Anna Nieznaj „Cyberdziadek”

Opowiadania Fahrenheit Crew - 1 czerwca 2012

Możesz łaskawie przestać się szarpać? – rzucił David Turner, regulując ostrość w wizjerze. – Nie ma co robić takiej tragedii. Wiem, co mówię, też w końcu jestem cyborgiem. Jedna soczewka sztuczna, wszczep w uchu, o rozruszniku serca nie wspominając. OK, rozumiem, mózgu mi nikt nie podmieniał. Ale czy ty naprawdę jesteś aż tak przywiązany do swojego mózgu?

Pająk krzyżak nie odpowiedział, za to, dokonując cudów zręczności, wywinął się z obejmujących go stalowych kleszczy chwytaka i umknął w te pędy z pola widzenia. Wobec takiego bohaterstwa David zlitował się nad zwierzątkiem. Wstał z trudem z obrotowego stołka i odsunął wysięgnik z mikroskopem oraz manipulatorami, żeby móc uchylić osłonę. Pająk tylko na to czekał – przebierając w zawrotnym tempie odnóżami, pognał między walające się na podłodze graty.

A idź w cholerę – pożegnał go David, niezadowolony z efektów dzisiejszej pracy, a równocześnie zbyt zmęczony, żeby zrobić cokolwiek więcej. – Nie chcesz być przełomem prywatnej technologii szpiegowskiej, to nie. Bez łaski.

Turner wyłączył system sterujący chwytakami, sprawdził ustawienia klimatyzacji chłodzącej komputery i podkręcił ogrzewanie w terrarium, w którym kłębiło się kilkudziesięciu kolegów niedoszłego bionicznego szpiega. Potem z ulgą zatrzasnął za sobą drzwi pokoju służącego za laboratorium.

Mieszkał w nieco zapuszczonej zabytkowej kamienicy z połowy dwudziestego wieku. Trzy ogromne pokoje rekompensowały mu brak windy i szemrane sąsiedztwo. Lokalizacja też była obiektywnie świetna – między malowniczym starym miastem a blichtrem przeglądających się w Odrze kilkudziesięciopiętrowych biurowców nowego City.

Niestety dzielnica, niegdyś porządna, teraz nieco podupadła, nie nadążając za resztą miasta. Jednak David miał duże doświadczenie w mieszkaniu w podobnych miejscach po tej i po tamtej stronie Atlantyku. Na marudzenie co porządniejszych sąsiadów odpowiadał, że dopóki policyjne patrole zjawiają się tu na piechotę, a nie opancerzonymi terenówkami, to naprawdę jeszcze nie jest to zły adres.

Turner, z wyżyn swoich blisko osiemdziesięciu bogatych w doświadczenia lat, miał dość pobłażliwy stosunek do miejscowej żulii.

 

*

 

Kolejka miejska mknęła nad sznurem samochodów na Moście Zwierzynieckim. Zatrzymała się na przystanku naprzeciwko Iglicy; skrzypnęły zaczepy i podwieszony pod stalową szyną wagonik obniżył się na poziom chodnika. Po chwili znów powędrował w górę, by ruszyć dalej w stronę Bartoszowic.

Turner wysiadł prawie pod swoją kamienicą. Powitał go nagły podmuch wiatru, który poderwał z ziemi kurz i drobne śmieci. Rosnące wzdłuż ulicy krzewy, obsypane białym kwieciem i słusznie zwane przez miejscowych „panna młoda”, przygięły się pod kolejnym porywem wichury. Niebo pociemniało, zbliżała się pierwsza majowa burza.

David szedł jak młody człowiek, pewnym, kołyszącym się krokiem, niesiony przez układ wspomagający pracę łydek i kolan ukryty pod nogawkami szerokich spodni. Mężczyzna był wysoki i bardzo szczupły, czerwona bluza z kapturem wisiała na nim jak na sklepowym wieszaku. Resztki jego włosów, teraz ukrytych pod bejsbolówką, były już zupełnie siwe.

Gdzieś od Oleśnicy zamruczał grom, ale Turner zahaczył jeszcze o mały sklepik spożywczy, pod którym stała grupka jego rówieśników.

Hi, Dave! – zawołał jeden z nich z charakterystycznym uśmieszkiem osoby próbującej porozumieć się w języku, którego nie zna. To pokolenie jeszcze uczyło się angielskiego tylko w szkole. – Beer?

Wbrew pozorom nie była to propozycja, tylko prośba.

Dziś nie mam pieniędzy – skłamał Amerykanin z przepraszającą miną, też po angielsku. Po polsku znał tylko pojedyncze zwroty, a i tych starał się nie używać, bo sądząc po reakcji rozmówców, wychodziło mu to raczej pociesznie.

