Daniel Drob „Wyjątkowo szary listopad”

Opowiadania Daniel Drob - 24 lipca 2017

– Chcę się do was przyłączyć – powiedział drżącym głosem.

– Do kogo?

– Do was, do ciebie.

– Nie rozumiem. Do jakich nas?

– Chcę zajebać Michałowskiego, mogę to zrobić tak, że nikt was z tym nie powiąże.

– Sam mogę to zrobić.

Zgrab zerknął w prawo, marszczek, do tej pory znieruchomiały, podszedł bliżej. Nie bał się już tego groźnie wyglądającego mężczyzny, który go gonił.

– Nie możesz, wszyscy by wiedzieli, że to ty – powiedział Zgrab. –  Za bardzo ci zależy na kumplach w Warszawie, wiem, że masz tam plecy, wszyscy wiedzą. Jakby się dowiedzieli, że zaciukałeś szefa dużej gminy, nikt by cię nie bronił, poszedłbyś wisieć. Przecież już dawno byś to zrobił, gdybyś mógł.

Psiarz cofnął się o krok, ale nie schował broni. Zgrab nie łudził się, że mu uwierzy, a z drugiej strony, czemu właściwie miałby mu nie wierzyć? Wszystko, co mówił, było prawdą. Prawie.

– Dlaczego miałbyś go zabić?

– Żeby wejść na jego miejsce.

Młody pracownik gminy, którego imienia Zgrab nie pamiętał, mieszkał z rodziną w opustoszałym, dużym domu obok silosów, do których późnym latem sypie się rzepak i zboże. Pracę skończył pół godziny temu i już powinien wrócić, ale Zgrab nikogo nie dostrzegał na horyzoncie. Zaczął się obawiać, że ciota pojechała do wójta, w takim wypadku cały plan wziąłby w łeb. W końcu w oddali pojawił się jakiś niewyraźny kształt z rękami i nogami. Młody urzędnik minął furtkę i wszedł do domu. Po kilku minutach na piętrze zapaliło się światło i zgasło po kwadransie. Choć było zimno, hycel odczekał jeszcze godzinę. Była dziesiąta, miał nadzieję, że o tej porze chłopak już śpi. Wrócił do jeepa i ruszył w stronę rogatki.

Zaparkował przy nieczynnych torach, na wysokości wygiętego semafora. Wyrwał kartkę ze Słownika terminów technicznych, skręcił dwa papierosy i spalił je jeden po drugim. Zerknął na zegarek, jeszcze godzina. Za godzinę psiarz będzie w Warszawskim Magistracie Centralnym, z marynarką zamiast wytartej skórzanej kurty i z psami na smyczy, a nie, tak jak zwykle, przy nodze, nawet bez obroży. W magistracie razem z jakimś urzędasem usiądzie w kawiarni. Porozmawiają o marszczkach, polityce i Bomanowie. W tym czasie Zgrab pokanceruje Michałowskiego.

Gdy zegarek wskazywał jedenastą, hycel wysiadł z samochodu i przeszedł kilkanaście metrów wzdłuż torów. Następnie minął dwie zapadnięte chałupy i skręcił w lewo. Stanął przy chatce dróżnika i przyjrzał się mieszkaniu Michałowskiego. Światło paliło się w jednym pokoju na parterze, Zgrab wiedział, że jego kochanek, męska dziwka, którą przyprowadził kiedyś do Bomanowa z jakiejś podlubelskiej przydrożnej mordowni, przychodzi w inne dni i teraz wójt jest zapewne sam. Nikt inny go nie odwiedzał, bo niby po co go odwiedzać?

Zgrab przez kilkanaście minut stał przy chatce dróżnika i wpatrywał się w okno. Jeszcze raz sprawdził, czy wziął wszystko, co miał wziąć: nóż, pistolet, papieros, i ruszył w stronę domu wójta. Po drodze ponownie zerknął na zegarek, było sześć minut po dziesiątej. Siedem, gdy zapukał do drzwi. Pociągła i stara twarz Edmunda Michałowskiego najpierw spięła się w zdziwieniu i szybko rozluźniła, gdy Zgrab powiedział, że ma dobre nowiny. – Mogę wejść?

Wójt nastawił czajnik, do dwóch kubków wsypał trochę ususzonych ziół zebranych w lecie. Herbatą częstował ostatnio, starczy, niełatwo ją dostać w naszych czasach.

– Załatwiłeś? – zapytał wójt, nie odwracając się od blatu.

