Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Daniel Hermanowicz „Idolatria”

Opowiadania Daniel Hermanowicz - 11 listopada 2020

Fahrenheit objął patronatem tegoroczną edycję konkursu literackiego „Jaskier” organizowanego przez Cech Fantastyki SkierCon. W tym roku napłynęło rekordowo dużo prac a jury miało niełatwe zadanie wyboru tych najlepszych. Po burzliwych obradach przyznano nagrody główne w dwóch kategoriach wiekowych a wyróżnienia aż w trzech. Przez kolejne tygodnie będziemy prezentować ich prace na łamach naszego portalu. Dzisiaj przedstawiamy opowiadanie wyróżnione w kategorii wiekowej 20+ oraz jego autora, Daniela Hermanowicza.

 

Daniel Hermanowicz, lat 30 – dumny ojciec, szczęśliwy mąż, rodzony Warmiak i wżeniony Poznaniak. Zapalony miłośnik tradycyjnych gier RPG. Fantastyczne historie tworzy zazwyczaj przy stoliku ze swoimi graczami. Członek „HelpDesk RPG” z Poznania. Na chleb i pieluchy zarabia w mniej lub bardziej wyuczonym zawodzie prawnika.

 

Ilustracja na podstawie fotografii Vidala Balielo Jr. z Pexels

 

IDOLATRIA

– To jakiś nonsens!

– Nie przeczę, ludzka logika nie ima się Niebios. Nie umniejsza to wszak realności pańskiej sytuacji.

Dzień był ciepły, słoneczny i nieskalany choćby westchnieniem wiatru. Na cudownie sielskiej polanie, wśród złotej bukowiny, na miękkiej trawie obsypanej białymi kwiatkami – stał korporacyjny boks biurowy. W całym swym surrealistycznym uporze nieuchronności.

Nie wyglądał zbyt dobrze. Biurowa kabinka była pilśniowa, toporna i niechlujnie pomalowana na odcień, który kilka stuleci temu miał być w zamyśle biały, w praktyce wyszedł kremowy, a wskutek braku funduszy na bieżącą konserwację teraz zbliżał się ku szaro-beżowemu. W środku siedziały dwie osoby. Zza sterty pergaminów, ksiąg i akt zagracających biurko wyglądała pogodnie uśmiechnięta Urzędniczka w staromodnych, drucianych okularach, skrywających oczy tak intensywnie zielone, jak najdelikatniejsze listki herbaty. Długie, ciemne włosy spięła w elegancki kok przy pomocy srebrnej broszy o kształcie fantazyjnego listka. Naprzeciwko niej siedział Petent – niski, szpakowaty mężczyzna z nieco wytrzeszczonymi oczami. Chwilowo skupiał się głównie na nerwowym obgryzaniu paznokci i przebieraniu nogami.

– Czy może pani zacząć od początku?

– Naprawdę? No dobrze. – Urzędniczka poprawiła okulary i leciutko odchrząknęła. – Na początku był Chaos lub Słowo, niepotrzebne skreślić…

– Nie tak bardzo! W sensie od początku mojej sytuacji.

– Ma pan na myśli pańską idolatrię?

– Moją… Słucham? Jakie latryny i czemu gdzieś idą?

Urzędniczka stłumiła westchnienie.

– Nie latryna, a idolatria. To rodzaj modlitwy, skatalogowany przez dominujące religie jako pogański, bałwochwalczy, fałszywy i tak dalej. Oczywiście infantylizuję. Muszę się z panem zgodzić, że słowo faktycznie ma nieco niefortunny wydźwięk. – kobieta wyraźnie się skrzywiła. – Ci ważniacy od religii monoteistycznych uwielbiają katorżnicze słowa. No bo jak inaczej wyjaśnić takie abominacje językowe jak „mistagogia” albo „deuterokatechumenat”? Na takich wyrazach można się co najwyżej boleśnie potknąć i stłuc kubki smakowe.

Petent wbił w nią skonfundowane spojrzenie. Urzędniczka wymownie przewróciła oczami.