Na szczęście młoda ekspedientka, jak większość osób, z którymi miał do czynienia, mówiła po angielsku płynnie, z tutejszym akcentem drugiego pokolenia dwujęzycznych Polaków.

Nie dawaj się im tak naciągać – rzuciła, przesuwając czytnik nad paczką mrożonych frytek.

Z ludźmi trzeba żyć – wyjaśnił pogodnie. Dziewczyna tylko fuknęła i poprawiła utlenione na platynowy blond włosy. Nie pasowały do jej typu urody, ale równie modny, podłapany od hinduskich sąsiadek kolczyk w nosie nie pasował jeszcze bardziej.

David na odchodnym pozdrowił jeszcze podsklepowych dziadków ubranych w sportowe buty i ciuchy, ale nieporównanie bardziej steranych życiem niż on.

Błysnęło, a grzmot przetoczył się po niebie. Mężczyzna wyjmował już zza bluzy smycz z kartą do domofonu, kiedy jadący za nim samochód zatrąbił przenikliwie.

Turner! – rozległo się wołanie, a David aż się skrzywił, korzystając z tego, że tamci jeszcze nie widzą jego twarzy.

Nie musisz tak hałasować – powiedział z lekką kpiną, odwracając się i zaplatając ręce na piersi.

Przy krawężniku stał odpicowany na błysk samochód ze składanym dachem. Na zderzaku miał naklejkę: „Ubezpieczone przez mafię. Stuknij nas, a my stukniemy ciebie.”

Trzeba było słuchać, jak wołają. – Siedzący na fotelu pasażera Chudy wyrzucił na chodnik dymiący jeszcze niedopałek.

Nie taki on już Chudy, skwitował w myślach David. Za dużo marihuany i słodyczy, za mało ruchu na świeżym powietrzu. Chudy nie miał wrodzonych predyspozycji do bycia szerokokarkim ochroniarzem, a ewidentnie bardzo by chciał.

Miałem hip hop na systemie wbudowanym. – Turner wzruszył ramionami.

Już od dawna nie słuchał muzyki przez implant, kiedy wychodził z domu, bo zaczęło mu to utrudniać orientację. Ale ci chłopcy nie musieli o tym wiedzieć.

Skończyłeś robotę? – kierowca syknął nieprzyjemnie.

On zawsze cedził przez zęby, syczał, ewentualnie czasem warczał, pielęgnując swój w szczegółach dopracowany wizerunek. Skórzana kurtka, czarne dredy do ramion, od wielkiego dzwonu gotycki makijaż, a do tego kiczowata do bólu diaboliczna ksywka – Samael: właściciel pseudomafijnego kabrioletu, szef Chudego, zleceniodawca Davida.

Jeszcze nie – odpowiedział Turner, dobitnie i pewnie. – Nie lubię, jak się mnie popędza, już ci mówiłem.

To po prostu zrób, co masz zrobić. Zamiast się zabawiać w pedofila.

Chudy parsknął, David postukał się wymownie w czoło. Wynajął stancję japońskiej studentce i radochę miało z tego pół dzielnicy. Ale poziom dowcipów jakoś go nie bawił. Toteż, kiedy Samael sięgnął do kieszeni po aerozol, Turner w rewanżu zainteresował się niewinnie:

Kropelki do nosa? Masz katar?

Chudy wolniej łapał ironię, ale Samael się wkurzył. Wbił spojrzenie w Amerykanina. Oczy miał jednolicie czarne – tatuaż na białkach i tęczówki, może naturalne, choć raczej zmienione kolorem szkieł kontaktowych. David nie był w stanie z tej odległości ocenić, jak bardzo rozszerzone są źrenice wanna be demona.

Doradzałbym więcej ostrożności w słowach, Turner…

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Milena Wójtowicz „Vice Versa”
Patronaty F-ta - 10 czerwca 2019

Informacja o książce Mileny Wójtowicz „Vice Versa”. Książka ukazuje się pod patronatem…

Mirosława Sędziowska „Eus, deus, kosmateus”
Ksiażki fantastyczne - 17 lutego 2008

superNOWA SENS ŻYCIA TANIO ODSPRZEDAM. UŻYWANY, ALE W DOBRYM STANIE. Jak daleko mogą posunąć…

Bóg opuszcza świat – spotkanie z Michałem Gołkowskim
Aktualności - 18 marca 2016

W poniedziałek 21 marca o godzinie 18:00 w salonie Empiku w Manufakturze odbędzie się spotkanie autorskie z pisarzem w ramach…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!