Daniel Drob „Wyjątkowo szary listopad”

Opowiadania Daniel Drob - 24 lipca 2017

Michałowski pokręcił głową na niesmaczny żart hycla – sam sobie jedz chore świnie – i wsiadł do czarnego Saaba. Zgrab poczekał, aż wójt odjedzie, i włączył silnik.

Zatrzymał się pod marketem ze zszarzałą biedronką w szyldzie i wciągnął ciała do sklepowej hali. Dziurę po niegdyś rozsuwanych, a dzisiaj na wieczność już rozsuniętych drzwiach zastawił na wszelki wypadek sklepowym regałem.

Michał, czyli Olbrzym, mieszkał w zdezelowanym kamperze na betonowym placu po instytucji, którą dawno temu, w starożytności, nazywano gminną spółdzielnią. Dzisiaj nazywa się to miejsce płytą i poza przyczepą Michała i kilkoma białymi ścianami po budynkach GieEsu nie ma tutaj niczego. Od czasu do czasu tylko, gdy są Dni Bomanowa albo inny festyn i pogoda dopisuje, Michałowski organizuje na płycie jakieś spotkanie z mieszkańcami. Wtedy przyczepę Olbrzyma przeciąga się na brzeg, pod stary kontener na śmieci, rozkłada się drewniany podest, ławy, stoliki i się pije, co kto przyniesie. W dni powszednie jednak na środku placu stoi zawsze stary, amerykański, oblepiony blachą w różnych miejscach dom na kółkach, w którego drzwi, również wzmocnione płatem blachy, walił właśnie Zgrab.

Głuche echo rozbrzmiewało na placu, ale w okienku przyczepy nie zapalało się światło, wewnątrz nie było też słychać żadnego ruchu. Hycel walnął jeszcze kilka razy i już miał odejść, gdy wreszcie usłyszał skrzypienie sprężyn materaca. W końcu drzwi się otworzyły.

– Zgrab, do kurwy nędzy, co tak tłuczesz? – głowa Michała kiwała się na elastycznym od wódki karku, trzymająca klamkę ręka co chwilę uginała się w łokciu i prostowała, aż w pewnym momencie całkiem się ześlizgnęła i pacnęła o udo. Zgrab czuł, że w tej przyczepie coś jest nie tak. Przeczuwał, że jest inaczej, niż widział to wcześniej, w sobie, snując scenariusze. Bo zawsze przecież snuje się scenariusze tego, co będzie. Przeczuwanie to ciekawe zjawisko, zwłaszcza w naszych czasach, zwłaszcza u takich ludzi jak Zgrab.

W naszych czasach przeczucie stoi bardzo blisko analizy, to właściwie analizowanie chwili. Ma może o jedną niewiadomą więcej i mieści się w czasie mniejszym niż pięć sekund, ale dla tych, którzy mimo wszystko teraz żyją, przeczucie to jedyne, dzięki czemu przetrwali. Zgrab analizowania chwili, czyli przeczuwania, nauczył się w ośrodku. Olbrzym i Michałowski nauczyli się tego gdzie indziej, ale gdzieś musieli, bo wszyscy, którym udało się w naszych czasach przeżyć więcej niż 15 lat, wcześniej przyswoili analizowanie chwili. W ciągu niespełna pięciu sekund hycel przeanalizował sytuację. Michał był zalany w pestkę, ale to nie wódkę dało się wyczuć. Jego dżinsowa koszula śmierdziała benzyną. Hycel wepchnął go szybko do przyczepy, zerknął w prawo, potem w lewo, zajrzał za stojącą obok szafkę, otworzył ją, następnie otworzył pozostałe, w końcu zerwał z łóżka materac. Pod gołymi sprężynami leżał blaszany kanister oraz plastikowa, pięciolitrowa bańka. Jedno i drugie puste. Zgrab wyciągnął kanister i z wyczuciem uderzył pracownika schroniska w twarz. Jego głowa odskoczyła, hycel złapał go za koszulę i cisnął nim o ścianę. Gdy zamroczony Michał upadł na podłogę, Zgrab przyciągnął jego pijane truchło do wejścia, położył nogę między drzwiami a ścianą przyczepy, aby kolano dotykało futryny, i z całej siły szarpnął drzwiami do wewnątrz. Powtórzył to jeszcze dwa razy. Za trzecim coś chrupnęło, Olbrzym ryknął, Zgrab delikatnie nacisnął butem jego kolano. – Masz fajki? – zapytał spokojnie, a gdy nie usłyszał odpowiedzi, mocniej docisnął podeszwę. Michał, skamląc, machnął ręką w stronę plastikowego stolika przy łóżku. Zgrab wziął z niego kilka zrobionych w maszynce papierosów i przysunął krzesło bliżej Olbrzyma. W tym czasie Michał próbował się podnieść, ale ból, rozchodzący się gorącą falą po nodze, skutecznie trzymał go w parterze.

