ISSN: 2658-2740

Anna Grzanek „Miecz obosieczny”

Opowiadania Anna Grzanek - 6 marca 2020

foto: pexels.com

Problem polegał na tym, że Piekło tonęło w długach.

Asmodeusz siedział za zawalonym papierami biurkiem, podpierał rękami podbródek i rozmyślał. Utrzymanie neonowego oświetlenia barów kosztowało majątek. Jeszcze więcej pieniędzy pochłaniały alkohole i tytoń, obciążone przez Niebo niebotycznymi akcyzami. A i tak nic nie przebijało wysokich pod sufit cen, jakie śpiewali sobie (zabawna figura retoryczna) za koncerty muzycy rockowi. Nie należało też bagatelizować kosztów rozbudowy Piekła – w końcu trafiało do niego coraz więcej osób.

Właściciele knajp, hoteli, kasyn i burdeli nie płacili czynszów, bo ich klienci nie zniżali się do uiszczania rachunków. Wszystko finansował budżet Piekła, który nie był przecież nieskończony. Asmodeusz zmuszony został do zaciągnięcia kredytów we wszystkich największych bankach na Ziemi. Nie miał ich z czego spłacać, więc brał następne. Wiedział, że dotacje z Unii zostaną cofnięte, kiedy tylko pojawi się jakaś kontrola i okaże się, że fundusze przeznaczone na ochronę środowiska zostały zużyte na nowe centrum handlowo-rozrywkowe Helvete.

Najgorsze jednak było to, że Piekło miało długi także w Niebie. Archanioł Michał z perwersyjną satysfakcją przysyłał Asmodeuszowi szczegółowe rozliczenia, noty księgowe i monity. To głównie one zaściełały biurko oraz podłogę w gabinecie administratora Piekła.

I nikt się tym wszystkim nie przejmował.

– Że co, przepraszam? Długi? – Lucyfer uniósł starannie wymodelowaną brew, kiedy Asmodeusz po raz pierwszy udał się do niego z raportem. – To pieprzone Piekło, na litość boską! Jesteśmy tu dlatego, że jesteśmy źli, tak? Nie wywiązujemy się ze zobowiązań, kradniemy, oszukujemy, kłamiemy, wodzimy na pokuszenie, takie tam. To nasza wizytówka. Jak byśmy wyglądali, gdybyśmy nagle zaczęli naprawiać błędy i mieć wyrzuty sumienia? Co zresztą mogą nam zrobić? Eksmitować? Dokąd niby? Daj spokój, As, zachowuj się jak przystało na diabła. Idź namawiać kogoś do grzechu, zamiast zajmować się głupotami. Astarot podchodził do tego o wiele rozsądniej.

Lucyfer wrócił do kontemplowania swojego drinka z palemką, a Asmodeusz tylko zacisnął usta i pokręcił głową. To nie było w porządku.

Tak w ogóle to nawet nie był administratorem Piekła, nie od początku. Z żalem wspominał stare dobre czasy, w których nie musiał sobie zawracać głowy takimi sprawami jak dostawy mediów i roczne przeglądy kominiarsko-gazowe. Pewnego wieczoru jednak spił się jak dzika świnia w jednym ze swoich kasyn, wdał w bójkę z Astarotem o to, który z nich ma lepszą posadę, a potem przegrał z nim w kości. Dopiero następnego wieczoru, gdy już się obudził i jako tako zwalczył kaca, uświadomił sobie, że grali o swe stanowiska, a nawet poszli do Lucyfera, by ten oficjalnie poświadczył zamianę. Książę Piekła ucieszył się przy tym, że imię nowego zarządcy kasyn i burdeli też można zdrabniać do „Asa”.

Asmodeusz sądził początkowo, że to szczęśliwa odmiana losu. Hazard przejadł mu się już jakieś dwa tysiąclecia temu.

A potem zobaczył pusty skarbiec, rachunki, zobowiązania oraz listy zastawne zawalające jego nowy gabinet. Dowiedział się, że niemal wszystkie nieruchomości Piekła obciążone są hipoteką.

I może wszyscy inni mieli to w dupie, ale nie on. Był perfekcjonistą z natury. Tyle że nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby zrobić.

 

~*~

 

Najwystawniejszym domem rozpusty w Piekle była „Córa Koryntu”. Stanowiła szczególną dumę Asmodeusza. Zadbał o najwyższą jakość każdego detalu – dywany z wzorami w złote smoki, marmurowe schody, chromowane poręcze, ściany z luster i szkła, najpiękniejsze kurtyzany. Co więcej, za wszystko uczciwie zapłacił. No, uczciwie jak na diabła; zastraszył dekoratora wnętrz i kupił duszę kafelkarza, ale co tam. Teraz zaś miał szczerą nadzieję, że Astarot niczego nie spieprzy i utrzyma jego ulubiony klub w porządku.

Tego konkretnego wieczora miał jednak głowę zaprzątniętą innymi problemami. Bez trudu wypatrzył w jednej z oświetlonych czerwonymi lampionami nisz rogatą głowę Azazela.

– Co tam, As, wraca się na stare śmieci? – zagadnął przyjaźnie Azazel. Szturchnął w kark smagłą demonicę, której głowa natychmiast wychynęła spod stołu. – Wystarczy, maleńka, idź zabawiać innych – zachęcił, wstając. Dziewczyna otarła usta i umknęła, rzucając byłemu szefowi spłoszone spojrzenie.

Asmodeusz usiadł. Obok nich natychmiast pojawiła się kelnerka. Postawiła na blacie pół litra spirytusu i dwie literatki. Wypili pierwszą kolejkę. Asmodeusz mówił. Azazel słuchał.

– Naprawdę cię to gnębi? – spytał piętnaście minut później, spoglądając na przyjaciela z troską. – Długi? To, że potępieńcy postępują jak potępieńcy? Oj, kolego, napij się jeszcze. A potem znowu, i jeszcze raz, aż zapomnisz, co ci sen z powiek spędza zamiast czerwonoustych chętnych kurew. Zmień robotę, jeśli musisz. Wyjedź na wakacje. Znajdź jakieś hobby. Cokolwiek!

– Ale Michał…

– Michał niech se wsadzi i zatrąbi. – Azazel skinął na kelnerkę. – Słuchaj, Lucek ma rację. Jesteśmy w Piekle. Takie panują tu zasady, choć może żadnych być nie powinno. Niczego nie zmienisz. Gość na Górze czuwa, by wszystko było na swoim miejscu, i my właśnie jesteśmy. Nie przejmuj się tak. Zdarovie!

Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Jakub Bogucki „Żeglarz”
Opowiadania Jakub Bogucki - 1 października 2018

Niech mi pan na chwilę uwierzy. Zróbmy z tego taką grę… Jest…

Tomasz Jarząb „Wola życia”

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Fahrenheit