Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (2)

Opowiadania Daniel Ostrowski - 29 stycznia 2013

 

W ten właśnie sposób ludzkość znalazła się o krok od eksterminacji.

 

Próby odpowiedniego doprawienia farszu spełzały na niczym. Instynktownie wyczuwając, że stosowane do tej pory metody przyprawiania (sól, pieprz, papryka, pieprz ziołowy, mieszanka przypraw z torebki, moje ulubione zioła prowansalskie i co się jeszcze da) upodobnią za bardzo pierogi do mych dotychczasowych wytworów kuchennych i nie znajdą aprobaty małżonki, postanowiłem być oszczędniejszy i przyprawiać spokojnie i stopniowo. A farsz wciąż był mdły i nijaki.

Po pewnym czasie zacząłem wręcz traktować te próby jak męczarnię i szczerze zastanawiać się, czy nie byłoby jednak lepiej zrezygnować z gotowania i przejąć sprzątanie. Znając moje zamiłowanie do porządków, musiałem być już bardzo zdesperowany. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego.

W natłoku niewesołych, nie oszukujmy się – prawie samobójczych myśli pojawiła się znienacka myśl innego rodzaju. Jakaś taka świeża, o odmiennej tonacji i temperaturze. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że była… zewnętrzna.

Myśl ta jasno i wyraźnie mówiła: dodaj oregano.

Noż cholera, jakie oregano? Przecież to nie pizza. Przecież to nie włoskie danie! I skąd ta myśl? Natchnienie nigdy mi się w ten sposób nie objawiało, zwłaszcza w sprawach kulinarnych. Nawet pomysł o dodaniu żółtego sera do masy na placki ziemniaczane, wbrew temu, co powiedziałem żonie, wyczytałem w książce kucharskiej poświęconej potrawom z ziemniaków. Więc skąd to natchnienie?

A diabli tam, pomyślałem sobie, i tak niespecjalnie mi to idzie, spróbujemy. Sypnąłem więc od serca oregano, zmieszałem, dodałem jeszcze dla pewności soli i pieprzu i spróbowałem. Hmmm, inne, ale… dobre!

Cóż mogę dodać? Obiad był wielkim sukcesem. Na rewelacyjną ocenę małżonki nie wpłynął nawet fakt, że wiele pierogów, delikatnie mówiąc, rozpadało się. Pochwałom nie było końca, zaś wynikający z tego dobry humor żony sprawił, że za moje kulinarne wysiłki nagrodzony zostałem też w inny, o wiele przyjemniejszy sposób. Puszczam teraz oko, jasne?

Dwa dni później, wciąż płynąc na fali żoninego zadowolenia, dostałem pozwolenie na zrobienie schabowych. Poprosiła tylko, bym zrobił je w trochę inny niż dotychczas sposób. Koncepcji specjalnej nie miałem, dwie znane mi dotąd metody – w panierce i bez – wykorzystałem w ubiegłych dwóch tygodniach, ale słowo się rzekło. Pomyślałem tylko, że spróbuję jakoś inaczej przyprawić i będzie dobrze.

Niestety, nie udało mi się wymyślić, cóż takiego dodać, by moja świnina była lepsza. Znacznie się tym zmartwiłem, nie ukrywam, bo przecież pierogi już wyrobiły w mojej małżonce pewne oczekiwania, bardzo nie chciałem powielać dotychczasowych, przyziemnych, jak teraz o nich myślałem, schematów. I cóż czynić?

Gdy w niewesołym nastroju zabierałem się za smażenie kotletów przyprawionych po staremu – dodam – znów pojawiła się ta inna, świeża myśl. Mówiła: podsmaż jak do tej pory, a potem podduś na winie.

Znalazłem w lodówce  pół butelki rieslinga i po solidnym obsmażeniu kotletów podlałem je obficie. Dochodziły w tej zalewie jeszcze z pół godzinki, nabierając powoli smakowitego, wytrawnego aromatu. Pochwałom znów nie było końca, dołączyła też do nich teściowa. Mieszkała z nami, czy właściwie my mieszkaliśmy z moimi teściami, więc zdarzało się nam nawzajem częstować gotowymi daniami. Przy czym częściej coś dostawaliśmy niż dawaliśmy, nie ma co ukrywać.

W kolejnym dniu natchniona myśl pojawiła się, gdy robiłem zakupy. Podpowiedziała nabycie octu winnego do przyprawiania sałatek. Kolejny sukces.

