Daniel Drob „Wyjątkowo szary listopad”

Opowiadania Daniel Drob - 24 lipca 2017

Minął stary kościół i niszczony przez czas cmentarz. Bo tutaj nawet mogiły umierały. Mimo nocy wyłączył światła samochodu i powoli toczył się między domami. Zatrzymał się przy niewielkim kościele, zgasił silnik i wysiadł. Zapalił latarkę i wszedł do dawnej świątyni. Po białej farbie na ścianach pozostały jedynie postrzępione plamy, marmurowy ołtarz już dawno został rozkradziony, wszystko inne zresztą też. Na wszelki wypadek sprawdził wszystkie wnęki, zajrzał nawet do zakrystii, ale nigdzie nie leżał choćby jeden. Podobny rezultat dało obejrzenie pozostałych pustostanów. Nie sprawdzał dokładnie, zaglądał jedynie na partery – szaraki same nie wspięłyby się po schodach. Po kwadransie bezowocnych poszukiwań do pełnego rekonesansu pozostało jedynie sprawdzenie starego młyna.

Dwuskrzydłowa, zmurszała brama była zamknięta na kłódkę. Zgrab kilkoma kopniakami zrobił dziurę pod łańcuchem, prześlizgnął się do środka i stanął nieruchomo. Po prawej stronie usłyszał wilgotne, kojarzące się z fizjologicznymi wydzielinami dźwięki. Skierował tam światło latarki i ujrzał pięć szarych ciał, trzy spośród nich się nie ruszały, czwarte, znajdujące się najdalej w głębi hali, leżało na plecach i flegmatycznie majtało głową od ramienia do ramienia. Ostatni z marszczków pełzł na czworakach w stronę światła. Hycel nigdy czegoś takiego nie widział, szare ciało wydawało się twarde od mięśni, na skroniach intensywnie pulsowały żyły, a z sinych ust na murowaną posadzkę spływały gęste nici białych glutów. Pod ciężką mazią dało się dostrzec powykrzywiane żółte zęby, palce zaś były zakończone przerośniętymi, grubymi paznokciami. W pierwszej chwil Zgrab chciał go od razu zastrzelić, żeby zaoszczędzić sobie kłopotu, ale przypomniał sobie o wznowieniu badań. Taki odłów to na pewno kilka dodatkowych złotych, może nawet dostanie awans, może jakiś kąt w gminie. Minął pełznącego marszczka szerokim łukiem i poszedł przyjrzeć się pozostałym. Mimo kurzej grypy można było zauważyć w szarości ich twarzy pewne podobieństwa: płaskie kości policzkowe, małe, wąskie oczy i spiczaste, dziobowate nosy. Zgrab nigdy jeszcze nie odławiał całej rodziny.

Z nieba nie spadli i nie zamknęli się w opuszczonym młynie, nie przypełzli tu nie wiadomo skąd, nie są jakimiś kloszardami, którzy z dnia na dzień zachorowali. Zgrab to wszystko wiedział, dlatego, wracając do jeepa, rozglądał się na boki i nasłuchiwał.

Po złożeniu tylnych siedzeń zajechał pod młyn. Nie wyłączając silnika, wysiadł z samochodu. Z bagażnika wyjął kawałek liny i poliestrowe, wzmacniane silikonem rękawice, bardzo je lubił, dobrze się w nich chwytało. Przed wejściem do młyna zaplótł na końcach sznura dwie pętle. Ogłuszył zażywnego marszczka dwoma kopniakami w twarz, dzięki czemu związanie go nie było specjalnie trudne. Gorzej z przeniesieniem do samochodu – hycel poddał się po kilku próbach i przeciągnął półżywego po ziemi. Gdy wracał po resztę rodziny, przed bramą zobaczył bladoczerwone plamy. Skóra marszczka musiała rozedrzeć się na chropowatych krawędziach dziury.

Po zapakowaniu wszystkich usiadł szybko za kierownicą, włożył bieg i wcisnął gaz do oporu. Działał szybko, uciekał. Nie przed martwym osiedlem, martwe osiedla nigdy nie znajdowały się na liście jego lęków, bo przecież nie ma sensu bać się rzeczy martwych. Ale w tej ciemności za młynem, gęstej i cichej, kryło się coś gorszego, coś w ruchu, coś żyjącego, a życie w naszych czasach bywa niepokojące.