– Tak, leży w jeepie.

Michałowski głośno odetchnął i odwrócił się, trzymając w dłoniach kubki z wywarem. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, Zgrab zauważył, że znowu ułamała mu się proteza zęba.

– Świetnie, mówiłem, że zrobisz to najlepiej. Jutro przyjdź do gminy po kasę.

– Muszę się odlać – powiedział Zgrab i wstając, strącił kubek z gorącym płynem. Kubek stłukł się na podłodze. – Trudno, nic się nie stało, zaraz wytrę.

Dziurawy uśmiech nie schodził wójtowi z ust. Gdy nie znalazł szmatki w kuchni, wszedł do drugiego pokoju. W tym czasie hycel otworzył jedną z szuflad – pamiętał, gdzie wójt trzyma przybory kuchenne – i spomiędzy łyżek i widelców wyciągnął szeroki nóż do mięsa. Michałowski nawet nie zdążył się zorientować w sytuacji, ostrze niemal całe zniknęło w jego brzuchu. Zgrab trzykrotnie ponowił uderzenie, mocniej i szybciej, a następnie dźgnął go w krocze. Skończył, robiąc dużą szparę w szyi. Krew była na każdej szafce, kubku i widelcu, na każdym centymetrze kwadratowym przestrzeni. Dokładnie tak, jak to sobie wyobrażał.

Gdy wychodził, spojrzał jeszcze na twarz Michałowskiego – nie uśmiechała się już dziurawo, ale nadal była spięta. Jego dłoń ciągle ściskała szmatkę z podartej koszuli. Zupełnie jakby chciał wytrzeć kuchnię.

Zgrab polał zakrwawione ciuchy benzyną i rzucił w tlące się jeszcze zgliszcza schroniska dla marszczków. Następnie zdrzemnął się około godziny i wstał, by szybko wypełnić raport z poprzednich akcji, w razie gdyby ktoś chciał go sprawdzić.

  1. Mężczyzna, lat ok. 45, ok. 180 cm wzrostu, włosy ciemne, cera jasna, konieczne było trwałe unieszkodliwienie podczas próby odłowu chorego.
  2. Mężczyzna, lat ok. 50, ok. 190 cm wzrostu, włosy ciemne, cera jasna, pracownik opłacany przez gminę, udowodnione: sabotaż, szkodnictwo, utrudnianie śledztwa, atak na funkcjonariusza publicznego, udokumentowania współpraca z nielegalną organizacją, trwałe unieszkodliwienie podczas obrony własnej ww. funkcjonariusza.

Po spisaniu raportu zapalił papierosa i jeszcze raz powtórzył w głowie plan. Młody pracownik gminy, którego imienia Zgrab nie pamięta, zaczyna pracę o ósmej, Michałowski zwykle przychodzi około dziewiątej. Gdy nie zjawi się o tej porze, młody zacznie się zastanawiać, co jest grane. Jeśli nie będzie miał pilnych spraw, nie przyjdzie do wójta wcześniej niż o dziesiątej, ale gdyby coś wymagało pilnej rozmowy, zapuka do niego chwilę po dziewiątej. Czyli najbezpieczniejszy wariant to czas między ósmą a dziewiątą. Młody ma blisko, nie wyjdzie z domu wcześniej niż wpół do ósmej. U niego wszystko potrwa chwilę, nóż można zostawić gdziekolwiek, z tyłu ma drewutnię, tam głupi, w szoku, mógłby ukryć narzędzie mordu między drwami. Kochanek Michałowskiego potwierdzi, że to nóż z kuchni wójta. Rodzinie młodego wyjaśnimy, że wyszedł ukradkiem w nocy, wytłumaczymy wszystko, każde alibi będzie wyglądało blado.

Zgrab naprawdę chciał rządzić gminą, rozwalić psiarza, tego niebezpiecznego, fałszywego idealistę, który tak naprawdę chciał się tylko urządzić. Zgrab bardzo chciał tchnąć trochę życia w okolicę, gdy nadejdzie wiosna. Jeśli tylko jego kaszel do tego czasu nie zamieni się w szarą skórę. Chciał też w końcu mieć ładny dom i pieniądze na piwo, i nawet chciałby, żeby innym lepiej się wiodło, żeby nie płacili za wszystko urzędowi, żeby mogli istnieć. A żeby umożliwić im istnienie, trzeba było zrobić coś złego, coś złego nawet w optyce Zgraba.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!