodeusz machnął identyfikatorem przed nosem ledwo mieszczącego się w uniformie ochroniarza. Osiłek przytrzymał jego rękę, by dokładniej przeczytać drobne literki na dole plakietki. „Wolne przejście wszędzie”. Wszyscy najwyżsi dostojnicy Lucyfera mieli takie.

Ochroniarz czytał z widocznym trudem, a jego zakończony chwościkiem ogon podrygiwał niespokojnie w takt wymawianych półgłosem sylab. Asmodeusz wzniósł oczy do Nieba, jednak stąd, oczywiście, nie było go widać.

Gdy wreszcie został przepuszczony, skierował się prosto przez hol do długiego szeregu stalowych drzwi. Większość wind była na parterze, więc wsiadł do pierwszej z brzegu i wcisnął guzik z liczbą 666. W mgnieniu oka – bo w Piekle czas jest kwestią względną – wjechał na dach najwyższego budynku Pandemonium, zwanego Arcis Diaboli. Niegdyś wieża stanowiła główną siedzibę Lucyfera, teraz jednak Książę Ciemności rzadko odwiedzał to miejsce; kilka wieków wcześniej przeniósł się do willi nad Morzem Śródziemnym. W ogóle mało kto tu teraz przychodził, a większość pięter była zamknięta.

Celem Asmodeusza był płaski dach, z którego rozciągał się widok na całą stolicę Piekła. No, prawie całą, miasto było bowiem tak rozrośnięte, że jego najdalsze krańce ginęły za horyzontem, poza tym o tej porze dnia i tak unosił się nad nim smog. Było jednak widać dość, by wprawić patrzącego w podziw i przerażenie zarazem. Do tego dochodziło miarowe dudnienie muzyki, która nigdy w Piekle nie cichła. Nawet tu, na dachu tak wysokiego budynku, Asmodeusz czuł w mostku lekkie drgania basów.

Oto jest, pomyślał. To, o co walczyliśmy. Wolność. Prawo do myśli i słowa, niezginania karku przed człowiekiem. Do miejsca, w którym każdy rozporządza sobą wedle własnej wolnej woli. Dla tego właśnie się zbuntowaliśmy i podążyliśmy za Niosącym Światło. Poświęciliśmy wszystko.

Ni chuja nie było warto.

Asmodeusz ukrył twarz w dłoniach. Nie zostało nic. Jego tak znamienite dotąd przybytki rozkoszy zmieniły się w tanie, brudne burdeliki, jakich mnóstwo było w gorszych dzielnicach miasta. A gorszych dzielnic Pandemonium miało na pęczki nawet za najlepszych czasów, które minęły bezpowrotnie. Asmodeusz był wdzięczny za to, co Samael chciał dla niego zrobić, ale nawet po zdjęciu Astarota ze stanowiska to już po prostu nie było to samo.

Asmodeusz wychylił się mocno, ledwo utrzymując równowagę, i spróbował dojrzeć chodnik przed budynkiem, było na to jednak o wiele za wysoko. Wychylił się jeszcze trochę. Nie tyle skoczył, co po prostu spadł z dachu Arcis Diaboli. Oczywiście wiedział, że nie może umrzeć, ale też nie o to mu chodziło. Odczuwał potrzebę zadania sobie fizycznego bólu, udręczenia się, skupienia na samym sobie zamiast na problemach innych.

Zmierzał głową w dół prosto do celu, do ziemi. W międzyczasie podziwiał widoki. Przyglądał się uważnie Pandemonium, choć z tej wysokości nie wyglądało wcale lepiej niż z dachu wieży. Raczej gorzej, bo widać było więcej szczegółów. Po jakimś czasie zaczął się nudzić. Poza tym zmarzł.

Wreszcie osiągnął poziom dachów zwykłych wieżowców. Wcześniej nie odczuwał prędkości, ale teraz chodnik zdawał się przybliżać w zawrotnym tempie. Obok, po jednej i drugiej stronie, zaczęły migać okna, jasne i ciemne, całe i wybite, talerze anten satelitarnych, balkony, zdumieni ludzie, wyglądający akurat na ulicę… A potem uderzył w ziemię.

Cała dzielnica zatrzęsła się, jakby trafił w nią potężny meteor, a towarzyszący upadkowi huk usłyszano na wiele kilometrów wokół. Szyby w oknach najbliższych budynków rozprysnęły się w drobny mak, ściany zaczęły pękać, fragmenty elewacji spadały na uciekających w popłochu przechodniów. W asfalcie ziała teraz ogromna dziura, z której wesoło tryskała zawartość zniszczonej rury kanalizacyjnej. W powietrzu nad wyrwą unosiła się chmura czarnych jak węgiel piór. Wyciekający gaz wypełnił okolicę charakterystycznym zapachem.

