Anna Wołosiak-Tomaszewska „Z wyrazami wdzięczności” (2)

*

Vela zadudniła pięścią w drzwi, po czym pchnęła je z całych sił i weszła do zakładu pogrzebowego.

Oczywiście zakład był nim tylko z nazwy. Konstruktorzy posterunku nie umieściliby czegoś takiego na stacji, ewentualnych zmarłych po prostu wkładało się do kapsuły i wysyłało windą na Ziemię. Ale kiedy ojczysta planeta przestała przyjmować gości, trzeba było coś zaimprowizować.

I wtedy pojawił się Dagr, grabarz.

A wraz z nim Bakar, wampir.

*

Gravetikke odwrócił się zdumiony i ściągnął pochlapane żółcią gogle, po czym założył okulary, do tej pory przewieszone przez kieszonkę grubego, rzeźnickiego fartucha.

– O co chodzi? – zapytał, widząc kobietę. Ta jednak nie odpowiadała. Podeszła bliżej i z niesmakiem rozejrzała się po zakładzie. Widok regału zastawionego uwalanymi czymś probówkami, opartych o ściany ogromnych kapsuł, nazbyt przestronnego pieca, a także stanowiska do rekonstrukcji ciał wyglądającego jak coś pomiędzy unitem dentystycznym a wymyślną machiną tortur, przepełniał Velę odrazą. W końcu jednak odchrząknęła i powiedziała:

– Jak ci idzie?

– Nijak. – Dagr wzruszył ramionami. – Jest martwy jak kłoda, a ja się źle czuję. Chcę iść na chorobowe.

– Ależ oczywiście. – Pułkownik splotła dłonie za plecami. – Oddaj nam sprawnego Bakara i rób sobie, co chcesz. Przez jakiś czas.

– Ale ja go naprawdę nie umiem ożywić! – jęknął w końcu grabarz, ściągając fartuch. Prawdę mówiąc, frak nie wyglądał dużo lepiej i z całą pewnością w zakładzie brakowało pralki. Albo choćby balii z wodą. – Nie jestem Czarnym Mistykiem. Nie znam się na magii. Mam tylko swoje sztuczki, które tym razem nie działają.

– To sobie znajdź kogoś do pomocy. Nie obchodzą mnie twoje metody, masz być skuteczny.

Dagr roześmiał się rzężąco i krótko.

– Do pomocy – powtórzył, a z jego oblicza nie schodził szeroki, dziwnie nienawistny uśmiech. Podszedł do szerokiego wizjera i wbił wzrok w siwe kłębowisko chmur. Gdzieś tam, pod tym całunem, była Ziemia: szare, zimne kontynenty poznaczone gąszczami zdegenerowanych porostów sterczały z czarnych oceanów. I ta Ziemia wzywała go raz po raz. Słyszał jej szepty w głowie, niemal czuł w ustach kwaśny posmak zmrożonej gleby, a na palcach śliski osad z liści. Ilekroć Scudo 3 obracał się w tę stronę, Dagr mógł słać długie spojrzenia gdzieś tam, na wirujące grobowisko ludzkości.

– Potrzebujemy go – syknęła przez zęby Vela.

Dagr wzruszył ramionami.

– Ty go potrzebujesz – odparł.

– Nie. My. Jeśli nie będziemy mieli Bakara, wszyscy zginiemy. Nie możemy kisić się ciągle na cholernym posterunku. Zapasy się kurczą. Za jakiś czas możemy nawet zgubić orbitę. Pomrzemy w tej puszce.

Kolejne wzruszenie ramion i zachrypnięty szept:

– Może to i lepiej.

Vela wymamrotała pod nosem kilka przekleństw.

***

Dagr nienawidził ludzi. Jak sięgał pamięcią, nie potrafił – i nie chciał – ich rozumieć ani poznawać. Byli dla niego oddzielnym gatunkiem, w dodatku gatunkiem wyjątkowo szpetnych i szkodliwych pasożytów. Nie miał w związku z ludzkością żadnej traumy z dzieciństwa. Po prostu któregoś dnia się obudził i tak właśnie było – zresztą było to pierwsze przebudzenie, jakie w ogóle pamiętał ze swojego życia: otworzył oczy i oto narodził się Dagr grabarz. Zupełnie jakby nie istniała dalsza przeszłość – narodziny, dzieciństwo, dojrzewanie.

