Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (5)

Opowiadania Fahrenheit Crew - 29 stycznia 2013

– Przyprawa!

– Znaczy się… coś jak pieprz?

– Tak, bardzo ogólnie. – Bob ściszył głos i pochylił się, zmuszając i mnie do pochylenia głowy. – To coś bardzo specjalnego! Przyprawa dobrze u nas znana, rewelacyjna! Zwiększa doznania smakowe przy praktycznie każdej potrawie. Proces wytwarzania jest bardzo skomplikowany, uzyskuje się ją z wielu składników, precyzyjnie odmierzonych. Ale jaki efekt! Kiedyś była u nas bardzo droga. Stary, nawet jedną wojnę mieliśmy o nią!

– A tak bardziej konkretnie?

– Hmmm. – Bob zamyślił się pocierając piąstkami głowę. – Tak dokładnie to ci nie powiem w tym momencie. Rosną u nas rośliny nieznane na Ziemi, w drugą stronę podobnie. Część składników będzie trzeba czymś zastąpić, ale czym… Będę musiał pogrzebać i przeanalizować trochę danych. Dasz mi tydzień?

Co miałem na to powiedzieć? Oczywiście. Szczur zniknął, a ja wróciłem do robienia kolacji.

 

I faktycznie, Bob zjawił się dokładnie tydzień później. Musiałem poczekać, aż małżonka wybędzie z domu, upewnić się, że nie wróci, i wreszcie byłem do jego dyspozycji. Załadował mi zdalnie instrukcję do pliku w laptopie i wyświetlił.

Składników było kilkadziesiąt. Wiele z nich to pospolite przyprawy znane w ziemskich kuchniach: pieprz, kardamon, cynamon, ziele angielskie czy korzeń żeń-szeń. Wiele innych to zwyczajne zioła i warzywa. Kilka było faktycznie dość rzadkich, ewidentnie wymagały sprowadzenia, choć tu Bob przewidział problemy i sprawdził ich dostępność w kraju i u naszych najbliższych sąsiadów. Kilka roślin było tak pospolitych, że w życiu bym nie podejrzewał, że mogą stanowić składnik takiej specprzyprawy.

– To kwestia zawartych w nich substancji – tłumaczył Bob. – Podobne występują w naszych roślinach, których na waszej planecie nie ma. Chodzi tylko o sposób, w jaki można je wyodrębnić.

Tu faktycznie tkwił największy szkopuł całej zabawy. Furda te składniki do obróbki, ale sama obróbka! Czego tam w tych instrukcjach nie było: moczenie, suszenie, warzenie, odparowywanie, rektyfikacja. Nawet parę działań z odczynnikami chemicznymi! I te rysunki aparatur niezbędnych do uzyskiwania poszczególnych substancji…

Trochę mnie to podłamało. Nie sądziłem, że takich skomplikowanych działań z mojej strony będzie wymagać jakaś tam przyprawa. Szczur był nastawiony o wiele bardziej optymistycznie.

– Pomogę ci. Trochę już pogrzebałem i namierzyłem. Damy radę, wierz mi – warto! Potrzebujemy tylko miejsca, gdzie będziemy poza widokiem twojej żony. Aha! I weź dwa tygodnie urlopu.

– Urlopu?

– Najpierw zgromadzimy składniki. Zmontowanie aparatury i uzyskanie półproduktów zajmie nam jakiś tydzień. Zmieszanie – kilka minut.

– No to po co dwa tygodnie?

– Stary… Będziesz chciał spróbować, będzie cię korciło. I spróbujesz. A wtedy tydzień masz z życiorysu, jak obszył.

– W tym będą narkotyki? – Znów nabrałem wątpliwości.

– Nie, nie. – Bob zamachał gwałtownie łapkami. – Tyle czasu minie, nim się zbierzesz w sobie na tyle, żeby przestać jeść i wyjść z kuchni.

 

Krótko mówiąc, gryzoń nie pomylił się ani o jotę. Dobrze, że wziąłem urlop na trzy tygodnie, bo choć po tygodniu żarcia potraw z przyprawą Boba czułem się już na siłach, by przestać, wcale nie miałem ochoty. Obawiałem się tylko, co na tę nieobecność powie moja małżonka, ale na szczęście, na wciąż wznoszącej się fali szczęścia, gładko łyknęła lipne trzytygodniowe zagraniczne szkolenie kucharskie!

Samą przyprawę postanowiłem potraktować z pewną nieufnością. Fakt, głupotą było wypróbowywanie jej na sobie, ale trochę się przed tym zabezpieczyłem. Bardzo drobną jej ilość oddałem do przeprowadzenia kilku znaczących testów chemicznych. Znajoma chemiczka z czasów studiów (sąsiadka z akademika) poleciła mi kogoś pracującego w nieźle wyposażonym laboratorium. Wynik był negatywny, przyprawa nie zawierała większości znanych i popularnych nieorganicznych substancji trujących ani trucizn organicznych. Można było więc wypływać na szerokie wody.

