Łukasz Sikora „Centralne Biuro Śledzenia Autorów”

Opowiadania Łukasz Sikora - 20 czerwca 2014

dla kaliope

I

Pan Mietek uważał się za wzorowego pracownika, w takim przekonaniu utwierdzały go na przykład długie lata przepracowane na budowach w całym kraju. Po przejściu na zasłużoną emeryturę nie zamierzał osiąść na laurach, dlatego chętnie skorzystał z okazji, aby zatrudnić się na pół etatu w charakterze nocnego stróża w bibliotece miejskiej. Tutaj również był doceniany, jako wybitny fachowiec, i chwalony za sumienność w wykonywaniu powierzonych obowiązków. Stróż doskonale zdawał sobie sprawę, skąd ten szacunek współpracowników. Swą nieposzlakowaną opinię zdobył dzięki wyznawanym zasadom, wśród których najważniejsza brzmiała: „żadnego alkoholu w miejscu pracy.” Od początku swej zawodowej kariery pan Mietek starał się przestrzegać zasad. Oprócz mocnego kręgosłupa moralnego ten idealny podwładny posiadał również zdrowy rozsądek, który nieomylnie podpowiadał mu, że butelka piwa do kolacji to żaden alkohol, dlatego kiedy dzienni pracownicy szacownej instytucji opuszczali jej mury, chętnie raczył się złocistym trunkiem. Pan Mietek uważał również, że żaden poważnie traktujący pracę stróż nie może pozwolić sobie na sen podczas pełnienia służby. Głęboki sen to jednak nie to samo, co króciutka drzemka, wobec czego zdarzało się, że starszy pan przymykał czasem na kwadrans zmęczone oczy.

Piątkowa noc zdawała się podobna do innych, spędzonych na doglądaniu bibliotecznych zbiorów. Kiedy tylko pan Mietek uznał, że bibliotekarze i czytelnicy rozeszli się do domów, z namaszczeniem zamknął zacinającą się zasuwkę w sporych drzwiach wejściowych i przekręcił klucz w naoliwionym zamku. Po wykonaniu tych niezbędnych procedur oddał się swemu ulubionemu zajęciu, czyli rozwiązywaniu krzyżówek, które umilał sobie, pociągając z butelki dobrze zmrożony, pieniący się płyn. Wyczerpany tymi wymagającymi czynnościami, zasnął około północy, zwieszając ciężką głowę na ramię. Sen nie przynosił jednak ukojenia, złośliwy umysł podsuwał dziwne, niezrozumiałe obrazy, wywołujące niepokój. Z męczącej drzemki wyrwał nagle pana Mietka przejmujący dźwięk, podobny do skowytu rannego zwierzęcia, osaczonego przez sforę żądnych krwi psów myśliwskich. Stróż zadrżał, zdezorientowany tak nieoczekiwanym przebudzeniem, i począł nasłuchiwać odgłosów, dobiegających z ciemnych czeluści ogromnych magazynów, wypełnionych od podłogi po dach zakurzonymi, grubymi tomami. Pan Mietek jeszcze nigdy podczas swojej pracy nie zapuszczał się nocą w labirynt korytarzy, kryjący opasłe zbiory. Nie widział takiej potrzeby. Nie mieściło mu się w głowie, że ktoś mógłby planować włamanie do biblioteki. Niedorzecznym wydawał się pomysł, aby kraść używane, bezwartościowe książki. Rozważania pana Mietka zostały przerwame przez dziwne odgłosy dobiegające z oddali, coś jakby szmery, pomieszane z dźwiękiem kapiącej wody. „To tylko zepsuty kran” – dodał sobie otuchy stróż, zapalił latarkę i raźnym krokiem ruszył w ciemność. Podążał naprzód, mijając pomieszczenia pełne pogrążonych w mroku woluminamiów, a z każdym krokiem wyraźniej słyszał niepokojące odgłosy. Dotarł wreszcie na ostatnie piętro, gdzie ulokowane były biura, i ku swemu przerażeniu dostrzegł w oddali uchylone drzwi dyrektorskiego gabinetu, zza których sączyło się blade światło. Podszedł do nich na miękkich nogach i ostrożnie zajrzał przez szparę. To, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach i wprawiło w niepomierne zdumienie. Na wysłużonym krześle, stojącym naprzeciw dyrektorskiego biurka, siedział zwalisty, umięśniony mężczyzna, odziany jedynie w skórzane, krótkie spodenki i nabijany ćwiekami pas, przewieszony przez muskularną klatkę piersiową. Obok niego, na podłodze, leżał ogromny miecz i nosząca ślady używania okrągła tarcza. Podobny do Schwarzeneggera człowiek wielkimi jak bochny dłońmi ocierał łzy płynące strumieniami z oczu, zanosząc się przy tym szlochem. Na jego stalowym, ogorzałym ramieniu spoczywała delikatna, biała dłoń dyrektorki, która z matczyną czułością podawała mu chusteczki i przemawiała łagodnym głosem. Kiedy pan Mietek zdołał wreszcie ochłonąć, zaczął z bijącym sercem przysłuchiwać się rozmowie, jaką prowadziła ta dwójka.

