Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (11)

Opowiadania Fahrenheit Crew - 29 stycznia 2013

– To tłumaczy brak oznak.

– Dokładnie, dowódco. Obiekt sprzedaje żywność z dodatkiem uzdatniacza na dość ograniczonym obszarze, to jeden z ich organizmów terytorialnych. Sprawdziłem dane miejscowe, skutek jest.

Pauza. Pomyślałem, że skoro na ichnim statku już się dowiedzieli, usłyszę z taśmy solidny opierdol. Że Bob będzie się kajał, przepraszał. A tu – nic z tych rzeczy! Zaraz, zaraz, „uzdatniacz”…?

– A inne obiekty?

– Żaden z siedemnastu pozostałych nie był tak obiecujący jak ten. Wiedzieliśmy o tym. Tylko on zaszedł tak daleko.

– Czy są szanse, by skłonić obiekt do totalnego upowszechnienia uzdatniacza?

– Wydaje mi się, że jest temu niechętny.

– Zmuś go!

– To nic nie da, dowódco. Musi to zrobić dobrowolnie! Musi skorzystać ze swej popularności, inaczej to będzie zbyt długo trwało. Zwłoka będzie zbyt wielka.

– Więc go przekonaj.

– Próbuję. Ale nie wiem, czy nie jest za późno, dowódco. Działanie uzdatniacza jest niezauważalne, bo rozkłada się na długi czas, przecież właśnie dlatego zdecydowano się na metodę wygaszenia popędu seksualnego u osobników męskich.

– To tylko opóźnienie, Raosssxbbieyrte.

– Nawet jeśli się uda… Gdy przybędą nasze statki migracyjne, oni będą zbyt silni. Konfrontacja… frontalne starcie… mogą wygrać! Statki muszą wyruszyć o czasie, komety nie zatrzymamy…

– Spokojnie! Jeśli będzie trzeba, możemy przez dziesięć, dwadzieścia lat poudawać dobrych gości.

– Racja, dowódco.

– Zlikwiduj pozostałe obiekty, Raosssxbbieyrte. A potem wracaj do swojego i przekonaj go.

– Rozkaz.

– Łączność stabilna zakończona. Baza do Raosssxbbieyrte, bez odbioru.

– Raosssxbbieyrte do bazy. Bez odbioru.

I cisza. Tylko szpule obracają się bezgłośnie.

Koniec.

 

Nie będę nawijał makaronu. Że wpadłem w stupor, że mnie zatkało, że oniemiałem i nie mogłem wyjść z szoku. Nie będę, bo to oczywiste. A przy okazji jasny szlag mnie trafił i nagła krew zalała! Ależ mnie ten szczur chędożony wydymał!

Co robić? Co robić?!

Boba nie było trzy dni. Z czego przez dwa snułem się po mieszkaniu i na przemian piłem i rozmyślałem. W końcu wymyśliłem plan. I zrealizowałem go. W jeden dzień.

Pojawił się zaraz po zmierzchu. Akurat niedawno wróciłem z miasta i buszowałem po kuchni, robiąc kolację. Komputer był włączony, wystarczyło przejść parę kroków na kanapę w części wypoczynkowej.

– Cześć! Słuchaj stary, musimy porozmawiać! Pogadałem z chłopakami i…

Urwał widząc moją marsową minę. Bez słowa włączyłem grundiga i puściłem mu nagranie.

Muszę przyznać, że przyjął to spokojnie, skurczybyk. Wysłuchał, nie przerywając, do końca. Przez cały czas nie oderwał wzroku od magnetofonu, nie szczeknął żadnym słowem. Słuchał. W końcu spojrzał na mnie pytająco.

– Nic z tego nie będzie, Bob. Wypieprzajcie z powrotem, skąd przyszliście.

– Żeby wyginąć ze szczętem? W naszą planetę uderzy kometa…

– Gówno mnie to obchodzi!

Dyszałem ze złości.

Mogli się zwyczajnie zjawić i powiedzieć, o co biega. Posunęlibyśmy się, Ziemia jest spora. Jakoś byśmy się przecież, kurwa, dogadali! Pieprzone gryzonie z manią wielkości!

– Znajdźcie sobie inną planetę.

– Ta jest najlepsza…

– Nie jest! Była. Powtarzam, wypieprzajcie w kosmos!

Bob pokiwał łepkiem powoli i nagle, błyskawicznym ruchem, wyciągnął jakiś przedmiot. Wycelował nim w grundiga i pół sekundy później magnetofon rozleciał się w fontannie iskier! A potem wziął na cel mnie.

­– Zrobisz, co ci każemy.

– Nie!

– No to… – Bob podrapał się w zamyśleniu drugą łapką po pysku. – Zabiję cię. Zmontujemy w holo parę filmów. Ujawnisz ludzkości przyprawę… zza grobu.