– Pozostawiają niesmak w ustach – wytłumaczyła żart nieco uprzejmiej, niż pierwotnie zamierzała. Nie chciała przestraszyć swojego pierwszego Petenta z Ziemi od dobrych kilkudziesięciu lat.

– To co z tą moją… modlitwą?

– Ach tak. – Grymas momentalnie zniknął z twarzy Urzędniczki. – Jak już wspomniałam, właśnie pan umiera i otrzymałam informację z systemu, że modlił się pan o ocalenie.

– Naprawdę? – zdziwił się Petent. – Ja się nigdy w życiu o nic nie modliłem. Nie tak na poważnie. Nawet nie wierzę w Boga.

Urzędniczka, nie odrywając wzroku od mężczyzny, powoli sięgnęła przez biurko i teatralnym gestem otworzyła leżącą przed nim niebieską teczkę akt personalnych.

– Wiem – skwitowała.

Petent z przerażeniem chłonął przewijające się przed jego oczami karty własnego życia.

– To co ja tu w sumie robię? – wystękał.

– No bo kiedy rąbnął w pana autobus, to wymsknęło się panu w myślach krótkie i szczere wyrażenie nadziei na ocalenie. A że tonący brzytwy się chwyta, to wyszeptał pan… gdzie ja to mam… – Urzędniczka zaczęła przerzucać notatki. – Aha! Pozwoli pan, że zacytuję: „Szlag by to. Nie chcę umierać!”

Petent rozcierał skronie. Nie bolała go głowa, ale ciężko się pozbyć starych nawyków.

– I co, to wystarczy?

– Oczywiście, że nie! – żachnęła się Urzędniczka. – Nie w normalnych okolicznościach, ale akurat pan jest medium spirytystycznym.

– Słucham?!

– Potrafi się pan kontaktować z zaświatami. – Urzędniczka mrugnęła do niego. – W imieniu wszystkich nieśmiertelnych po tej stronie Styksu, serdecznie witam na Zielonych Pastwiskach. Szkoda, że dowiaduje się pan o swoich talentach w takich okolicznościach, nieprawdaż? No ale do brzegu. Czy możemy wrócić do sprawy pańskiej nieuchronnej śmierci?

– Toż to nonsens! – zakrzyknął Petent, zrywając się z miejsca.

– Już to przerabialiśmy, powtarza się pan. Proszę usiąść! – głos Urzędniczki osechł, ale był w swym brzmieniu tak piękny i władczy, że Petent usłuchał bez chwili wahania. – Niech się pan skupi! Chce pan jeszcze pożyć, czy nie?

Petent skrzywił się.

– Najwyraźniej.

– Proszę się nie przejmować, wszyscy popełniamy błąd pożądania życia. Mój najdroższy Thingol, niech światło Jedynego go opromieni, też mi zawsze suszył głowę, że…

Petent zerwał się z miejsca.

– Thingol? – wyszeptał.

– Tak – Urzędniczka puściła do niego oko.

Messanie? Pani Doriathu?!

– Wystarczy – skwitowała. – Tutaj jednak jestem tylko zwykłą urzędniczką, niech pan nie robi afery. Proszę nie mówić do mnie po imieniu, jeszcze usłyszałby to ktoś niepowołany. Wie pan, nie powinnam się zajmować pana sprawą i kiepsko by było, gdyby agenci Dżabra’ila…

– Ale pani jest postacią literacką! – przerwał jej bezmyślnie Petent. – Fikcją!

– Mitologia Ardy i Eru Ilύvatara spisana przez proroka Tolkiena jest tak samo prawdziwa, jak każdy inny konstrukt politeistyczny. – Urzędniczka była już nieco poirytowana tymi wszystkimi wyjaśnieniami.

– Długo by opowiadać. Dla pana najistotniejsze jest to, że jesteśmy jedynymi bóstwami, w które jako tolkienista chciał pan wierzyć. Z tego właśnie powodu trafił pan do nas. Niech się pan uspokoi, dla nas sytuacja jest równie nietypowa. Proszę sobie schrupać lembasa, dobrze to panu zrobi. – popchnęła w jego kierunku puszkę po duńskich ciasteczkach pełną elfich chlebków.