– Atoli powiadam Wam, dobra kobieto, iże dłużej już tego nie zdzierżę – zawodził olbrzym, nie przestając płakać – jakem Cymer z Konanii, przysięgam, że gdybym pokoju nie miłował, dawno już bym zrobił użytek ze swojego miecza.

– Nie możesz tak mówić – przemówiła łagodnie pani dyrektor.

– A on może ze mną takie sztuki wyczyniać? Ciągle perswaduję mu, że nie jestem tym, za kogo mnie ma. Wszystko jak grochem o ścianę. Gwałtem przymusza mnie do mordobicia w podrzędnych karczmach, pojedynków na miecze, palenia wiosek i bałamucenia szlachetnie urodzonych dziewic. Człowiek chciałby się wreszcie ustatkować, znaleźć kobietę, niekoniecznie księżniczkę, ale jakąś zwykłą, miłą, pracowitą dziewkę. Ilekroć jednak utnę sobie pogawędkę z samotną karczmareczką czy młodą wdówką, natychmiast zjawia się giermek, oznajmiając, że pijana straż zamkowa zakłada chomąto mojej kobyle, albo że jakowyś smok, niecierpliwiąc się przed pojedynkiem ze mną, wypalił już pół Marlborka i zapytuje, czy aby zjawię się na udeptanej ziemi, zanim umrze na raka płuc? A właśnie, giermek! To już był po prawdzie cios poniżej pasa. Czemu to mnie musiał się dostać najgorszy moczymorda i hulaka, jakiego wydała ziemia?

– Spróbuj go zrozumieć – odezwała się znowu dyrektorka – on jest tylko ofiarą stereotypów, przez lata wpajano mu, że bohater książek z gatunku fantasy musi zachowywać się w ten sposób. Obiecuję ci jednak, że napiszę do niego jeszcze raz i spróbuję wyperswadować mu taki sposób konstruowania postaci, a jeśli to nie przyniesie rezultatów, skieruję sprawę do samego ministerstwa. A teraz bądź łaskaw wrócić do książki i spokojnie czekaj na rozwój sytuacji.

Olbrzym nad wyraz zwinnym ruchem chwycił za miecz i stanął w otwartych drzwiach gabinetu. Spojrzał na zastygłego jak słup soli pana Mietka błędnym wzrokiem, pokręcił głową, i odszedł w kierunku magazynów. Nocny stróż stał nadal nieruchomo, słuchając dźwięku kroków i brzęku miecza obijającego się miarowo o betonowe schody.

Musiała minąć dłuższa chwila, zanim dyrektorce udało się uspokoić przerażonego podwładnego i przekonać go do zachowania w tajemnicy sceny, której był świadkiem. Wracając na swą cichą, bezpieczną portiernię, pan Mietek potknął się o książkę leżącą na podłodze. Podniósł ją z namaszczeniem i wolno przesylabizował napis na okładce:

NIEZWYKŁE PRZYGODY CYMERA Z KONANII.

II

– Nie chcę więcej słuchać tych pseudopoetyckich bzdur – krzyczała Akantka – klient będzie tu za dwie godziny i do tego czasu na moim biurku ma wylądować propozycja oszałamiającego, porywającego hasła reklamowego, które sprawi, że każde z nas otrzyma w pełni zasłużoną, sowitą premię kwartalną.

Kiedy Chudy odbierał dyplom ukończenia studiów polonistycznych, oczyma wyobraźni widział swój wygodny dyrektorski gabinet, z którego zarządza potężnym wydawnictwem. Tymczasem od ponad roku tkwił na stanowisku junior copywritera w niewielkiej agencji reklamowej, pracując od świtu do nocy, w zamian za kawę i obietnicę świetnych referencji. W ciągu dwóch nerwowych godzin nie był w stanie wymyślić niczego sensownego, dlatego – gdy z plikiem pomazanych kartek stanął naprzeciw poirytowanej Akantki i władczego właściciela sieci sklepów meblowych – jedyne, co zdołał wydukać, to sklecone naprędce słowa:

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”
Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Niniejsze opowiadanie to świetna okazja do zaznajomienia się z głównym bohaterem cyklu…

Hanna Karwowska „Chłopiec z XXI wieku”
Opowiadania Hanna Karwowska - 1 czerwca 2014

Od redakcji: Dziś, z okazji Dnia dziecka, mamy dla Was ciekawostkę, rarytas. Tekst został…

Jakub Bogucki „Żeglarz”
Opowiadania Jakub Bogucki - 1 października 2018

Niech mi pan na chwilę uwierzy. Zróbmy z tego taką grę… Jest…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!