Inni członkowie cechu powiedzieli mu, że to normalne i tak właśnie ma być, przestał więc drążyć temat.

Okazało się jednak, że Dagr – w przeciwieństwie do pozostałych grabarzy – zupełnie nie potrafił opanować swojej niechęci do ludzi. Kiedy ktoś do niego przychodził, by ustalić warunki ceremonii pogrzebowej i wymiar zabezpieczeń, jakie należało nałożyć na zmarłego, by nie wrócił między żywych, Dagr zazwyczaj doradzał klientowi niewściubianie nosa w rzeczy, o których tamten nie ma pojęcia, przywiezienie trupa i oddalenie się w ustronne miejsce. I ludzie zazwyczaj się dostosowywali, bo wszak to był początek II Wesołej Wojny, grabarze byli potrzebni – wszyscy, niezależnie od manier.

Nikt na szczęście nie widział rozerwanych, wypatroszonych trucheł, które Dagr umieszczał w trumnach. Świat nie dowiedział się przed śmiercią o tym, że grabarz, wsłuchując się w trzask kości i zatapiając palce w mokrych, zimnych organach, wypełniał wnętrznościami trupów wiadra, które następnie niósł do piwnicy pod zakładem i ustawiał na środku podłogi. A później czekał.

Aż w końcu pojawiał się Bakar Herrera.

– Smacznego – mówił wtedy Dagr.

Wampir syczał wówczas ostrzegawczo, ale nie atakował. Nie mógł zaatakować grabarza i dobrze o tym wiedział. Taka próba mogłaby go kosztować wieczność. W końcu po to właśnie byli grabarze: żeby odbierać wieczność nieumarłym.

Bakar więc podchodził do wiadra i zaczynał jeść, a Dagr przyglądał się temu z satysfakcją. I z pewnej odległości, bo – jak u każdego z cechu – jego organizm dość gwałtownie reagował na bliskość ożywieńców.

*

Wojna jednak zmusiła grabarza do zmiany planów.

– Ludzie umierają, Herrera – oznajmił któregoś dnia, postawiwszy na podłodze wiadro.

– Tak to zazwyczaj bywa. – Z cienia pod sufitem zsunął się rozedrgany strzęp ciemności i przykucnął przy posiłku. Wśród czarnych łachmanów odcinała się bladosina, wychudła twarz i żylaste dłonie.

– Nie. Oni umierają i już niedługo nikogo tu nie będzie. Skończy się stołówka.

Bakar żuł w milczeniu i spoglądał czerwonymi ślepiami na rozmówcę.

– Więc musisz mnie stąd zabrać – stwierdził po chwili.

– Muszę?

– Sam nie dasz rady uciec.

– Dlaczego?

– Bo to ja przejdę przez klaster i ja minę straże. Ciebie rozniosłoby, zanim jeszcze postawiłbyś pierwszy krok.

– Skąd mam wiedzieć, że mnie tu nie zostawisz?

– A stąd, że kiedy już dostaniemy się do windy, to ty będziesz musiał przekonać tych na górze, żeby nas wpuścili.

*

Przekonał. Pułkownik Goizane zobaczyła potencjał w tych dwóch i postanowiła zachować ich sobie na wszelki wypadek.

A kiedy windy pękły, połączenia się urwały, a świat ostatecznie skonał, wreszcie mogła ich użyć.

***

Szary glob znikał powoli za łukowato wygiętą ścianą posterunku. Dagr, zaciskając pięści, odsunął wreszcie twarz od wizjera i westchnął. Następnie zaś poprawił cylinder i wrócił do stołu, czując narastające torsje.

– To chyba koniec – oznajmił, omiótłszy spojrzeniem szczątki Bakara.

W gruncie rzeczy odczuwał pewną satysfakcję. Nie tylko dlatego, że miały zginąć resztki ludzkości, ale też trochę dlatego, że koniec czekał też jego samego. Dagr nie był samobójcą, i jak każdy normalny człowiek unikał zadawania sobie bólu. Ale też nie widział dla siebie lepszej perspektywy niż śmierć.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Tomasz Jarząb „Wola życia”

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Nowy numer „Creatio Fantastica”
Aktualności MAT - 16 września 2018

Najnowszy numer „Creatio Fantastica”.

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!