Daniel Drob „Wyjątkowo szary listopad” (2)

Opowiadania Daniel Drob - 24 lipca 2017

Zgrab niewiele pamięta z dzieciństwa, ale wydaje mu się, że wtedy było normalniej. Na pewno widywało się mniej szarych ludzi, kurczaków, marszczków czy jak ich tam jeszcze naród nazywa. W ośrodku nie było co prawda wesoło, ale z drugiej strony, nie musiał tyle myśleć; żeby przeżyć, wystarczyło napinać w odpowiednim momencie mięśnie. Jeśli raz na jakiś czas pojawiał się chaos, personel przez lata wypracował metody, by sobie z nim sprawnie poradzić. Wtedy umiejętność napinania mięśni przydawała się najbardziej. „A przede wszystkim w ośrodku nie było świń, które wpadają stadem pod samochód” – pomyślał, zbliżając się do jeepa. W poprzednim życiu Zgraba nie było też wielu innych rzeczy: głodu, Michałowskiego, innych hyclów i w ogóle hyclowania. Był za to strach. Zgrab urodził się kilka lat po rozpadzie Unii, kiedy było już wiadomo, że amerykańscy naukowcy nie wymyślą niczego nowego w kwestii kurzej grypy. Zgrab pamiętał, jak w telewizji, bo była jeszcze telewizja, pokazywali chorych. Widział ich szare, pomarszczone ciała. Ciała trzydziesto-, dwudziesto-, dziesięcioletnie, ciała niezdolne do samodzielnego życia, ciała szare od urodzenia lub ciała nagle szarzejące. Bo tak działała zaraza, chyba tylko dla oswojenia się z jej paskudnością nazywana kurzą: niektórzy się z nią rodzili, inni nabywali, jeszcze inni, jak Michałowski, wyszarpywali dzięki niej kawałek władzy.

Zgrab miał czas przygotować się do zawodu. Już wtedy, w ośrodku, przed telewizorem, zastanawiał się, po co oni żyją, przeczuwał, że nic dobrego z ich istnienia nie wyniknie, już wtedy był gotowy na tę robotę. Później, po wyjściu ze schroniska dla nieletnich w Bomanowie, przemianowanego po jakimś czasie na ośrodek dla nieletnich w Bomanowie, spotkał Michałowskiego. Michałowski, jeszcze nie wójt, jeszcze nikt (ale z zadatkami na kogoś), dał mu trochę grosza za pobicie jakiegoś faceta, starszego referenta ds. gospodarki komunalnej w gminie Bomanów. Później Michałowski wygrał wybory. Zgrab nie wiedział, że to były pierwsze w Polsce wybory po 89’, w których wygrywał ten, co wiedział, kogo pobić, a nie ten, który wiedział, komu lizać tyłek. Michałowski wtedy stał się prawdziwym Michałowskim, a niejaki Piotrek, prosty, ale nie jakiś bardzo głupi chłopak, stał się Zgrabem, hyclem z papierami. Marszczków przybywało, była robota, ani dobra, ani zła, po prostu robota.

Zgrab wsiadł do samochodu i dokończył skręta. Wyłączył CB, wydłubał z nosa jakąś obrzydliwość i zasnął z nią na palcu.

Bocian przeżył, mimo że po drodze z gniazda zahaczył łbem o krawędź wiaty. Gdy Zgrab, rozbudzony hukiem, do niego podszedł, ten bezdźwięcznie otwierał i zamykał dziób, jakby ostatkiem sił próbował zaklekotać. Hycel spojrzał na jego gołą skórę, szarą, jakby ugotowaną, i spróbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widział ptaka z piórami. Jest ich coraz mniej, zwłaszcza bocianów. W pierwszych zimach epidemii widywało się ich mnóstwo, bo nie miały sił na lot do Afryki. Później zdychały, dziesiątkami, setkami. Niedługo zdechną wszystkie, bo te, co maja pióra i siłę do latania, zawsze po zimie wracają do zarazy. Zgrab nie mógł tego zrozumieć, dlatego poszedł po nóż do samochodu i zrobił krótkie ciach na długiej szyi ptaka. Zawsze tak robi, gdy nie rozumie.

