Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów”

Opowiadania Fahrenheit Crew - 29 stycznia 2013

Byłoby. Gdyby nie moja Gosieńka.

Zaczęła sarkać jeszcze przed wyjazdem. W Polsce był to już nieustanny potok wymówek, ciągłe wiercenie dziury w brzuchu. Awantury były coraz gorsze. Dlaczego? Po co? Było dobrze, przecież, tak? Jak śmiałem porzucić szczyt tak świetnej kariery? Szef kuchni w jednej z najlepszych restauracji Paryża, Francji, ba! W jednej z najlepszych na świecie! Jak mogłem zrezygnować z mieszkania w najcudowniejszym kraju? Obcowania na co dzień z tym cudownym językiem. Fantastyczna kultura, kulinaria, sztuka! Wakacje na Lazurowym Wybrzeżu, narty w Alpach. Jak mogłem wyjechać z najpiękniejszego miasta? Świat wyższych sfer. Nobilitowane persony, gwiazdy filmu, domy mody, intelektualiści, politycy, sportowcy, dziennikarze, modelki, arystokraci. Jak mogłem wrócić do zapyziałego Wrocławia w nudnej Polsce? No jak?

Jak śmiałem zrobić to JEJ?

Frankofila była silniejsza od miłości. Rozwód był już sprawą przesądzoną. Żona wolała oskubać mnie na ile tylko się dało i wrócić do Francji. Co mogłem jej powiedzieć? Że mało brakowało, a zostałbym grabarzem naszego gatunku? Próbowałem. Tłumaczyłem. Że potrzebuję spokoju, że czuję się wypalony, że ta praca i życie na wysokich obrotach mnie zmęczyło. Że tęsknię za krajem, językiem, naszymi dawnymi przyjaciółmi. Że Francuzi to aroganckie snoby.

Nic nie podziałało. Nawet łzawe żale, że w tym życiu, które prowadziliśmy, czułem, że się od siebie oddalamy. Moja praca, jej praca, spotkania, imprezy, rauty – cały ten chłam. Że nie mieliśmy dla siebie czasu. Że nie tworzyliśmy rodziny, o jakiej kiedyś oboje marzyliśmy.

Gdzieś tak w połowie bolesnego rozwodu okazało się, że Francuzi potrafią mnie jednak pozytywnie zaskoczyć. Jakiś fan mojej kuchni rozpoczął na Facebooku akcję społeczną. Przyciągnął do niej olbrzymie masy rodaków, rejestrowali się tysiącami. Ich cel był jeden – przekonać mnie, bym nie zamykał firmy. Pomysły mieli rozmaite, wywierali naciski, przysyłali listy pocztą elektroniczną i tradycyjną. Zaczęli też przyjeżdżać do Wrocławia coraz częściej i dopadali mnie, gdzie tylko się dało. Wszystko, żeby przekonać. W końcu doszło do absurdu. Zaczęli zbierać pieniądze.

Toczący się powoli proces likwidacyjny firmy cieszył się we Francji dużym zainteresowaniem medialnym. Nie raz docierały do mnie odpryski dyskusji, wywiadów, artykułów prasowych, w których rozbierano na części moje decyzje, motywacje, sytuację zawodową i prywatną. Wymyślano najrozmaitsze powody, które miały mnie skłonić do zamknięcia interesu: problemy z urzędem skarbowym, francuskim sanepidem i (sic) kontrwywiadem, byłem śmiertelnie chory, zostałem buddystą i straciłem talent kulinarny. Nie powiem, żebym nie odczuwał pewnych obaw. Na szczęście kancelaria prawna, którą zatrudniłem do likwidacji firmy, trzymała język za zębami. Podobnie jak wszystkie osoby, u których zdeponowałem bezpieczne pakiety oraz agencje detektywistyczne, które bez ustanku mnie śledziły.

Aż w końcu wreszcie rozdrapano na szpaltach gazet moją sprawę rozwodową. I gruchnęło, że zamykam firmę, bo mam problemy finansowe, że żona mnie oskubie do cna i nie będę miał środków na dalszą działalność. Że potrzebuję kasy! I zaczęli ją zbierać. Facebook, strona internetowa, forum, listy, przelewy, głosy poparcia. Jak Francja długa i szeroka, miłośnicy moich dań bezinteresownie przekazywali najróżniejsze kwoty. Bylebym tylko nadal sprzedawał ich chleb powszedni.

Muszę przyznać, że nieco się otarli o prawdę. Moja żona nie była zainteresowana otrzymaniem udziału w jakimkolwiek interesie. Nie chciała współwłasności restauracji we Wrocławiu. Nie chciała też stałych alimentów czy spłat w przyszłości. Chciała grubej kasy tu i teraz. Potrzebowała jej, by nabyć mieszkanie w Paryżu i wykupić udział w agencji nieruchomości, w której dotychczas pracowała. Chciała być współwłaścicielem. Potrzebowała sporo. Więcej niż miałem odłożone. Nawet gdybym sprzedał dom pod Wrocławiem i moją nową restaurację. Musiałbym też oddać sporą część tego, co uzyskałbym z likwidacji firmy. Dla mnie zostałoby niewiele.

