Anna Wołosiak-Tomaszewska „Z wyrazami wdzięczności” (4)

– Ile czasu tu spędzimy?

– Odłamki poruszają się nieregularnie – odpowiedział powoli sternik. – Nie mogę przewidzieć ich torów. Aktualnie dryf w głąb obszaru. Robię, co mogę.

– Rób więcej – warknęła Goizane i skinęła na technika, który natychmiast podbiegł, by na powrót podłączyć sternika do stacji.

***

Dagr się śmiał. Śmiał się tak bardzo, jak ostatni raz wiele lat temu, gdy uwięził wampira i uznał, że może go wykorzystać o wiele lepiej, niż tak po prostu odesłać w zaświaty.

Widział wszystko przez swój wizjer: gwałtowny dryf w stronę obłoku lunarnego, zbliżający się kawałek skały, a potem bezgłośne werżnięcie się planetoidy w spłowiały od słońca bok Scudo 3. Dopiero po chwili uderzyła fala dźwięku i stacja zadrżała. Grabarz najpierw uśmiechnął się z satysfakcją, potem zaś wybuchł śmiechem.

Tyle starań, tyle strachów – wszystko daremne! Rozwiązanie było tak proste, tak oczywiste! Wlatywali coraz głębiej w obłok. Coraz więcej skalnych okruchów orało poszycie stacji. Nie było szansy, żeby sternik wyprowadził ich stąd. Teraz już nie mieli kilku miesięcy czy nawet lat – należało liczyć pozostały czas raczej w godzinach. Dniach, jeśli będą mieli bardzo dużo szczęścia.

Ostatni ludzie z Ziemi mieli zginąć zbombardowani przez Księżyc, który sami zbombardowali przed laty. Ot, taka maleńka zemsta z kosmosu.

Dagr uśmiechnął się szeroko, kiedy w stację uderzyło kilka kolejnych planetoid. Czerwone światło alarmu zalało zakład, a drzwi otworzyły się i zablokowały. Wkrótce przez wycie syren przedarł się z głośników mocny głos pułkownik Goizane:

– Zachować spokój. Skierować się do centralnych schronów. Nie podchodzić do wizjerów. Nie podejmować prób ewakuacji, nie jest możliwa. Powtarzam: zachować spokój.

Przez otwarte drzwi Dagr zobaczył, że ktoś przebiega korytarzem – najpewniej śmieciarz. Na tym poziomie chyba nikt więcej nie pracował. Grabarz poprawił cylinder, zapiął marynarkę i podszedł do stołu, gdzie zaczął układać narzędzia. Połyskiwały rubinowo w świetle alarmowych lamp. Krew w wiadrze pod stołem zdawała się niemal czarna.

– Humor dopisuje, jak widzę?

Dagr cofnął się gwałtownie i wbił zaskoczone spojrzenie w Bakara. Wampir przecierał właśnie miejsce na przedramieniu, gdzie zrosły się dwa kawałki ręki. Cienka blizna była jeszcze widoczna, ale coraz słabiej.

Czerwone ślepia bestii zdawały się niemal świecić.

– Żyjesz – grabarz bardziej stwierdził niż zapytał. Nagle pojął, dlaczego cały czas męczyły go mdłości. – Przez cały ten czas udawałeś. Żyjesz.

– Technicznie rzecz biorąc, nie za bardzo. Ale akurat ty powinieneś o tym wiedzieć najlepiej, prawda? – Bakar uśmiechnął się i usiadł na stole. – Podoba ci się?

Dagr powiódł wzrokiem za skinieniem Herrery: przez wizjer widać było kolejną dość dużą planetoidę, która dryfowała wprost na stację.

– A owszem – potwierdził grabarz.

– Nie ma za co.

Pytające spojrzenie Dagra.

– Potraktuj to jako prezent – wyjaśnił Bakar. – Świetnie nam się współpracowało, ale myślę, że czas już to skończyć.

– To twoja robota? Kiedy?! Jak?!

Wampir nonszalancko wzruszył ramionami i powiódł znużonym spojrzeniem po suficie. Zaraz jednak znów się uśmiechnął i odparł z nieskrywaną dumą:

– Oczywiście, że moja. Wiesz, kiedy tak leżałem na tym stole, zauważyłem, że macie tu na górze przewody wentylacyjne, które ciągną się przez całą wysokość stacji. Od twojego zakładu aż po sam mostek.

– Przelazłeś…?

– Skoro wreszcie na jakiś czas wypuściłeś mnie z piwnicy. – Znów wzruszenie ramion. – To nie trwało długo. Wystarczyło tylko przełączyć sternikowi parę przewodów.

– A technicy?

– Jestem wampirem. – Bakar przewrócił oczami. – Potrafię być dyskretny.

– Ale…

– Zanim zapytasz, dlaczego – przerwał kolejne pytanie Herrera – weź to. Znalazłem parę okrążeń Ziemi temu tutaj, na stole. Wiedziałeś, że mamy na stacji też innych grabarzy? Musieli się ukrywać. Nie chciałem cię martwić.

Wampir wyjął spod łachmanów okrwawioną kopertę i podał Dagrowi. Ten rzucił na nią tylko okiem. Twarz mu stężała, a wzrok zmętniał. Nie musiał otwierać, by wiedzieć, co to takiego.

Cech nie wybaczał.

– Wyrok, prawda? – zgadł Bakar.

Gravetikke skinął głową.

– Masz więc swoją egzekucję. Pomyślałem, że przyda się z tej okazji trochę fajerwerków.

Planetoida rąbnęła teraz w sam zakład pogrzebowy. Na szybie wizjera wykwitła pajęczyna pęknięć, a ściana wgięła się do środka. Nieregularna rysa zaczęła biec od podłogi ku górze. Gdzieś z sykiem ulatniało się powietrze, a odległy huk eksplozji kazał przypuszczać, że nie tylko tutaj pojawiły się kłopoty.

Dagr posłał Bakarowi pytające spojrzenie, ale wampir milczał. Zeskoczył ze stołu, podszedł do drzwi i wyjrzał na korytarz.

– Chodź – powiedział wreszcie. – Pojedźmy na wyższe piętra, popatrzymy na nich. Tutaj nikogo już nie ma, ominie nas spektakl pod tytułem „panika i umieranie”.

Grabarz, nie mogąc zdecydować, czy odczuwa zaskoczenie, satysfakcję, czy strach, ruszył za wampirem, by patrzeć, jak ostatni ludzie z Ziemi płoną na orbicie martwego globu.

 

Anna Wołosiak-Tomaszewska

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Tomasz Jarząb „Wola życia”

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”
Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Niniejsze opowiadanie to świetna okazja do zaznajomienia się z głównym bohaterem cyklu…

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!