– No, mów – zaczął hycel. – Jak było z tą pocztą? Dlaczego garda wiejska go nie zatrzymała?

– Zgrab, proszę, daj mi wódki, butelka jest obok łóżka, daj się napić, to pogadamy – ciężka, spocona głowa Michała leżała na podłodze, gdy mówił, nawet nie próbował jej podnieść. Hycel przelał do szklanki połowę zawartości butelki, resztę postawił przed gębą Olbrzyma. Następnie, gdy Olbrzym z trudem próbował się napić, jeszcze raz przejrzał sklejkowe półki, którymi zabudowany był kamper. Na jednej z nich znalazł kopertę ze złożoną na pół kartką. Na jednej stronie wydrukowane zostało koło przekreślone poziomą kreską – symbol Insurgentów Nowej Rzeczypospolitej. Ciekawsza wydała się Zgrabowi druga strona kartki, z tekstem umowy, napisanym w podniosłym niczym przysięga stylu i podpisanym czytelnie przez Olbrzyma.

­− Już całe pół roku wiernie służysz tym świrom – powiedział, siadając na krześle. – Czemu napadliście pocztę? Co tam było?

− Na nic nie napadałem.

Zgrab delikatnie oparł but o nogę Olbrzyma. – I tak w końcu powiesz.

− To mówię, mówię, co wiem, a wiem, że na nic nie napadałem.

Zgrab bardzo szybko tracił cierpliwość. W naszych czasach brak cierpliwości jest dosyć powszechny. Ci, co nie wiedzą, ile pożyją, zawsze są niecierpliwi.

− A psiarz?

− Pytaj psiarza.

Hycel mocno nastąpił na nogę Olbrzyma i przytrzymał tak kilka sekund. Olbrzym boleśnie stękał, ślina i flegma z nosa oklejały mu policzek i brodę. Gdy po kilku głębszych wdechach ból trochę zelżał, zaczął mówić.

− Miał przyjść jakiś okólnik z Warszawy, psiarz nie chciał, żeby wójt go dostał…

− Bzdura. Warszawa wysyłała pisma przez swoich gońców bezpośrednio do gminy.

− Zwykle tak, ale nie teraz, nie wiem, dlaczego, może nie mieli sił przerobowych? Mówię, co słyszałem od psiarza.

− Co było w tym okólniku?

− Wytyczne, żeby problem z chorymi rozwiązywać samemu.

− Co to znaczy?

− No kurwa, nie wiesz? Żeby każda gmina wykopała sobie gdzieś w lesie wykurwisty dół, wrzuciła tam szarych i zasypała wapnem i ziemią. Nie tak jak teraz.

− A co wam to za różnica?

Olbrzym długo nic nie mówił, ale Zgrab tym razem go nie dociskał. Zapalił jeszcze jednego papierosa i wziął łyk wódki. Rozejrzał się za czymś do jedzenia. Na podłodze leżał kawałek starego chleba zawinięty w papier. Pożarł go dwoma kęsami.

− Taka różnica, że wasz system jest zły, wy jesteście źli – wystękał w końcu Olbrzym. – Wy nie rozumiecie, że ktoś kiedyś w końcu znajdzie na to lekarstwo, ktoś musi znaleźć, bo przecież ta kara boża nie będzie trwała wiecznie, bo Bóg nie pozwoli, by trwała. Zrozum: ty, Michałowski i reszta waszej bandy niech zrozumie, że naturalnie to wy powinniście być odstrzeliwani, my powinniśmy was tępić, nie odwrotnie. Tak było zawsze, tylko ty o tym nie wiesz, bo nie czytałeś i nie słuchałeś tego, kogo należało słuchać. Nie wiesz, jak było kiedyś.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!