Jeśli nikt nic z tym nie zrobi – pomyślał nieco mętnie Asmodeusz – cały kwartał szlag trafi. A zresztą gówno mnie to obchodzi!

Tkwił na samym dnie dziury, z lewą ręką wygiętą pod dziwnym kątem. Przez udo na wylot przechodził mu stalowy pręt zbrojeniowy, jedna dłoń była przygnieciona i potrzaskana na kawałki przez odłamek betonu. Skrzydła miał połamane przynajmniej w kilku miejscach.

Czuł się z tym wręcz rewelacyjnie.

Całe ciało przeszywały mu igły bólu; praktycznie nie miał w sobie ani jednego organu, który nie paliłby go teraz żywym ogniem. Jeśli jakaś kość pozostała cała, to chyba tylko przypadkiem. Dwa żebra nawet wystawały przez skórę tuż pod sercem. Od czubka głowy po koniuszek ogona miał zniszczone praktycznie wszystko, co można było zniszczyć.

Pogratulował sobie pomysłu skoczenia z wieży.

Długą chwilę po prostu leżał, kontemplując opływające go na przemian fale cierpienia i otępienia. Na tle szarego nieba zaczęły pojawiać się twarze ludzi i demonów zaglądających do dziury w asfalcie. Ktoś krzyczał coś o pomocy i pogotowiu, co Asmodeusz uznał za niezły żart. Pomoc w Piekle? Ha, ha.

Wreszcie stwierdził, że wystarczy tego dobrego. Miło się leżało, ale obowiązki czekają.

Powoli uniósł złamaną rękę i wyprostował ją, wykrzywiając przy tym twarz z bólu. Odczekał, aż kości połączą się w całość, zgiął łokieć, ponownie wyciągnął rękę. Usiadł gwałtownie, przez chwilę rozkoszując się torturą, jaka towarzyszyła tej czynności, a potem rozpoczął procedurę całkowitego powracania do zdrowia. Już po chwili mógł normalnie stanąć i rozprostować skrzydła. Przestąpił z nogi na nogę, sprawdzając, czy wszystko wróciło do normy. Następnie wystrzelił prosto w niebo, by z odpowiedniej wysokości ocenić efekty swojego upadku.

Dziura ziejąca w jezdni była całkiem pokaźna, może nie bardzo rozległa, ale za to głęboka. Zgromadzony nad nią spory tłumek gapiów obserwował go, unoszącego się na poziomie trzeciego piętra.

Asmodeusz pomachał zebranym, wylądował z dala od tłumu, wbił ręce w kieszenie i po prostu ruszył przed siebie pieszo. Uznał, że teraz przyda mu się spacer. Ot tak, dla zdrowia.

 

~*~

 

Rozbił się w miejscu, którego nie znał, miasto było wszak ogromne. Poza ścisłym centrum, w którym stały budynki użyteczności publicznej, kasyna, hotele i tym podobne, składało się z szeregów kamienic, bloków, bliźniaków i obdrapanych domków jednorodzinnych z rodzaju tych, do których nie sposób wrócić w nocy po pijaku, bo naprawdę wyglądają jednakowo. W jednej z bud nieopodal, sądząc po kakofonii wydobywających się z niej dźwięków, mieściła się dyskoteka. Zdaniem Asmodeusza wieczór spędzony w rytmie techno i disco był piekłem samym w sobie i jako taki powinien automatycznie wymazywać co lżejsze grzechy. Pod odrapanymi ścianami kulili się bezdomni i narkomani, na rogach pod potłuczonymi latarniami wystawały tanie dziwki. Bez entuzjazmu zaczepiały przechodniów, w tym i jego, bo wyglądał na zamożnego.

W jednej z nich Asmodeusz rozpoznał Naamę.

Dziewczyna w niczym już nie przypominała luksusowej hetery, która tak niedawno pracowała w „Córze Koryntu”. Koronkowy strój, stanowiący jej wizytówkę, dziś był postrzępiony i brudny. Włosy wisiały w strąkach, a w oczach czaiła się rezygnacja.

– Co ty tu robisz?! – zawołał Asmodeusz, chwytając ją za ręce. Tylko wzruszyła ramionami, cofając się w cień pobliskiego zaułka. Gdyby mogła, wtopiłaby się w ścianę. Chyba chciała ukryć przed nim zielonkawy siniak pod lewym okiem.

Jakiś gang pechowych złodziejaszków wybrał sobie akurat ten moment, by zasłonić wejście uliczki. Napastników było czterech, wszyscy dzierżyli fantazyjnie zakrzywione noże.

– Wyskakuj z kasy, paniczyku! – krzyknął przedstawiciel Trudnej Młodzieży numer jeden. – A wy bierzcie kurwę!

Numer drugi i pozostałe nie zdążyły się nawet odezwać, bowiem Asmodeusz ostatecznie stracił cierpliwość.