Skorzystał. Faktycznie poczuł się lepiej.

– Proszę sobie wyobrazić, że nie mamy tu wielu petentów z Ziemi – ciągnęła Urzędniczka. – Te wszystkie akta i księgi dotyczą Ardy. Zasadniczo każdy w Niebiosach stara się trzymać stricte swojej planety.

Mężczyzna słuchał, ale nie słyszał. Po dłuższej chwili kontemplacji postanowił po prostu zignorować te rewelacje.

– Nie rozumiem, ale wątpię, żeby to w ogóle było możliwe. – Petent wzruszył ramionami, sapnął i wbił nieco bardziej optymistyczne spojrzenie w swoją rozmówczynię. – To co robimy?

– Musimy znaleźć bóstwo, które panu odpowie.

– Nie rozumiem, czemu pani nie może tego załatwić, skoro już rozmawiamy?

Urzędniczka roześmiała się perliście, od czego tuż obok boksu wystrzeliła z ziemi nieduża, acz oszałamiająco piękna magnolia w pełnym rozkwicie.

– Nie umiera pan w Śródziemiu. – wytłumaczyła, głaszcząc krzew. – Petenci z Ziemi podpadają pod naszą jurysdykcję tylko w ekstremalnych przypadkach szczerej wiary. Do tego akurat panu daleko.

Petent nie przejął się zarzutem ateistycznej postawy. Był zbyt podekscytowany nasuwającym mu się wnioskiem.

– Śródziemie istnieje?!

– Niechże się pan skupi, no! – ofuknęła go Urzędniczka. – Nie mamy czasu na takie dysputy. Ja chcę panu po prostu pomóc! Proszę przeżyć, rozwinąć swoje moce spirytystyczne i wtedy porozmawiamy dłużej. Zgoda?

– Tak… Tak! Oczywiście – mężczyzna zachichotał piskliwie w tonie charakterystycznym dla sal egzaminacyjnych i oddziałów psychiatrycznych. – Jak mam znaleźć boga?

– Najpierw proszę to podpisać.

Urzędniczka podała mu garść papierów, które po pobieżnym przejrzeniu okazały się być szeregiem dokumentów prawnych – od klauzuli arbitrażowej w przypadku sporu o duszę, przez umowę zachowania poufności o istnieniu Niebios, na zgodzie na przetwarzanie danych modlitewnych kończąc.

Petent parsknął sucho.

– A ja się łudziłem, że przynajmniej w zaświatach ominie mnie biurokracja.

– Nadzieja matką głupich, a przetwarzanie danych osobowych ich ojcem. – skwitowała Urzędniczka. – Niech pan podpisuje. Postanowienia są nienegocjowalne, nie ma co czytać.

– Ech, nie musi mnie pani obrażać. – wymruczał Petent, gdy wytrenowanym, mechanicznym ruchem parafował dokumenty.

– Nie było to moim celem, wyszło naturalnie. Ubliżanie ludziom jest specjalizacją Niebios. – Urzędniczka zebrała podpisane przez Petenta papiery i wrzuciła je do teczki. – Świetnie. Czas znaleźć panu odpowiednie bóstwo!

***

– Nieprzytomny, nie reaguje na bodźce zewnętrzne. Pęknięta czaszka, zdruzgotane żebra, otwarte złamanie lewej nogi, a i w środku też pewnie nie ma co zbierać. Resuscytacja krążeniowo-oddechowa utrzymywana od pięćdziesięciu minut…

– Jezu, skąd wyście go wygrzebali? – chirurg skrupulatnie szorował dłonie między palcami, wysłuchując sprawozdania.

– Spod autobusu.

Lekarz jęknął.

– Zrobię co mogę, ale lepiej i tak poślijcie po proboszcza.