No więc… dałem się przekonać. Zebrane pieniądze pozwoliły mi na zakończenie rozwodu w sposób polubowny. Jako swój udział w majątku, żona zabrała pieniądze z oszczędności i sprzedaży domu oraz darowiznę od Francuzów. Nie musiałem sprzedawać knajpy. A pieniądze z firmy, gdyby wreszcie udało się sfinalizować sprzedaż, też byłyby tylko moje. Dałem się też przekonać z innego powodu. Wartość fabryki spadała nieubłagalnie. Bez mojego nazwiska wszystko stawało się coraz mniej warte. Tak naprawdę wróciłem do punktu wyjścia, człowiek zamożny, ale nie bogaty. Nie miałem już kasy na spokojną i dostatnią starość. Musiałem te pieniądze zebrać znowu. Zabezpieczyć przyszłość.

Nie powiem, gryzłem się z tym trochę. Wiedziałem, jak to działa. Ale podjąłem decyzję. Zabraliście mi, dranie, Gośkę, no to macie za swoje!

Wstrzymałem likwidację firmy, uruchomiłem na powrót produkcję przyprawy i zorganizowałem inaczej proces produkcyjny, uwzględniając konieczność przesyłania przyprawy z Polski.

A Francuzi mieli to, czego chcieli.

 

Szczury nie wróciły.

Całe lata czekałem. Może jednak? Może się zdecydują? Nie byli pewni, czy nas pokonają, ale przecież mogą spróbować. Technikę mają lepszą. Taka inwazja to nie w kij dmuchał, wielka wojna i olbrzymie ofiary. Nawet gdybyśmy wygrali, świat pewnie stanąłby na głowie i już nigdy nie wyglądał jak dotychczas. Wszystko by się zmieniło. Czekałem.

Ale nie wrócili.

Może nie mieli duszy wojowników? Może łatwiej im było znieść myśl, że wymordują… nie, usuną naszą cywilizację bardziej… humanitarnymi metodami? W każdym razie więcej się nie pojawili. A ja bałem się nie tylko ich, ale i moich pobratymców.

Bywało, że drżałem ze strachu na myśl, iż prawda o przyprawie wyjdzie na jaw. Że oni nie wrócą, ale ktoś coś wykopie, dojdzie do sedna i będę miał przerąbane. Próbowałem jak mogłem, ale jeśli niewystarczająco się zabezpieczyłem? Jeśli znajdzie się jakiś ślad moich machinacji? Jeśli komuś uda się zbadać właściwości tej substancji? Bałem się. Zwłaszcza gdy sobie popiłem. Ale rzecz na zawsze pozostała moją tajemnicą.

I przyszedł czas, że przestałem się bać. Dzisiaj mogą wam o tym opowiedzieć. I tak nie uwierzycie. Nie ma już dowodów. Zamknąłem fabrykę, zniszczyłem dokumentację produkcyjną, nawet ostatni, prywatny zapas przyprawy poszedł do pieca. Nie ma już nagrań i listów zdeponowanych w bankach i u adwokatów. Nachapałem się, mam wystarczająco dużo kasy na spokojną emeryturę. Mogę wam powiedzieć i nic mi nie zrobicie. Nawet nie dacie wiary.

Wiem, co sobie myślicie. Niezła historia! Masz, chłopie, wyobraźnię! Kosmiczna inwazja, ha ha! Klasyka science-fiction po prostu. No, ubawiliśmy się setnie, dawaj następną. Tylko już bez kuchennych bzdur, bo drugi raz bajeru o pierogowym farszu z oregano nie łykniemy.

Mam rację?

 

No to odpowiedzcie mi łaskawie na jedno proste pytanie. Dlaczego prawie już nie ma białych Francuzów?

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910111213

Powiązane wpisy

Linda Nagata „W stronę mroku”
Ksiażki fantastyczne - 9 czerwca 2017

Autor: Linda Nagata Tytuł: W stronę mroku (Going Dark) Tłumacz: Mirosław P. Jabłoński Wydawnictwo:…

Hitomi Kanehara „Języki i kolczyki”
Ksiażki fantastyczne - 22 kwietnia 2007

Niezwykły debiut dwudziestojednoletniej pisarki, uhonorowany w 2004 roku najwyższą japońską nagrodą literacką im. Ryonosuke Akutagawy.…

„Big Book Festiwal” 2018
Aktualności - 7 czerwca 2018

Za dwa tygodnie, w piątek 22 czerwca rozpocznie się kolejna edycja Big…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!