Prawdę mówiąc, to ładnych parę tygodni trwały te sukcesy, a natchnienie pojawiało się bardzo regularnie, co najmniej raz na dwa dni. Zdążyłem się już nawet do nich przyzwyczaić, uznałem wręcz, że najwidoczniej okazałem się skrytym talentem, nieodkrytym dotąd geniuszem kulinarnym. Choć początkowo sprawiało to wrażenie obcej ingerencji, uwierzyłem, że to ja sam wymyślam te pyszności. Ot, podświadomość do mnie gada albo coś w ten deseń. Okazało się jednak, że pierwsze wrażenie mnie nie myliło…

 

Gdy pewnego dnia wszedłem do kuchni, główkując nad tym, jak w najlepszy sposób zutylizować czekającą na mnie w lodówce cielęcinę, ujrzałem stojącego na kuchennym stole szczura. Wielkiego jak cholera! Nie myśląc specjalnie nad tym, skąd u nas w domu szczur, skoro nigdy ich nie było, jednym ruchem otworzyłem szufladę pod kuchenką, drugim porwałem największą patelnię, trzecim zamierzyłem się i… Szczur pisnął coś wysokim tonem. Wstrzymałem cios. Nie dlatego, że skulił się w przerażeniu, o nie. Zatrzymałem się w pół ruchu, bo zauważyłem wreszcie, że ten szczur stoi niczym człowiek, w pozycji wyprostowanej – i co więcej – jest ubrany! I w ogóle jest taki, cokolwiek jak na szczura, niewymiarowy. Spory, ze czterdzieści centymetrów z okładem i to nie licząc ogona. Wiem, że gdzieś tam na świecie żyją takie szczury, ale chyba nie u nas?! Polska to nie Indie, proszę państwa! W dodatku proporcje budowy, zwłaszcza tułowia i kończyn, zupełnie inne niż u zwyczajnych gryzoni. I to ubranie…

Szczur zreflektował się po chwili i wyprostował. Przez momencik spoglądał na mnie spode łba, groźnie, ale już po chwili rozciągnął pyszczek w dzikiej parodii najprawdziwszego ludzkiego uśmiechu.

– I tak byś mi nic nie zrobił – rzekł. – Jestem tylko projekcją. Ty dla mnie zresztą też. Choć muszę przyznać – rzucił nieco strachliwe spojrzenie na ciągle wzniesioną patelnię – że bardzo realistyczną.

Odłożyłem patelnię do szuflady, nalałem sobie szklankę wody i wyduldałem ją duszkiem, wciąż zwrócony plecami do stołu i… tego czegoś. Oświeciła mnie genialna myśl. Mam halucynacje! Tylko skąd, u diabła? Nic nie zażywałem, nic nie piłem. Więc skąd? Wiem – muszę mieć raka! Mam guza w mózgu, stad te genialne pomysły kulinarne i gadający szczur w kuchni. Czytałem gdzieś o takich sprawach. Facet może mieć raczysko w zwojach i wciąż czuć zapach palonych piór. Albo widzieć coś, czego nie ma. A ten film z Travoltą? No właśnie. To jest to! Zwróciłem się ku zwierzakowi w zdrowym przekonaniu, że teraz, gdy zidentyfikowałem już źródło problemu i sklasyfikowałem go jako wykwit udręczonego chorobą mózgu, zniknie.

Szczur nadal stał na stole i patrzył na mnie z, rękę dam sobie uciąć, kpiącym wyrazem pyszczka.

­– Stary, wiem, że będzie ciężko, ale załatwmy to od razu, dobra? – Przysiadł na stole w dziwacznej pozycji, ni to wyprostowany, ni to w kucki, i kontynuował. – Jestem przedstawicielem obcej rasy. Oglądamy i zwiedzamy sobie waszą planetę. Badamy, należałoby rzec.

Kuźwa, toż on gada do mnie po polsku! Guz! Muszę iść do lekarza!

– To nawiasem mówiąc dość kuriozalne, że ty, jako przedstawiciel społeczeństwa tak zajadle produkującego rozmaite opowieści… jak wy to mówicie? O, mam, science-fiction! I to w sporej mierze o spotkaniach z innymi rasami. Pozaziemskimi! I ty nie możesz dać wiary, że spotykasz właśnie kogoś takiego? A może ty należysz do tych, którzy uważają takie pomysły za dziecinadę?

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Django Wexler „Działa imperium”
Ksiażki fantastyczne MAT - 8 czerwca 2017

Autor: Django Wexler Tytuł: Działa imperium (The Guns of Empire) Cykl: Kampanie…

„Wehikuł czasu” – nowa seria klasycznych powieści science fiction
Aktualności MAT - 5 marca 2019

Informacje na temat nowej serii powieści wydawnictwa Rebis.

Lee Carroll „Strażniczka”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 6 maja 2012

Tytuł: Strażniczka Autor: Lee Carroll Tłum.: Alina Siewior-Kuś Wydawca: Prószyński i S-ka Stron:…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!