Noc, a właściwie ciemny przedświt, był chłodny, nawet jak na połowę listopada. Zgrab rozpiął ortalionową kurtkę na wysokość mostka i opatulił się grubą chustą. Nie było już sensu kłaść się spać, podniósł więc maskę jeepa i kilka razy ścisnął gruszkę pompki – gdy silnik nie pracuje, ropa gdzieś spływa i trudno odpalić. Następnie uruchomił samochód i znowu dostał ataku kaszlu. Gdy mu przeszło, jeszcze raz obejrzał rozbitą przez świnie szybę. Po lewej stronie nitki pęknięcia były rzadsze, jazda z pozostawioną szybą – choć niezbyt komfortowa – była możliwa. Ta diagnoza, zwłaszcza w kontekście zimy, która zaraz nadejdzie, poprawiła Zgrabowi humor do tego stopnia, że na chwilę przestał myśleć o rzucaniu Michałowskiego marszczkom na pożarcie. Usiadł za kierownicą i ruszył w stronę Dołów.

Lubił tę osadę. W jego rewirze, który składał się aż z pięciu dużych wsi, Doły były właściwie jedynym miejscem, gdzie niemal zawsze znalazł się ktoś szary do wyłowienia. Trudniej było radzić sobie z upartymi mieszkańcami, ale Zgrab zawsze ich przekonywał. Jak nie pałką, to pistoletem. Jeśli gdzieś rzeczywiście istnieje jakaś partyzantka, to tylko w tym sołectwie, cichym, ukrytym między drzewami skupisku domów i chat, w większości pustych.

Droga prowadząca do lasu była w całkiem niezłym stanie. Dopiero kilkaset metrów przed pierwszymi drzewami zaczynała się rozpadać; dziury gęstniały i pogłębiały się z każdym metrem, ominięcie wszystkich stawało się niemożliwe. Zgrab zwolnił do 10 km/h, samochód toczył się z wolna, podskakując co rusz na ubytkach. W końcu skręcił w polną ścieżkę, która otaczała las, i zatrzymał jeepa za niewielkim zagajnikiem na środku pola. Wyjął ze schowka dwa zapasowe papierosy i pistolet, wrzucił do swojego plecaka na jednej szelce. Nóż już w nim leżał.

Zgrab przedarł się przez pierwsze chaszcze, minął pierwsze drzewa, po czym zastygł w bezruchu, aby rozeznać się w terenie. Najbezpieczniejsza, ale i bodaj najdłuższa droga wiodła wzdłuż wysokiej skarpy, przecinającej sporą połać ziemi na północy lasu. Wieśniacy zwykle się tam nie pojawiali; niewiele rosło tam drzew, które można by było wyrąbać na opał, niewiele było owocowych krzewów i grzybów, rzadko też widywano w tej części lasu zwierzynę. Zgrab szedł najciszej, jak potrafił. Po latach spędzonych na stawianiu buciorów tam, gdzie  go nie chcą, wiedział, jak ważne jest zaskoczenie. I mimo tych przepracowanych lat nadal był pod wrażeniem sprytu wieśniaków, którzy potrafili organizować skrytki pod ziemią, w ścianach domu, w kominach, psich budach, śmietnikach i szambach. Umieli też bardzo szybko reagować, gdy tylko usłyszeli bądź zobaczyli cokolwiek, co nie należało do ich codziennego krajobrazu.

Hycel miał przed sobą jeszcze ponad kilometr marszu, musiał trochę przyspieszyć. Nie miał planu, co zrobi, gdy już będzie w wiosce, ale zwykle tak jest, że się nie planuje. Po prostu się wchodzi: do mieszkania, do pokoju, do piwnicy, a później samo jakoś leci: zrywa się podłogę, rozbija ścianę, łapie pomarszczone, szare ręce, ogłusza, czasem się strzela na miejscu. I się odchodzi, zostawiając krzyk, głośny i niezrozumiały. Po co? Za czym oni się tak drą? — zastanawiał się i im dłużej wyławiał, neutralizował, sprzątał, tym trudniejsze wydawało mu się znalezienie odpowiedzi na to pytanie.

Dom sołtysa Dołów – Kołodziejskiego, Kołodzieja, Kołodziejczaka, Zgrab nie mógł sobie przypomnieć nazwiska – stał przy głównej drodze, będącej przedłużeniem popękanej szosy, po której wcześniej toczył się jeepem. Obok sołtysowej posiadłości stały tu jeszcze dwa inne, nowsze i brzydsze, postawione nie dawniej niż pięć lat temu budynki. Budowniczowie tych surowych, pustakowych brył-straszydeł rysowali projekty kredą na dyktach, albo w ogóle się projektami nie przejmowali. Dom, za którym stał Zgrab, składał się z wystających we wszystkie kierunki klocków, można było się domyślić, że każdy z nich jest oddzielnym pomieszczeniem. Hycel rozejrzał się po okolicy i szybkim krokiem podszedł do furtki bez zamka. W głębi podwórka, po prawej stronie, stała drewniana komórka, z której dochodził dźwięk uruchomionej szlifierki. Zgrab bez pukania otworzył drzwi. Szlifierka ucichła.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!