***

– Ech, nic nie wyskakuje w systemie. – Urzędniczka wpatrywała się w ekran małego laptopa, którego trzymała na kolanach. Biurko było zbyt zawalone, żeby zmieścić na nim choćby dodatkowy kubek, nie wspominając o komputerze. – Nikt nie zagląda nawet na pana profil.

Petent wyraźnie zmarkotniał.

– Uszy do góry, coś się znajdzie! Niech pan nie marnuje czasu na zamartwianie się, a zacznie opracowywać strategię doprowadzenia do spełnienia swojej modlitwy.

– W porządku – Petent uśmiechnął się słabo. – Co powinienem robić, jak już znajdę się twarzą w twarz z bóstwem?

Urzędniczka podała mu małą ulotkę o absurdalnym tytule „Modlitwy dla idiotów: 10 praktycznych porad dla neofitów!”

– Niezależnie od ostatecznego adresata modlitwy proszę pamiętać o „trzech prze”: przekonanie, przebłaganie i przekupstwo.

Petent wpatrywał się w ulotkę z mieszaniną zażenowania i podziwu.

– A trzymając się tej prze-zasady, nie mógłbym się po prostu ubiegać o przebaczenie? Tutaj napisali, że Bóg jest miłosierny, a ja chodziłem kiedyś do kościoła…

– Oglądać witraże. – ucięła Urzędniczka i uniosła jedną brew w wymownej sugestii refleksji nad hipokryzją pomysłu. – Niech pan pamięta, że z punktu widzenia wielkich religii monoteistycznych jest bałwochwalczym grzesznikiem o politeistycznych inklinacjach.

Petent zmełł przekleństwo i zalążek riposty. Nie zamierzał się kłócić z nieśmiertelną pół-boginią. Domyślał się, że miała więcej czasu i cierpliwości do kłótni.

– Ma pani słuszność, proszę o wybaczenie – odchrząknął. – Jak niby się zabrać do rozmowy z bóstwem?

– To zależy od bóstwa. Klękanie jest dobrym odruchem – puściła do niego oko. – Cierpliwości. Najpierw musimy panu znaleźć słuchacza. Modlitwa była ździebko nieprecyzyjna.

– Nie myślałem, że ktoś słucha – odburknął mężczyzna, kręcąc się na krześle.

– Zdarza się lepszym od pana. – odmruknęła Urzędniczka, wertując akta osobowe. – No dobrze, co my tu mamy… nikogo pan w życiu nie zabił ani nie ograbił. Gwałtów też jakoś nie widzę na koncie.

– To chyba dobrze?

– Tragicznie – kobieta zdjęła okulary i potarła z irytacją nasadę nosa. – Praktycznie beznadziejny przypadek. Nigdy się pan nie schlał do nieprzytomności, same dobre uczynki… Kto bezinteresownie karmi zimą bezpańskie koty, co?

Zakłopotany Petent podrapał się za uchem.

– Pani wybaczy, ale nie za bardzo rozumiem. Co mają do tego moje koty?

– Za grzeczny pan jest. Do Peruna nie wyślę. Cała sekcja nordycka też odpada. Z bóstw starożytnych, to może by pana ewentualnie Afrodyta wzięła na rozmowę kwalifikacyjną, ale z takimi brakami w kategorii perwersji seksualnych nie przejdzie pan nawet do drugiego etapu.

– Chce mi pani powiedzieć, że jestem zbyt porządny i za mało grzeszę, żeby bóg wysłuchał mojej modlitwy?

Urzędniczka odchyliła się w fotelu, wyciągnęła długą, cisową fajkę i odpaliła ją pstryknięciem palców.

Zaciągnęła się, zamyślona.

– Zasadniczo do tego problem się niestety sprowadza. Politeistyczne bóstwa z Ziemi wezmą pana za straszną pierdołę. Oni lubią, jak petent trochę w życiu pozabijał i pociupciał na boku. Ciągnie ich do takiego łapserdaka.

– No dobra, a może po prostu bóstwa zaświatów? – zaproponował Petent. – Jakbym tak je przekonał, żeby mnie puściły wolno?