W naszych czasach boisz się przede wszystkim gwałtowności, dynamiki, ludzi, którzy biegną i krzyczą, naturalna jest cisza i niespieszny spacer, bać się należy wyskoków i zmiennych. Zgrab to rozumiał i zrozumiał jeszcze lepiej, gdy ujrzał płonący budynek schroniska. Kwaśny dym był wyczuwalny już przy dawnym markecie z poszarzałą biedronką w czarne kropki nad wejściem. Zatrzymał się kilkanaście metrów przed punktem odbioru i uważnie przyjrzał się czerwonym od ognia murom. Jeszcze nie zgliszczom, ale już prawie, już za chwilę. Wrócił do samochodu i włączył CB. ­– Pewnie już czujecie. Schronisko się pali – powiedział. – Mam tych szarych z młyna. Gdzie ich zawieźć?

Gdy nikt nie odpowiedział, Zgrab jeszcze kilka razy powiedział do słuchawki o pożarze. Wreszcie, ku jego zaskoczeniu, głośnik radia zaszumiał i przemówił głosem Michałowskiego. – Jesteś przy schronisku? Odezwij się. Jesteś tam? Nigdzie się nie ruszaj, za chwilę będę – głos wójta był niespokojny. Zgrab potrafił poznać, kiedy szef gminy dostaje szału. Słowa, które z niego wychodziły w chwilach wzburzenia, łamały się, pękały w połowie, czasem nawet w jednej trzeciej, bo gęba i język nie nadążały przetwarzać myśli.

Gdy Saab 9 zatrzymał się na placu, nie było już czego oglądać. Wójt przechadzał się nerwowo wzdłuż siatki ogradzającej punkt przyjmowania chorych, zerkając co chwilę to na Zgraba, to na marszczków leżących w samochodzie.

– Daj mi fajkę – powiedział w końcu. Zgrab sięgnął po Słownik terminów technicznych, urwał kawałek strony z definicją mechanizmu różnicowego i skręcił z niego dwa papierosy. – Jak trudne może być złapanie faceta ganiającego z dwoma psami, powiedz mi?  – Michałowski wypuścił z ust długi sopel dymu. – On próbuje nas całkiem rozpierdolić, rozumiesz, Zgrabciu? za chwilę podpali całą gminę, razem ze mną i z tobą, jak będziesz sobie smacznie spał w swoim jeepie.

Zgrab milczał, ale Michałowski mówił dalej. – Rozumiesz, że on próbuje burzyć porządek? Porządek, nad którym obaj tyle pracowaliśmy! Pamiętasz, co tu się działo dwadzieścia lat temu, jak wyszedłeś z bidula? Chcesz, żeby znowu żywe trupy łaziły po mieście, żeby ci głupi ludzie ich karmili? Żeby zdrowe chłopaki, jak ty, nie znały smaku mięsa, podczas gdy organizmy produkujące tylko flegmę i żółte gówno karmi się tonami wieprzowiny? Ten chuj nie napadł na pocztę bez powodu, wiesz? On nie działa sam z siebie, może rzeczywiście ma nam za złe pewne sprawy, ale to jedynie służy wzmożeniu jego zaangażowania, nadążasz? Za nim ktoś po prostu stoi!

Zgrab nadążał, ale nie obchodziło go myślenie globalne, Zgrab chciał tylko dotrzeć do psiarza i go zlikwidować. Miał w dupie tło, postacie za nim stojące. Nie znał ich, nie mógł ich zobaczyć, dotknąć i przetrącić. Psiarza mógł.

– Jedź do Olbrzyma, może się tutaj nie spalił. Marszczków rzuć gdziekolwiek, daleko nie uciekną – powiedział wójt i strzelił papierosem w rozświetloną pożarem noc. Po otwarciu drzwi samochodu zatrzymał się i spojrzał przez ramię. – A tak w ogóle, co ci się stało z przednią szybą, Zgrabciu? To samochód gminy.

Zgrab włożył ręce do kieszeni i obrócił się, by spojrzeć na popękaną szybę. Był już przyzwyczajony do pajęczyny, więc dopiero po kilku sekundach zrozumiał, o co chodzi wójtowi. – To przez świnie, wbiegły na drogę jak wściekłe, może jakaś jeszcze tam leży, gdybyś chciał mięso.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!