Spytacie się, po co te testy? Ano, doświadczenie płynie ze słowa pisanego. Mało to książek i opowiadań science-fiction, w których przybysze z kosmosu próbują wygubić rasę ludzką? Powiecie, że znałem dobrze Boba. Owszem, poznałem go nieźle i szczerze polubiłem. Ale biznes is biznes, a dupę kryć trzeba. Zresztą, uśmiejecie się, jak już wyszedłem z tego amoku żarcia przyprawy we wszystkim, Bob sam delikatnie zwrócił mi uwagę, że postępuję nierozważnie. Że powinienem przed konsumpcją sprawdzić przyprawę na obecność trucizn, bo niby wedle jego wiedzy wszystko gra, ale komputery zawsze mogą coś przeoczyć. Nie przyznałem się wtedy, jakoś tak głupio mi było, obiecałem tylko, że niebawem to uczynię.

Koniec końców, przedłużyłem na czas nieoznaczony trzytygodniowy najem magazynu, w którym produkowaliśmy przyprawę. Odwiedzałem go prawie codziennie, by dopilnować wyrobu kolejnych porcji, a te zabierałem do restauracji. Ciekawiście na pewno, jaki był skutek?

 

Szał.

Ludzie, obrazowo mówiąc, walili drzwiami i oknami. Kto żyw i znaczący w mieście, musiał u nas jadać, tak po prostu. Stało się to miejsce modne i wygodne.

Po dwóch tygodniach szef dogadał się z właścicielami obu sąsiednich lokali, w trybie ekspresowym wypowiedziano im umowy najmu i rozpoczęto remonty. Restauracja się rozrastała. Ja sam nie byłem już w niej jednym z kucharzy, stałem się szefem kuchni o niebywałej estymie wśród personelu. Przez kilka dni parę osób miało do mnie lekki żal, nie powiem. Zwłaszcza pozostali kucharze. Ale kiedy skoczyły ceny w menu i zaraz po tym nasze pensje, protesty i niesnaski się urwały.

Remonty zakończono w rekordowym czasie dwóch tygodni. Restauracja była większa, ale przerastała ją sława. Nie musieliśmy szukać pracowników, zgłaszali się sami, tylko przebierać i wybierać. Zgarnęliśmy śmietankę kelnerów i kucharzy z Wrocławia i okolic.

Nie byłem już znanym szefem kuchni. Byłem najbardziej rozpoznawalnym nazwiskiem na kulinarnej mapie Wrocławia! Co tam Wrocławia, województwa, kraju! Nim minął miesiąc od mego powrotu do pracy, zdążyłem już dać dwa wywiady do poczytnej prasy o modzie i stylu życia, zaś nim minął drugi, restaurację polecały wszystkie magazyny dla snobów i tych, którzy chętnie by snobami zostali. Nie szukałem sławy, trzymałem ją już w garści i mogłem przebierać w ofertach, mogłem sam decydować, komu dam wywiad czy w której stacji telewizyjnej się pojawię!

Czy szef pamiętał jeszcze o swym niezadowoleniu z mego trzytygodniowego, bezpłatnego urlopu? A skąd! Mieliśmy w restauracji gości ze świata polityki, mody, kultury i sztuki. Pojawiły się nawet micheliny, i tylko z wrodzonej skromności nie zdradzę, ile gwiazdek dostaliśmy. Goście przyjeżdżali do nas specjalnie z Niemiec, Włoch, Francji, Anglii, a nawet ze Stanów!

 

Ta kariera, przyznaję, nieco mnie oszołomiła. Chciałem, ale i musiałem poświęcać pracy dużo więcej czasu, niż onegdaj pracując w urzędzie. Nie da się ukryć, że traciło na tym życie rodzinne, coraz mniej czasu spędzałem z żoną. Na szczęście jej to nie przeszkadzało, moja jaśniejąca gwiazda opromieniała ją w wystarczającym stopniu. Wtedy nie potrafiłem tego należycie ocenić, więc i nie przejmowałem się za bardzo. Oczywiście z perspektywy czasu wszystko wygląda inaczej, ale kto mógł wtedy o tym wiedzieć?

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Science Fiction Fantasy i Horror – numer październikowy
Aktualności Fahrenheit Crew - 21 września 2011

Zachęcamy do zapoznania się z zawartością październikowego numeru Science Fiction Fantasy i Horror. W numerze 72.…

Colm Tóibín „Brooklyn”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 5 października 2009

Rebis Eilis Lacey mieszka z matką i siostrą w irlandzkim miasteczku, gdzie wiedzie spokojne życie.…

Wiadomości o Falkonie – kilka nowych informacji
Aktualności Fahrenheit Crew - 8 września 2016

Ruszyła przedsprzedaż biletów na Falkon. W systemie Biletin można kupić wejściówkę 5 zł taniej niż…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!