– Chce pan przekonywać Hadesa, Welesa, Dis Patera i spółkę, że się pan nie nadaje do piekieł?

– Urzędniczka spojrzała na niego z mieszaniną podziwu i niedowierzania. – To najgłupsze, co dzisiaj słyszałam, a praktycznie przed chwilą pomylił pan idolatrię z latryną. Oni się nie mogą pana doczekać!

– Czyli w sumie sprawa jest beznadziejna?

– Nie – Urzędniczka uśmiechnęła się ciepło, wypuszczając powoli dym fajkowego ziela z ust. – Mam jeden pomysł. Zapomina pan, że „kto szuka, ten najczęściej coś znajduje, niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba”.

Kobieta jednym, zamaszystym ruchem ręki zrzuciła akta i księgi z biurka, rozsypując je na polanie. Z małej szafki za plecami wyciągnęła czarną jak atrament szkatułkę i z namaszczeniem postawiła ją na blacie, tuż pod nosem Petenta.

– Co to? – mężczyzna z zaciekawieniem szturchnął pudełko. Ku jego rozczarowaniu nic się nie stało.

– Musi się pan sam przekonać. Nam nie wolno tego dotykać.

Petent drżącymi z podekscytowania palcami otworzył misternie wykonaną z ciosanego obsydianu szkatułkę, po czym zajrzał do środka.

Na srebrnej poduszeczce z aksamitu spoczywała prosta, drewniana dwudziestościenna kostka bez jakichkolwiek oznaczeń. Każda z trójkątnych ścianek była błyszcząca, wypolerowana i całkowicie niezapisana. Mężczyzna ostrożnie chwycił kość.

– Mam rzucić? Tak po prostu? – zapytał, pokazując na pusty blat biurka.

– Nie zrobię tego za pana.

– Ale co to w sumie jest?

– Jedna z Kości Losu. Proszę spróbować, może się panu poszczęści.

Na tym poziomie absurdu Petent był w stanie uwierzyć już dosłownie we wszystko. Wzruszył więc lekko ramionami, chuchnął na szczęście i rzucił.

Kość nie poturlała się dramatycznie. Nie wybrzmiała głuchym dudnieniem dzwonów apokalipsy ani nie wywołała nieuchronnej ciszy nicości po pełnym obrocie. Ot, wywinęła siedem fikołków, terkocząc przy tym wesoło. Wyniku rzutu nie było. Ścianka, którą wylosował Petent, była (tak jak wszystkie) gładka i niezapisana. Mężczyzna rozejrzał się nerwowo, czekając na jakiś efekt.

Nic.

– Hmmm… chyba nie zadziałało. – Petent niepewnie potarł knykcie i sięgnął po Kość Losu. Urzędniczka natychmiast go zatrzymała.

– Niech pan jej nie dotyka! – ostrzegła. – To przynosi pecha.

– Przecież nic się nie dzieje!

Urzędniczka cmoknęła z irytacji.

– Kość mogła panu przywrócić życie, ale, jak widać, tego nie zrobiła. Niemniej jednak zrobiła coś. Lepiej tego nie zepsuć.

– Ok, ale czemu ta kość nie ma oznaczeń?

– Los jest ślepy. – wzruszyła ramionami Urzędniczka.

***

– Jest tętno! Dykrotyczne, ale stabilizuje się!

– W końcu jakaś dobra wiadomość – wymruczał pod nosem chirurg.

Lekarz uwijał się w asyście dwóch studentów akademii medycznej. Zdecydowanie byli najlepszymi żakami, z jakimi miał przyjemność pracować. Grzecznie podawali mu wszystko, czego potrzebował i nie wpieprzali mu się w robotę.

Dzięki Bogu, bo było co robić. Obrażenia wewnętrzne były rozległe i mogły okazać się śmiertelne. Najmocniej oberwała śledziona, którą właśnie siekał skalpelem, jakby była drobiową wątróbką na obiad. Na szczęście bez niej da się żyć.

– Leszek! Spadło na osiemdziesiąt! Sześćdziesiąt… Czterdzieści, leci na łeb!

Cholibka.Trzymaj go, Aśka!

– Za co? Serce się nadaje na złom – anestezjolożka tupnęła wściekle nogą. – Nie przeżyje operacji, chyba że jakimś dziwnym zrządzeniem losu przyjedzie dawca z wypadku…

Na salę zajrzał młody chirurg w pełnym stroju operacyjnym.

– Panie ordynatorze, mamy dawcę! Biedak rozsmarował się na drzewie przy remizie. Już sprawdziliśmy zgodność serologiczną, idealnie pasuje dowaszego pacjenta – lekarz aż pokręcił głową z niedowierzania. – Szczęściarz. Ja bym chciał tylko zabrać wątrobę i nerkę, reszta dla pana.

Na sali zapadła głucha cisza, którą przerwał nagle rubaszny śmiech.

– Pieprzony farciarz! – krzyknął chirurg. – Staszek, przyślij mi tu zespół transplantacyjny. Zaczniemy od serca, a jak wytrzyma, to dorzucimy mu śledzio…

Ordynator urwał w pół słowa i zastygł w bezruchu, ze skalpelem tuż nad więzadłem przeponowym i ustami otwartymi w bezbrzeżnym zdumieniu. Sponad kardiomonitora anestezjologicznego spoglądały na niego błyszczące ślepia o pionowych źrenicach.

– Kto, do stu diabłów, wpuścił do mojej sali operacyjnej kota?!

***

– Ok, to jakie teraz mam opcje?

– Teraz? Roześlemy pana idolatrię po pomniejszych bóstwach i może ktoś się zainteresuje.

– Średnio to zachęcające. Czemu ktoś miałby się zainteresować?

Urzędniczka uśmiechnęła się smutno.

– Bo większość z nich jest bardziej zdesperowana od pana. Potrzebują wiernych do przeżycia – kobieta otworzyła szufladę i grzebała w niej dłuższą chwilę. – Problem w tym, że wszelkiej maści kłobuki, nimfy czy yōkai raczej nie mają tyle mocy, żeby kogoś uleczyć lub wskrzesić. Aha!

Wybitnie zadowolona z siebie urzędniczka wyciągnęła z przepastnych czeluści swojego biurka duży słoik, pełen czerwonych, nakrapianych chrząszczy.

Petent parsknął.

– Jak biedronki mają mi pomóc uniknąć śmierci?

– Boże krówki – wytłumaczyła Urzędniczka, potrząsając słoikiem. Wnerwione insekty zaczęły odbijać się od ścianek staromodnego weka. – Musimy dotrzeć do bóstw, które nie mają dostępu do niebiańskiego intranetu. To stary system, ale działa.

Petent z kamienną twarzą liczył owady w słoiku. Były ich setki. I miały zanieść jego modlitwę do bóstw tak nieistotnych i oderwanych od rzeczywistości, że nie mogły nawet zainwestować w komputer.

Histeryczny chichot ugrzązł mu w gardle. Co miał do stracenia?

– No dobra. Niech lecą!

Urzędniczka otworzyła słoik i wyszeptała coś do gnieżdżących się wewnątrz biedronek. Po chwili zaczęły znikać.

– Świetnie! Teraz tylko wystarczy poczekać na jakieś zapro… Halo? Gdzie pana wcięło?

***

– Złamanie wszelkich standardów sanitarnych, kompromitacja administracji, groźba sepsy! Niebezpieczeństwo cholernego przerwania środków ochrony osobistej personelu, toż ta bestia ma pazury! – wyliczał gniewnie ordynator.

– Leszek, dobrze się czujesz?

Studenci popatrzyli po sobie w poczuciu całkowitej konfuzji.

– Panie ordynatorze, o czym pan mówi? – odważył się podpytać jeden z nich. Drugi taktownie wyjął chirurgowi skalpel z ręki.

– O tym przebrzydłym, czarnym kocie, który siedzi na kardiomonitorze! – chirurg zaciskał pięści z furii.

– Jeszcze sobie tyłek wylizuje, sukinsyn!

Wszyscy obecni na sali zgodnie przypatrzyli się maszynie anestezjologicznej, odnotowując absolutny brak kota. Za wyjątkiem chirurga, który wciąż miotał pod nosem przekleństwami na nieudolną ochronę szpitala. Już chcieli powiedzieć coś o omamach i przemęczeniu, kiedy wesołe pikanie monitora przeszło w monotonny jęk, zwiastujący brak pulsu.

Medycy chwilowo zapomnieli o rzekomym zwierzaku i rzucili się do pracy.

***

Petent błądził we mgle. Polana, biurko, Urzędniczka – wszystko zniknęło. Stał w morzu nicości, przetykanym jedynie pasmami wirujących oparów.

Nie był jednak sam. Naprzeciw wyszła mu wysoka kobieta z głową kota. Jej czarne futro i złote oczy lśniły jak odbicie księżyca w tafli stawu. Petent nie mógł oderwać od niej wzroku.

Nofri! – miauknęła przeciągle. – Witaj, poszukujący. Mam na imię Bastet, anok ou maav świętychkotów.

– Bogini tańca, miłości i kotów. – wycharczał Petent, niemrawo skłaniając głowę. – Wiem, kim jesteś, widziałem obrazki w podręcznikach do historii.

– To miłe – wymruczała bogini. – Jak rozumiem, masz pewien problem?

Petent zająknął się. Jak to szło z tą zasadą „trzech prze”?

– Pani! – zaczął niemrawo, przyklękając. – Umieram. Nie byłem może religijnym człowiekiem i na pewno nie wyznawałem twojej wiary, ale chętnie to zmienię!

Przekonywanie.

– Dlatego apeluję do twojej dobroci i miłosierdzia. Błagam o twoją pomoc!

Przebłaganie.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by spłacić ten dług. Wskrzeszę wiarę w bogów egipskich, wybuduję ci świątynię… co zechcesz!

Przekupstwo.

Bastet prychnęła.

– Nigdy się nie zmienicie. – ujęła go pod brodę i spojrzała mu głęboko w oczy. – Spełnię twoje życzenie, śmiertelniku. Daruj sobie obietnice.

– Dlaczego? – wyjąkał Petent.

– Bo chcę. Bo się nudzę. Bo mi się podobasz, jesteś trochę jak Srafim. Ratujesz moje dzieci od powietrza, głodu, ognia i wojny. – Bastet wyszczerzyła kły w czymś, co chyba miało być uśmiechem.

– Nie rozumiem.

– Nie musisz. Wbrew obiegowej opinii, nie znajdziesz istoty lojalniejszej od kota – zamruczała. – Wyślę mojego nekomatę, żeby oddał za ciebie jedno ze swoich dziewięciu żyć.

– Ja… nie wiem, jak ci dziękować!

– Nie musisz. Uadj,żegnaj! – odwróciła się do niego plecami. Na odchodne rzuciła: – Życie za życie. Nadzieja za nadzieję, przyjacielu.

***

– Leszek, stabilizuje się!

– Co za fuksiarz. Odwołajcie księdza. I złapcie mi tego kota!

 

Daniel Hermanowicz




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Aleksandra Janusz „Mrówki w Złotych Tarasach”
Opowiadania Aleksandra Janusz - 23 listopada 2023

Niniejsze opowiadanie jest dziełem fikcji. W celach dramatycznych poczyniłam kilka założeń dotyczących…

Juliusz „Q” Mróz – „Larry Newark meets Raolo Benatti”

Winda orbitalna pnie się po fullerenowej nitce. Słynny hacker i ochroniarz (wręcz go uprowadzający do najpotężniejszego…

Janusz Stankiewicz „Paskudna sprawa”

W oczekiwaniu na trzecią część przygód Goratha, zapraszamy do lektury opowiadania Janusza…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit