Daniel Drob „Wyjątkowo szary listopad” (3)

Opowiadania Daniel Drob - 24 lipca 2017

Sołtys Kołodziej (Zgrab przypomniał sobie nazwisko, gdy zobaczył jego łysą głowę i kolczyk w nosie) upierał się, że nie widział i najprawdopodobniej nie ma w Dołach żadnych szarych, może gdzie indziej, za lasem, w Lipowie, tam przecież ich zawsze było najwięcej, ale nie tutaj. Obaj wiedzieli, jak to się skończy. Kołodziej w głębi duszy nie wierzył, że kłamstwa cokolwiek dadzą, chciał jedynie „zrobić, co trzeba”, uspokoić sumienie, być trochę mniejszą gnidą niż w rzeczywistości. By przyspieszyć jego gadaninę, Zgrab włączył zamontowaną na drewnianym blacie szlifierkę i przystawił do wirującego kamienia stalowy płaskownik, nad którym wcześniej pracował sołtys. Iskry obficie sypały w Kołodzieja.

– Gospodarstwo przy wyjeździe z lasu, w stronę Bomanowa Kolonii, rodzina Polaków – wydukał po chwili.

– Jeszcze jedna sprawa – hycel nie przestawał szlifować kawałka stali. – Ten facet z psami, wysoki, chudy, mieszkał kiedyś w starym młynie razem z innymi, wiesz który, gdzie go znajdę?

­– Przecież już dwa lata będzie, jak wyjechał.

– Zostawił psy, dwa owczarki, to razem 8 łap i dwa pyski. Dużo kłów i pazurów, masz rację, same mogły podpierdolić kasę z poczty.

– Dobra, mi też on nie pasuje. Ludzie czasem go widzą, jak łazi to tu, to tam, na targu czasami, ktoś widział, jak z Warszawy jechał busem, innym razem miał chodzić po lesie, grzyby zbierał, ma ponoć na rękach tatuaż kółka zakreślonego, wiesz, insurgenci i takie tam. Różnie gadają. Niektórzy mówią, że tego dnia na poczcie nie było nikogo z gardy, inni, że wszystkich przekupił i gdy przyszło co do czego, wyszli sobie zapalić, ale to akurat ty powinieneś lepiej wiedzieć. Nie wiem, gdzie jest, ale na pewno nie mieszka u nas, mówią, że wrócił żeby zrobić interesy…

– I rozjebał pocztę?

– A to nie tak się w naszych czasach robi interesy?

Zgrab wyszedł z komórki i zapalił papierosa. W sprawie poczty nie dowiedział się niczego, do czego sam by nie doszedł, ale przynajmniej pojawiła się szansa na jakiś odłów, dzień mógł być jeszcze udany. Hycel doskonale wiedział, o jakim domu mówił Kołodziej. Dom bogatych gospodarzy, parterowy, z nową elewacją i ładnym płotem. I zapewne ładnymi wnętrzami, które fajnie by było zniszczyć.

Na pukanie nikt nie odpowiedział. Zgrab wyciągnął z plecaka pistolet i włożył do wewnętrznej kieszeni kurtki, kurtkę zostawił rozpiętą. Krzyknął raz, drugi, ale dalej cisza. Okrążył dom, z tyłu znajdował się niewielki garaż z bramą. Za nim widać było zarastającą ugór wysoką trawę, w oddali zaś sterczały drzewa, skupione na wyspie pośród niczego. Zgrab wrócił przed dom i kamieniem rozbił szybę na parterze. Kolejną. Sporo już tych szyb w życiu porozbijał, pewnie więcej niż czaszek.

Szybko omiótł wzrokiem pierwsze pomieszczenie, pełniące zapewne funkcję salonu. Następnie obejrzał resztę: dwa mniejsze pokoje, kuchnię i łazienkę. Nikogo nigdzie, żadnych oznak pośpiesznego zbierania najważniejszych rzeczy. Zgrab wrócił do salonu. Na podłodze, przed regałem z książkami, leżało zdjęcie właścicieli, między mamą i tatą syn, obok choinka, na stole ładne talerze, wszystko wigilijne, łącznie z uśmiechami.

Po prawej stronie, na podłodze przed regałem, leżały dwie grube książki, które ktoś musiał specjalnie lub przypadkowo zrzucić z półki. Hycel spróbował przesunąć mebel, ale okazał się zbyt ciężki, przewrócił go więc na bok. Gdy tylko regał z hukiem uderzył o podłogę, Zgrab usłyszał za sobą jakiś ruch. W ostatniej chwili odwrócił się i nóż opadł na jego lewe ramię, nie zaś na plecy lub szyję. Hycel odruchowo uderzył mężczyznę prawym sierpowym, sięgnął po pistolet i trzykrotnie do niego strzelił. Jedna kula trafiła w serce, druga tuż obok, trzecia wbiła się w parkiet. Mężczyzna był postawny, miał około metr osiemdziesiąt wzrostu i szerokie ramiona, czarne, bujne włosy odstawały we wszystkie strony, jakby dopiero co wstał z łóżka. Jego martwa twarz była nastoletnio wręcz przerażona. Zgrab wychylił głowę z pokoju, drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Poruszał nimi, zawiasy były dobrze nasmarowane, nie wydały nawet skrzypnięcia. W miejscu wywróconego regału znajdowały się trzy grube listwy, po ich zdjęciu Zgrab ujrzał ciemną, wiodącą w dół sztolnię. Wszystko jasne, po to robili remont.

Zobaczyli mnie przez okno i wskoczyli do tunelu, rekonstruował hycel, czołgali się w ścisku, widocznie marszczek jest jeszcze dosyć sprawny, zapewne kilka metrów za garażem, w najbardziej zarośniętym miejscu, wyszli na powierzchnię i pobiegli w stronę lasu, albo do sąsiadów. Tylko głupi facet wrócił, żeby mnie zatrzymać.

Zgrab wolnym krokiem poszedł na tył podwórka i stanął przy magazynie. Na polu, pośród wysokich traw, dostrzegł biegnącą w stronę zagajnika kobietę. Była ubrana bardzo po polsku: biało na górze i czerwono na dole, ale w naszych czasach to skojarzenie jest mniej oczywiste. Hycel nikogo obok biegnącej flagi nie widział, a przecież ktoś być musiał, po co sama by uciekała. Gdy szedł w jej stronę, przypomniała mu się scena z jakiegoś starego filmu wojennego, który dawno temu oglądał w ośrodku. Amerykański żołnierz strzela z helikoptera do jakichś Wietnamczyków, Chińczyków, czy kogoś tam (mieli w każdym razie te śmieszne okrągłe kapelusze z delikatnym stożkiem), żółtki padają jak muchy, sekwencja strzelania trwa wręcz niefilmowo długo. W pewnym momencie inny żołnierz pyta: jak możesz zabijać kobiety i dzieci? A tamten, z ogromnym karabinem na stojaku i szerokim uśmiechem na gębie, mówi na to: to proste, wolniej biegają!

I gdy biało-czerwona kobieta wbiegła między drzewa, Zgrab wiedział, że bez problemu może ją dogonić, bo przecież kobiety wolniej biegają, ale ostatecznie nie ją chciał złapać. Szedł więc spokojnie przez pole i, tak jak przeczuwał, po kilkudziesięciu krokach od garażu znalazł wyjście z tunelu, zakryte klapą z desek i blachy. Po odrzuceniu włazu zobaczył pomarszczoną skórę głowy kucającego w podkopie chłopaka. Wyciągnął go za ramiona. Trudno było określić, ile ma lat, ale – sądząc po wzroście i wieku rodziców – nie miał więcej niż 14. Musiał zachorować niedawno, wyglądał, jakby rozumiał, co się dzieje, z jego zamglonych oczu wyzierał strach, przez co jeszcze bardziej przypominał ojca.

Marszczek, choć z dużym opóźnieniem, reagował na ruchy hycla, który, po wyciągnięciu go na powierzchnię, szturchnięciami wskazywał kierunek, w jakim mają iść. Doszli tak razem prawie do garażu, gdy w pewnym momencie Zgrab usłyszał za plecami stawiane w pospiechu kroki i krzyk. – Co wy robicie, kurwa, zwierzęta!

Kobieta podbiegła do niego i zaczęła bić zaciśniętymi pięściami po twarzy, hycel złapał ją i odepchnął. Zawsze to samo, pomyślał, oni nigdy nie zrozumieją.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!