I wtedy mu powiedziałem. O wszystkim. O kilkudziesięciu pakietach zawierających dokładną informację o poczynaniach szczuroludzi i moich, o działaniu przyprawy, o technologii produkcji, a także kopie nagrań oryginalnej rozmowy i jej tłumaczenia. O bankach, adwokatach i notariuszach, którzy mają to ujawnić, gdy im każę, gdy umrę lub… zniknę. I o kilku agencjach detektywistycznych, które mają mnie śledzić i błyskawicznie przekazać w odpowiednie miejsca informacje o mojej śmierci. Albo gdy przestanę się pokazywać.

– I zapomnijcie o udawaniu grzecznych gości. Ujawnię wszystko, gdy tylko się pojawicie.

– Nie wierzę.

– Zaryzykuj, szczurze!

– Zabiję twoją żonę – powiedział jeszcze, ale już niepewnie, bez wiary.

I słusznie.

– No to zabij od razu i mnie. Skutek będzie ten sam. Rządy dowiedzą się o was i przygotują. W lotach kosmicznych może jesteście lepsi, ale w wojowaniu my – ludzie – jesteśmy całkiem mocni. Zetrzemy was na proch, cholerne liliputy!

Pokiwał tylko łebkiem, schował broń i ruszył do wyjścia. Gdzieś na dnie duszy telepały się we mnie resztki żalu za najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem. Wiedziałem, że wszystko było oszustwem, a jednak… Sentymentalny się robię na starość.

– Bob. – Przystanął jeszcze koło okna. – Możecie zechcieć spróbować z kimś innym. To by zwiększyło wasze opóźnienie w planie, ale możecie zdecydować, że warto. Nie radzę. Będę śledzić wieści ze świata. Jeśli znajdę w nich kogoś… takiego jak ja, ujawnię wszystko.

Zniknął.

 

Nie okłamałem Boba. Grube koperty z dokumentacją czekały u dwudziestu siedmiu zaufanych ludzi. Staromodnych bankierów prowadzących małe, ale doskonale bezpieczne banki rodzinne dla bogatych snobów i arystokracji. Adwokatów i notariuszy starej daty, którzy wciąż wierzyli, że ich profesja to nie tylko prawny doradca, ale przede wszystkim bycie mężem zaufania. Za co, oczywiście, byli sowicie wynagradzani. A wokół mego domu, na ulicy, w pracy i w podróży, w każdej chwili śledzili mnie pracownicy czterech różnych agencji detektywistycznych. Profesjonaliści. Pewnie szybko się orientowali, że nie są jedyni. I opowiadali kolegom dowcipy o bogatym, pieprzniętym paranoiku, który płaci za śledzenie siebie samego. A co mi tam, mam to gdzieś.

Nie chciałem być dłużej narzędziem w rękach kosmitów. Rzuciłem pracę w restauracji, wyznaczyłem likwidatora przedsiębiorstwa i wydałem dyspozycje co do sprzedaży majątku firmy. Po paru dniach zrobił się niezły rejwach, musiałem wziąć udział w konferencji prasowej i coś tam nałgać, jak to się zwykle robi, o wypaleniu, złym stanie zdrowia i przyczynach prywatnej natury. Pozbyłem się loftu i apartamentu. Zabrałem żonę i uciekłem do Polski.

Zapasy przyprawy zniszczyłem.

No dobra, zostawiłem sobie trochę do prywatnego użytku. Ale tylko troszeczkę.

Zdawało mi się wtedy, że spadnę na cztery łapy. Forsy miałem sporo, koszty utrzymania w rodzimym kraju o niebo mniejsze, bez wystawnego życia i splendoru. Nawet bez tej cholernej substancji byłem dobrym kucharzem, sławnym po francuskich wyczynach. Pracę dostałem szybko i jeszcze szybciej ją rzuciłem. Założyłem własną restaurację. Właściwie było pięknie.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910111213

Mogą Cię zainteresować

Steve White, Shirley Meier „Exodus”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 28 września 2009

Rebis Piąty tom cyklu Starfire, którego poprzednie części współtworzył David Weber. Akcja rozgrywa…

Oficjalna polska strona Jonathana Littella
Aktualności Fahrenheit Crew - 9 czerwca 2008

Wydawnictwo Literackie zaprasza na stronę Łaskawych Jonathana Littella – www.MaxAue.pl Znajdziecie tam m.in:…

Andrzej Pilipiuk „Oko Jelenia. Srebrna Łania z Visby”

Fabryka Słów Witaj w świecie, z którego tak blisko do… piachu. Wyobraź sobie, że dziś znaczy przed wiekami,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!