Administrator Piekła nie miał dotąd pojęcia, że może pomieścić w sobie tyle gniewu. Ściana budynku, obok którego stał, pękła. Naama zasłoniła rękami głowę, gdy zaczął osypywać się na nią gruz. Trudna Młodzież miała mniej szczęścia, bo kawał gzymsu zleciał prosto na nią. Zaścielające zaułek śmieci zaczęły skwierczeć z gorąca i dopiero gdy leżąca nieopodal sterta szmat buchnęła płomieniem, Asmodeusz zdołał się opanować.

O nie, nie mogę sfajczyć Pandemonium. To byłoby o wiele za proste, pomyślał. Nie zasłużyli sobie na łaskę.

Strzepnął z ubrania drobiny tynku.

– Chodź ze mną – nakazał, omijając kupę gruzu i pojękujących złodziejaszków. Naama podniosła się i apatycznie ruszyła za nim.

Asmodeusz kroczył przez miasto. Ścigało go wycie bezdomnych psów, a przechodnie uciekali na jego widok.

Zabrali mu wszystko. Znalazł się w przejmującym, osobistym piekle. Stąd mógł iść już tylko w górę.

 

~*~

 

Lucyfer nawet na niego nie spojrzał, gdy Asmodeusz – po raz ostatni, tak sobie obiecał – przybył doń z prośbą o pomoc. Wpatrywał się w fale obmywające z cichym szumem śródziemnomorski brzeg.

– Odejdź – ziewnął Gwiazda Zaranna. – Nic tylko zawracasz dupę, As. Nie wystarczy ci, że uwaliłem Astarota? Tyle razy już słyszałem twoje litanie, że chyba zamienię się w jakiegoś świętego. Znajdź sposób na to, by obywatele Piekła zaczęli płacić rachunki, a zostaniesz jego właścicielem! Ale na razie jestem nim ja i lepiej o tym nie zapominaj. Powtarzam: spieprzaj sprzed mojego mrocznego oblicza, pókim dobry.

Asmodeusz zacisnął zęby, pokłonił się i zniknął.

Nikt nie doceniał jego starań. Nikomu nie zależało. Wszyscy chcieli tylko chlać, rżnąć owce i fałszować na karaoke.

Potrzebował tygodnia, by zalać się w trupa, wytrzeźwieć, zalać się jeszcze raz i wreszcie podjąć decyzję, co robić dalej. Naama tymczasem przynosiła mu raz za razem albo nowe butelki, albo świeżo opróżnioną miskę. Owe siedem dni stanowiło dla niego swego rodzaju katharsis i Asmodeusz wiedział, że to było dobre.

Ósmego dnia udał się do swojego gabinetu i z pomocą Naamy starannie posortował zaścielającą go makulaturę.

– Nadszedł najwyższy czas na cięcia budżetowe – powiedział na głos, do nikogo w szczególności. – Postanowione. Bo skoro nie można na niczym zarabiać, trzeba na czymś oszczędzić. Mam już prawdziwy Większy Plan. Amen.

– Najprościej byłoby pozwolić wszystkim wierzycielom ściągnąć długi – podpowiedział Samael, który, jak zwykle, pojawił się znikąd i bez ostrzeżenia. – Niech wezmą co chcą, niech zostawią mieszkańców Piekła w samych gatkach albo i bez nich.

Asmodeusz się tylko uśmiechnął. Pewnie, że to byłoby najprostsze. Ale zarazem zbyt proste. Poza tym Michał by triumfował, a na to Asmodeusz nie zamierzał pozwolić.

Wpadł na iście szatański pomysł. Najzabawniejsze zaś było to, że jedynym, co musiał zrobić, było staranne wypełnianie swoich obowiązków. Strajk włoski. W końcu był w prawie. Jako administrator i skarbnik miał za zadanie robić wszystko, co niezbędne, by utrzymywać Piekło w dobrej kondycji finansowej. I Lucyfer sam mówił, że ma zachowywać się jak diabeł. Może, a wręcz ma obowiązek, wspinać się na szczyty niegodziwości i podłości, a oni – oni wszyscy – powinni mu za to przyznać medal i okazywać respekt. To był miecz obosieczny, który Asmodeusz chwycił pewną ręką i nie zamierzał mieć skrupułów, kiedy zacznie nim wymachiwać.

Jeszcze zobaczą. A co.

 

~*~

 

Było ciemno, zimno i – co warte odnotowania w przypadku Pandemonium – cicho. Między trzecią a czwartą w nocy miasto ogarniał spokój. To była jedyna szansa na wzięcie głębszego oddechu pomiędzy wieczornym chaosem a powrotem do obłędu rankiem.

W zaułku na tyłach baraku mieszczącego tanią knajpę wietnamską stał ktoś w długim płaszczu. Opierał się plecami o ścianę, przekładał między palcami srebrną monetę i najwyraźniej na coś czekał. Sprawiał wrażenie kogoś, komu się nie nudzi i kto mógłby stać tak całą wieczność. Rzeczywiście, mógłby.

Druga sylwetka wychynęła zza rogu po jakichś dwudziestu minutach. Osobnik kryjący twarz w kapturze zbliżył się niemal wężowym ruchem. Był wyraźnie podenerwowany. Syknął niezadowolony, kiedy potknął się o puste pudełko po daniu na wynos.

– Złe miejsce wybrałeś, Samaelu – burknął. – Jesteśmy na widoku.

– Skąd ta paranoja? Nikogo tu nie ma. – Samael nawet nie zmienił pozycji. Moneta tańczyła między jego palcami w tę i z powrotem w godnym podziwu tempie. – Najbliższy klub nocny jest o trzy przecznice stąd. Zresztą nie rozumiem po co ta cała konspiracja.

– To nie mieszkańców miasta się obawiam – dobiegło spod kaptura.

– Kogóż zatem?

Zakapturzony mężczyzna uniósł rękę, celując palcem wskazującym prosto w górę.

– Ach.

Przez chwilę trwali w ciszy. Srebrnik nie wydał ani jednego brzęknięcia.

– Co on planuje? – odezwał się wreszcie przybysz, zacierając dłonie, aby je rozgrzać.

– Och, nic takiego. Reformy. A jak dobrze wiemy, zmiany nie przyjmują się w Piekle za dobrze. Nie obawiaj się, wszystko idzie zgodnie z planem – zapewnił Samael. Schował ręce do kieszeni. Moneta jeszcze przez chwilę wirowała w powietrzu, po czym zniknęła.

Przez chwilę znów panowało milczenie.

– Rozumiem. Spodziewam się dalszych raportów – oznajmił mężczyzna w kapturze, a potem odwrócił się i wtopił w mrok.

Samael patrzył za nim przez chwilę. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że strasznie ciepłe kluchy się z Księcia zrobiły. I dlatego postanowił, że czas postawić na nowego zawodnika.

– Jak sobie życzysz, panie – powiedział na głos, a gdy tylko upewnił się, że nikt go nie słyszy i Lucyfer jest już daleko, w swojej willi nad Morzem Śródziemnym, dodał: – Szkoda tylko, że nie zapytałeś, zgodnie z czyim planem wszystko idzie.

 

~*~

 

Na pierwszy ogień poszły spółki sprzątające i wywożące odpady.

Prawdę mówiąc, kiedy tylko owe firmy zniknęły, nikt nie zauważył różnicy. Na ulicach i tak był chlew nie do ogarnięcia, wszyscy rzucali śmieci, rzygali i szczali gdzie popadnie, i nikomu to nie przeszkadzało.

Poza Asmodeuszem.

Po tygodniu postanowił zmienić strategię. Zepchnął z garnuszka przedsiębiorstwa ogólnobudowlane. Większość budynków w Pandemonium i tak się waliła i była w opłakanym stanie, wypowiedział więc umowy wszystkim konserwatorom, zachowując pieniądze dla tych, którzy naprawdę na nie zasłużyli.

A byli tacy. Bo im więcej osób Asmodeusz zwalniał, tym więcej przychodziło do niego prywatnie, szukając zajęcia. Nawet nie musiał ich łowić, sami się pojawiali. Plotki rozchodziły się szybko. Administrator był zbudowany widząc, że nawet w Piekle wciąż są ludzie, i nie tylko ludzie, którym zależy na czymkolwiek. Na pracy, żeby daleko nie szukać. A teraz oni wszyscy należeli do niego. Pewno, oficjalnie całym grajdołkiem nadal rządził uwielbiany powszechnie Lucyfer, jednak idealistyczne mrzonki upadłych aniołów poszły w niepamięć tak dawno temu, że… no, nikt tego nie pamiętał.

Teraz liczył się ten, kto płacił. Tym kimś był Asmodeusz.

 

~*~

 

Administrator Piekła półleżał w wygodnym skórzanym fotelu, zrelaksowany. Przed jego biurkiem, zgięty w niskim ukłonie, tkwił drobny, śniady demon.

– Coś ty za jeden? – Asmodeusz starał się sprawiać wrażenie obojętnego, choć wewnątrz aż wrzał z emocji.

– Unael, panie. – Upadły głośno przełknął ślinę. Rozglądał się niepewnie na boki, jakby w obawie, że ktoś go zaraz zaatakuje. – Byłem jednym z elektryków w Piekielnym Zakładzie Energetycznym, zanim… zanim rozpoczęły się masowe zwolnienia.

– Ach tak. – Asmodeusz nie okazał nawet cienia zainteresowania.

– Panie, ja… ja słyszałem, że można u pana… znaleźć pracę.

– Tak?

– Panie, ja mam żonę i synka, a żona to prawdziwa diablica, jak tylko jej się przyznam, że mnie wyrzucili, to…

– Tak?

– Panie, proszę?

Asmodeusz uśmiechnął się z wyższością.

– Niczego nie obiecuję – zastrzegł, pochylając się w kierunku petenta. – Ale przyjdź pojutrze. Może coś się znajdzie.

Demon, gęsto dziękując, wycofał się rakiem do drzwi. W progu zatrzymał go jeszcze głos Asmodeusza.

– Unaelu? – Zapytany znieruchomiał, przerażony. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał tylko: – Przyprowadź ze sobą kolegów. – I zniknął.

Asmodeusz z satysfakcją zatarł ręce. Choć zakrawało to na kiepski żart, czuł się jak u Pana Boga za piecem.

 

~*~

 

Kolba załomotała o drzwi.

Oddziały windykacyjne nie patyczkowały się – kiedy miały z kogoś coś ściągnąć, robiły to. Obdzierały dłużników do gołej skóry. A czasem również z niej.

Plotki naprawdę rozchodziły się bardzo szybko. Administracyjne oddziały specjalne nie miały żadnych oporów ani żadnej władzy nad sobą – bo przecież w Piekle nie było policji.

Asmodeusz bardzo dbał o podwładnych, tak dobrze, że nie opłacała im się korupcja. Pieniądze przeznaczał przede wszystkim na potrzeby windykatorów oraz ich rodzin. Żyli dostatnio i bezpiecznie, byli wynagradzani odpowiednio do osiąganych wyników. Dostawali marchewkę, zaś kije mieli w rękach.

Do Asmodeusza zgłaszało się coraz więcej chętnych. Coraz więcej pieniędzy napływało do skarbca. Coraz więcej dłużników, ze strachu bądź dla świętego spokoju, płaciło należności.

Ale zdarzały się przypadki trudne: gorsze dzielnice, ci, którzy jeszcze nie posłyszeli nowin bądź nie wzięli ich sobie do serca.

Czasem trzeba było zrobić coś dla przykładu.

I dlatego właśnie po całym mieście tej konkretnej nocy niósł się łomot kolb, pięści i butów uderzających o drzwi. Na Pandemonium padł blady strach.

 

~*~

 

Pajmon, ulubiony sługa Lucyfera i jego chłopiec na posyłki, został wyciągnięty z łóżka i rzucony na środek pokoju przez dwóch rosłych demonów w garniturach i ciemnych okularach. Mimowolnie pomyślał, że to przecież głupie, skoro jest środek nocy.

– Co… jak… ja nie… – zajęczał, oszołomiony i zdezorientowany.

– Zaległe raty kredytu hipotecznego. Niezapłacone należności w kasynie „Fortuna Major”. Nieuregulowane rachunki za energię elektryczną, telefony i Internet, nie wspominając o czynszu. Więcej wymieniał nie będę, bo i tak nie wypłacisz się do końca życia… nie, zaraz, przecież nie możesz umrzeć! Świetnie, będziesz miał całe eony na odpracowanie długu – rzekł Samael zamykając brulion, w którym pod imieniem „Pajmon” widniała lista długa na całą stronę. I to zapisaną drobnym maczkiem.

Dwóch osiłków uniosło nieszczęśnika za ramiona, by wyciągnąć go z pomieszczenia. Samael zaciągnął się papierosem. Pajmon wcale nie był z tych najgorszych, nie. Ale stanowił dobry przykład. Nikt nie jest nietykalny. Nikt.

– Nie! Nie! Nic złego nie zrobiłem! – zawodził sądzony, który już zdążył się dobudzić. – To znaczy… nic, czego nie robiliby inni! Puśćcie mnie! Chyba nie wiecie, z kim macie do czynienia! Książę wam dupy pourywa, sukinsyny! Zostawcie mnie, a obiecuję, że nic mu nie powiem!

– No jasne – mruknął Samael, przyglądając się, jak jeden z karków wyjmuje z walizki obcęgi i młotek. Tradycyjne metody nigdy nie wyjdą z mody. – Tylko że, widzisz, Lucek ma swoją własną czarną listę. Daleko dłuższą niż twoja, szaraczku. Czy masz pojęcie, ile kosztuje utrzymanie takiej willi nad Morzem Śródziemnym? Nie? No właśnie. Fakt, jeszcze nie zajrzeliśmy do naszego wspaniałego Księcia Ciemności. Ale to wkrótce ulegnie zmianie, bez obaw.

Odwrócił się, gdy usłyszał pierwszy szczery wrzask bólu. Nie zamierzali go uszkodzić za bardzo, tylko tak dla zaakcentowania przekazu. Zresztą nie mieli zbyt wiele czasu. Tej nocy pozostało im jeszcze wiele domów do odwiedzenia.

 

~*~

 

Kilka godzin później Asmodeusz wysłuchał raportu zbiorczego i zamyślił się głęboko.

– Mało – orzekł. – Do końca tygodnia musimy osiągnąć przynajmniej trzydzieści procent wzrostu. Wpływy wciąż są zbyt małe. Ale jesteśmy na dobrej drodze. Przydałaby się dodatkowa kampania. Tak, Azazelu?

Siedzieli w rzęsiście oświetlonym gabinecie Asmodeusza, który praktycznie rzecz biorąc stał się jego domem. Znajdowali się na sześćsetnej kondygnacji Arcis Diaboli, zaadaptowanej w całości na potrzeby administratora. Byli tu tylko we trójkę, sącząc drinki i przyglądając się, jak nad pełnym bólu, rozbudzonym przez bojówki Samaela Pandemonium powoli wstaje słońce.

– Pomyślałem, że, no, może, tego, szumowiny, co to tu przyłażą, od początku mają złe nawyki. Gdyby ich tak… – Azazel miał trudności z wysłowieniem się. Ostatnio czuł się niepewnie w towarzystwie inteligentniejszych kolegów.

– Praca u podstaw! – podchwycił z błyskiem w oku administrator Piekła. – Ależ oczywiście, to genialne! Zamiast naprawiać stare błędy, trzeba wyedukować naród już od pierwszego dnia, że najpierw się płaci rachunek, a dopiero potem idzie gwałcić kury! Prewencja! Doskonale!

Na twarzy Azazela wykwitł uśmiech, gdy Samael poklepał go przyjacielsko po ramieniu.

– Świetnie – przytaknął. – Ale to nadal nie załatwia sprawy, As. Wiesz, co mam na myśli. Uderzenie ostateczne.

– Wiem – przytaknął Asmodeusz, poważniejąc. – Chyba rzeczywiście nie ma już na co czekać. Uczyń, co uważasz za stosowne. Dzisiaj.

– Dzisiaj – potwierdził Samael. Jednym haustem dopił drinka, a potem wyszedł.

 

~*~

 

Kiedy odcięli mu wodę, Lucyfer akurat brał prysznic.

– No kurwa – powiedział, zdumiony. Gdy otworzył oczy, które zamknął, gdyż był w trakcie mycia włosów, odkrył, że oprócz wody nie ma również prądu. – Żeby to jasny piorun w gołą srakę strzelił! – dodał, wyczarowując kulę jasnego światła. Sfera zawisła tuż nad kabiną. Lucyfer zachichotał głupio, gdyż przyszło mu na myśl, że światło to nie problem. Ze światłem zawsze był za pan brat.

Zmaterializował silny strumień idealnie ciepłej wody i dokończył kąpiel. Spokojnie wyszedł spod prysznica, wytarł się, założył szlafrok.

Dopiero wtedy zaczął wrzeszczeć.

– Pajmon! Pajmon!

Odpowiedziało mu milczenie.

Książę Piekła udał się do salonu. Powiódł wzrokiem po martwych sprzętach elektrycznych.

– Szlag – mruknął dla porządku.

W jego willi panowała niemal idealna cisza. Wiedział, że nie ma w niej nikogo. Pajmon przepadł. Lucyfer nie bardzo wiedział, co powinien w tej sytuacji zrobić. Praktycznie rzecz biorąc, nigdy wcześniej nie był sam.

Usiadł na skórzanej kanapie, sięgnął po telefon i wybrał numer zakładu energetycznego. Znał go tylko dzięki temu, że na spodniej stronie aparatu była przyklejona karteczka z ważnymi kontaktami. Po dwudziestu minutach użerania się z kolejnymi konsultantami ustalił swój numer klienta i dowiedział się, z czego wynika awaria prądu.

– Niezapłacone rachunki? – powtórzył zdziwiony. – Słucham?

– Usługa została zablokowana ze względu na nieuregulowane rachunki – powtórzyła panienka w dyspozytorni znudzonym tonem. – Na dzień dzisiejszy należność wraz z odsetkami wynosi…

Gwiazda Zaranna zakończył połączenie.

Nie był pewien, co właściwie przed chwilą zaszło. Nigdy nie przejmował się rachunkami. Były czymś, co przytrafia się innym. Lucyfer zwyczajnie założył, że nikt nigdy od niego nie będzie wymagał zapłaty za cokolwiek, i tak właśnie było. A skoro zaczęło się dziać inaczej… to ktoś musiał zmodyfikować księgowość zakładów dostarczających media. Albo sposób postrzegania jego, Księcia Piekła, przez ludzi. Tak czy inaczej, nie było to ze strony tego kogoś zbyt uprzejme. Ani mądre.

Lucyfer pstryknął palcami. Lodówka zamruczała znajomo, klimatyzacja zaszumiała, a plazmowy telewizor rozbłysnął, ukazując prawie pornograficzny teledysk jednej z gwiazdek popu. Książę przez chwilę podziwiał solidną robotę z gatunku „wodzenie na pokuszenie” oraz „głupota”, wyczarował sobie z powietrza drinka i zastanowił się.

Pajmona nie było i nie odpowiadał na wezwania. Komórka Samaela odezwała się dopiero po ósmym sygnale.

– Tu numer 666 777 888. W tej chwili nie mogę odebrać. Po sygnale zostaw wiadomość, jeśli już naprawdę musisz.

Lucyfer rzucił do aparatu kilka niewybrednych słów i wcisnął czerwoną słuchawkę. Najwyraźniej nadeszła pora na to, aby wziął sprawy we własne ręce.

 

~*~

 

Przy wejściu zatrzymał go ochroniarz.

– Pana godność?

Lucyfer wytrzeszczył oczy.

– Że co proszę?

– Pana godność? – powtórzył niewzruszony upadły serafin, zagradzający mu wejście do jego własnej, Lucyfera, siedziby. Nie wyglądał na tępego osiłka. Raczej na starannie wyselekcjonowany materiał ochroniarski.

Pan Ciemności poczuł się jeszcze bardziej zagubiony. Tak jakby zamiast pytać go o imię, strażnik zażyczył sobie złożenia rzeczonej „godności” w zastaw przed wejściem do budynku. Jego budynku. Cholera, przecież to wszystko należało do niego!

– Jakim prawem pytasz mnie, Niosącego Światło, Pana Głębi, Księcia Mro…

– Arcis Diaboli od dwóch tygodni stanowi własność pana Asmodeusza – wyjaśnił strażnik, niezbyt przejęty wybuchem Lucyfera oraz groźną postawą, jaką ten przyjął, z rozłożonymi skrzydłami i rozczapierzonymi pazurami. Za dobrze mu płacili. – Podobnie jak niemal siedemdziesiąt procent pozostałych budynków Pandemonium. Niezależnie od tego, ile tytułów pan posiada, nie mam pana na liście mile widzianych gości.

Wyjął z wewnętrznej kieszeni kopię aktu notarialnego potwierdzającego to, co przed chwilą powiedział. Pod dokumentem widniała pieczęć Świętego Piotra.

Lucyfer zawrzał. Po prostu poczuł, że w środku coś w nim pękło. To już był szczyt wszystkiego, przeciągnięcie struny, ostatnia kropla w czarze goryczy. Wszystkie pary skrzydeł rozłożyły się na całą szerokość i wysokość, ziemia zadrżała, rubinowe światło zalało okolicę…

…gdy wtem rozległ się straszliwy ryk. I jego źródłem bynajmniej nie był Lucyfer. Dźwięk, odrażający, potężny, wstrząsający, dobiegał gdzieś z góry. Gwiazda Zaranna spojrzał w tym kierunku i aż się zachłysnął – przestrzeń nad Arcis Diaboli wypełniało szaro-zgniłe cielsko istoty, która nigdy nie powinna była zostać powołana do życia. Potwór zaryczał jeszcze raz, a wszyscy, którzy go słyszeli, odruchowo schylali się, zasłaniali głowy, zerkali nerwowo w górę, modląc się, mimo że byli w Piekle, by to nie po nich bestia przybyła tym razem.

– Lewiatan – wyjaśnił uprzejmie ochroniarz, jakby trzeba było coś wyjaśniać. Obserwował reakcję Lucyfera z wyraźnym zainteresowaniem. – Nie wiem, czy wspominałem, ale i on należy teraz do pana Asmodeusza. Wykupił go razem z pańskimi włościami. Albo przekupił odpowiednią liczbą potępionych dusz, ale kto by tam wierzył plotkom… W każdym razie jest na każde gwizdnięcie. Tak jak teraz. Więc proszę się dwa razy zastanowić, zanim pan zrobi coś, czego później będzie żałował.

Książę Ciemności opuścił wzrok i dosłownie oklapł, zmalał jak winogrono, które staje się rodzynkiem. Ręce opadły, skrzydła zwinęły się, zamiast władczej pewności pozostała tylko otchłań niezrozumienia.

– Ale… ale to jest moja siedziba, tu, w Pandemonium – szepnął Lucyfer. – To ja to wszystko stworzyłem. Poszła za mną trzecia część zastępów. Razem stworzyliśmy dla siebie miejsce. I Lewiatan… To ja… mnie… my…

– Za długo siedział pan na plaży – odpowiedział ochroniarz, ku swemu zdziwieniu z pewną dozą współczucia. – Wszystko się zmieniło. Trzeba iść z duchem czasu, mówią. Teraz jest nowy szef. Zobaczymy, czy taki sam jak stary szef. Proszę o tym pomyśleć jak o wakacjach.

Lucyfer jeszcze raz spojrzał w górę wzdłuż absurdalnie wysokiej fasady Arcis Diaboli na sylwetkę Lewiatana, która wypełniała całe niebo. Wzruszył ramionami. W gruncie rzeczy poczuł ulgę, choć nie przyznałby tego na głos.

– A myślałem, że to ja jestem podły i bezwzględny – powiedział jeszcze tylko, odwrócił się i odszedł.

Ochroniarz patrzył za nim przez chwilę, po czym wrócił do rozwiązywania krzyżówki panoramicznej.

 

~*~

 

Kiedy kilka godzin później Asmodeusz otrzymał kolejny raport, wpadł w nastrój szampański i szatański zarazem. Nonszalanckim ruchem sięgnął po telefon i wykręcił prywatny numer Lucyfera. Sześćset sześćdziesiąt sześć, wewnętrzny czterdzieści i cztery. Natychmiast jednak przestraszył się własnej bezczelności i trzasnął słuchawką o widełki. Kiedy przez tysiąclecia kogoś ślepo się wielbiło, trudno jest porzucić stare przyzwyczajenia.

– Dajesz radę, jak widzę – rzekł drwiący głos.

– Się puka – warknął Asmodeusz, obracając głowę w kierunku drzwi.

Sihail, a raczej ktoś, kto przedstawiał się jako Sihail, uniósł dłonie w rozjemczym geście.

– Nie mam złych zamiarów. Wpadłem pogadać.

– Nie mamy o czym. – Asmodeusz wstał i przeciągnął się. – Zwróciłem już część piekielnego długu, kolejną spłacę jak dostanę zastrzyk gotówki dzięki letnim festiwalom, resztę kancelaria Świętego Piotra raczyła mi łaskawie rozłożyć na raty. Sam wiesz najlepiej.

Sihail machnął ręką.

– Oj tam, pieniądze. Pieniądze mnie nie interesują. Przyszedłem porozmawiać o strategii. O planach. O ideach. O, wy w Piekle macie idee w małym palcu, nieprawdaż?

– O, ugryź się w dupę.

– Nie lubisz mnie, co? – zaśmiał się anioł.

– A jest w ogóle ktoś, kto cię lubi? Patrzysz na mnie z góry. Na wszystkich patrzysz z góry – odrzekł Asmodeusz bez złości. – Jeśli prawdą jest, że można ocenić kogoś po tym, jak traktuje słabszych od siebie, to prawdziwy z ciebie skurwiel. Jakim cudem nie wykopali cię jeszcze z Nieba?

– Któż jak Bóg. – Sihail wzruszył ramionami.

– Wyjdziesz sam czy mam wezwać ochronę, żeby ci pomogła?

Sihail założył ręce na piersi.

– Widzimy twoje postępy, Asmodeuszu, doceniamy pomysłowość i zapał. Potrzeba nam takich jak ty.

Administrator Piekła wyszczerzył zęby ni to w uśmiechu, ni to w grymasie złości.

– O nie. Nie jesteście w stanie mi zaoferować nic więcej, niż to, co już mam. Nie macie żadnej karty przetargowej. Sam sobie wszystko zawdzięczam, nie chcę łaski. Możecie sobie wsadzić.

Sihail zaśmiał się tylko i wyszedł, kręcąc w rozbawieniu głową.

Asmodeusz odetchnął głęboko i podszedł do okna gabinetu.

Upił łyczek herbaty, którą przyniosła mu Naama. Za pół godziny był umówiony z Samaelem i Azazelem na partyjkę poola kilkaset pięter niżej, miał jednak jeszcze trochę czasu, aby się ponapawać.

Należy do mnie, myślał, patrząc na leżące u jego stóp Pandemonium. Dosłownie. Jeszcze nie całe, ale wkrótce. A gdy kupię już ostatni zapluty i najbardziej obskurny lokal w Piekle… Jaką minę będziesz miał, Michale, kiedy zacznę wykupywać Niebo?

 

Anna Grzanek




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Michał Cholewa „Na granicy”
Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2022

Jak zapewne czytelnicy pamiętają, od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon…

Juliusz „Q” Mróz – „Larry Newark meets Raolo Benatti”

Winda orbitalna pnie się po fullerenowej nitce. Słynny hacker i ochroniarz (wręcz go uprowadzający do najpotężniejszego…

Juliusz „Q” Mróz – „10000845638”

Miejsce: odrapana klitka, graffiti na ścianach, butelki po piwie na podłodze, wszędzie walają się szpargały,…

Komentarze: 4

  1. Anet pisze:

    Fajne :)

  2. Anet pisze:

    Fajne :)

  3. Hikaru pisze:

    Świetne! Bardzo mi się spodobało przedstawienie postaci, zrobienie z Aamodeusza bohatera na wpół pozytywnego powiedziałabym? No i dobrze napisane oczywiście.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit