Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (6)

Opowiadania Daniel Ostrowski - 29 stycznia 2013

 

Przyszedł wreszcie czas, gdy porzuciłem Wrocław i restaurację. Dostałem propozycję nie byle skąd, bo z Georges V, jednej z najbardziej znanych restauracji Paryża, znajdującej się w nie mniej znanym hotelu. Decyzja była prosta, na tej drodze mogłem zrobić tylko krok naprzód. Tak mi to tłumaczyła moja małżonka, tak też widziałem to ja sam. Wynająłem mieszkanie w stolicy Francji i rozpocząłem pracę.

Ach, Francja… Zagadałbym się do szczętu, chcąc opowiedzieć o tej inności i o cudowności kolebki najlepszej kuchni na świecie. Zanudziłbym nawet, opowiadając tylko o minusach Francji i tamtejszego życia. Tego się nie da opowiedzieć, trzeba to po prostu przeżyć, choćby przez kilka dni.

Zresztą, wpadłem w taki wir pracy, że dotychczasowy nadmiar zajęć w Polsce wydawał mi się teraz pracą na niepełny etat. Oczywiście musiałem się sprężyć i pokazać, co potrafię, co innego intratna propozycja, a co innego marka wyrobiona na miejscu. Przyznam, że z trudem znalazłem czas, by się przejąć odlotem Boba i by się z nim należycie pożegnać. Misja szczurów na Ziemi dobiegła końca i wracali na ojczystą planetę. Nie powiem, z żalem wypowiadałem słowa pożegnania i podzięki za to, co dla mnie zrobił. Ale myślami i tak byłem gdzie indziej, pomiędzy blatami, parującymi i skwierczącymi patelniami, garami i salaterkami. Machinalnie tylko kiwałem głową, gdy przypominał mi o konieczności rozpowszechnienia przyprawy na Ziemi. W końcu pożegnaliśmy się ostatecznie i projekcja Boba przestała nawiedzać mój dom.

Po tym najtrudniejszym, pierwszym okresie kucharzowania w Georges V przyszedł wreszcie czas względnego luzu. Dyrekcja hotelu poznała się na mnie i doceniła, reszta personelu kuchni była doskonale wytrenowana i zgrana, poznaliśmy tylko wzajemnie swój styl pracy i mogłem już się bardziej poświęcić zarządzaniu, kontrolowaniu i oczywiście najważniejszemu – wymyślaniu nowych przepisów tudzież udoskonalaniu starych.

Nie muszę chyba tłumaczyć, że największym problemem stał się coraz mniejszy zapas przyprawy Boba. W tym przypadku dopisało mi trochę szczęścia. Udało mi się znaleźć pięknie przygotowany loft w dzielnicy przemysłowej. Przynależały do niego spore pomieszczenia magazynowe, więc bez zbędnych ceregieli sprowadziłem z Wrocławia aparaturę i zacząłem samodzielnie wytwarzać przyprawę. Miałem teraz blisko do fabryczki, wystarczyło zjechać windą na dół i już byłem w dziale produkcji. Nie muszę chyba dodawać, że znacząco przyczyniało się to do zwiększenia bezpieczeństwa przedsięwzięcia, bo łatwiej mi przychodziło ukrywanie tajemnicy.

Tak mijały miesiące.

 

Zmieniało się moje życie i zmieniał się świat. Temu drugiemu oczywiście poświęcałem mniej uwagi.

Restauracja w Georges V, już wcześniej bardzo poważana i popularna, stała się najlepszą i najbardziej znaną w całej Francji. Michelin, po dłuższym namyśle, utworzył specjalnie dla nas nową kategorię dodając do swego standardowego zestawu jedną gwiazdkę. Byliśmy jedyną restauracją na świecie z czterema gwiazdkami w przewodniku. Jadała u nas sama śmietanka, najważniejsi ludzie we Francji i z całego świata. Ceny były niebotyczne, ale nie powstrzymywało to nikogo z bywalców. Zaś moje zarobki stały się astronomiczne.

Sprawy rodzinne układały się, szczerze mówiąc, tragicznie, choć wtedy tak tego nie postrzegałem. Gośka została w Polsce i korzystała z owoców mej ciężkiej pracy. Więcej zresztą wartych we Wrocławiu niż w Paryżu. Czasem przyjeżdżała do mnie, gdy pozwalała jej na to praca i coraz liczniejsze kontakty towarzyskie. Głównie kontakty towarzyskie, jeśli mam być szczery, bo z czasem zupełnie porzuciła pracę i skupiła się na brylowaniu na salonach.

Jak było, gdy mnie odwiedzała? Tak sobie, nijako. Żadnych romantycznych bzdur, wspólnych wypadów w Alpy czy na Lazurowe Wybrzeże, żadnych kolacyjek w małych restauracyjkach. I właściwie to już zupełnie bez upojnych nocy. Tylko haute couture, modne restauracje, opera, bankiety. Pobłyszczeć u boku znanego i popularnego męża, to w całości wyczerpywało zainteresowania mej małżonki. To było spełnieniem jej marzeń, wiedziałem, że skrycie żałowała, że nie chcę, by zamieszkała tutaj ze mną i brylowała na pełny regulator. Od kiedy pamiętam, uwielbiała Francję, język, kulturę, architekturę, po prostu wszystko, co francuskie. Cóż się więc dziwić, że odwiedzając mnie, tak naprawdę odwiedzała kraj swych marzeń, który przecież mogła zgłębiać w glorii żony znanego człowieka.

Czemu nie chciałem? Wtedy trudno by mi było to ustalić. Ot, jakoś nie miałem ochoty spędzać z nią więcej czasu, tyle ile w trakcie jej wizyt. I to już było nadto, prawdę mówiąc. A poza tym, zdaje mi się, sam sobie wtedy zamydlałem oczy, wmawiając sobie, że to główny niby powód – gdy mnie odwiedzała, trudniej mi było ją utrzymać z dala od wytwórni przyprawy. I utrzymać wszystko w należytej tajemnicy.

Sam zresztą żyłem na wysokich, towarzyskich obrotach. Jako człowiek bardzo, bardzo znany, pojawiający się na co dzień w prasie i w telewizji, na zdjęciach i na spotkaniach z ludźmi popularnymi, byłem dobrze rozpoznawalny i wszędzie chętnie widziany. Zapraszano mnie na bankiety, pokazy mody, galę w Cannes. Mało tego, jakiś wpływowy wielbiciel mej kuchni stanął na głowie i sprawił, że z wielką pompą wręczono mi francuskie obywatelstwo! Mnie, człowiekowi mówiącemu bardzo kulawą francuzczyzną! Gratulujący mi tego wyróżnienia prezydent Francji oznajmił przed kamerami, że człowieka tak doskonale francuskiego w duszy, tak wspaniale rozumiejącego wyższe potrzeby francuskich kulinariów, nie można było nie uhonorować obywatelstwem kraju, który przecież kocha jeść. Nawet jeśli ten człowiek po francusku, w najlepszym razie, duka.

Kręciło się wokół mnie mnóstwo pięknych i znanych kobiet, aż wychodzących ze skóry, by wdać się w romans z równie jak one sławnym człowiekiem. Nie powiem, często zdarzało mi się właśnie w takim towarzystwie nawiedzić tę czy inną galę, okazji w każdym razie nie brakowało. Mimo to nigdy nie zdradziłem Gośki. Czy tak bardzo przedkładałem ją nad inne kobiety? Ależ nie, uwielbiałem teatralnie skrywaną atencję! Po prostu mi się nie chciało. Najzwyczajniej w świecie nie myślałem o seksie. Zdarzyło mi się nawet, raz czy dwa, zastanowić nad tym, ale uznałem, że jestem najzwyczajniej przepracowany, pierwszy raz w życiu chyba na taka skalę. Pracy było sporo, obowiązków towarzyskich nie mniej. Więc nie powinienem się specjalnie dziwić brakiem ochoty.

A pracy miałem w bród. Zamyśliłem sobie bowiem, po części pamiętając o prośbach Boba, a po części chcąc, najzwyczajniej w świecie, zarobić więcej kasy, założyć firmę sprzedającą gotowe potrawy zawierające nieziemską przyprawę. Organizacja przedsięwzięcia od strony koncepcyjnej, produkcyjnej, zasobów ludzkich, a zwłaszcza od strony formalnej, pochłonęła masę czasu i energii. Nierzadko musiałem na szali stawiać mą pozycję i poczynione w międzyczasie znajomości! W końcu udało się jednak przebrnąć te trudne etapy, pokonać opory urzędników, uzyskać odpowiednie atesty sanitarne i laboratoryjne, by wreszcie uruchomić sprzedaż gotowych dań. Oczywiście nie była to kuchnia najwyższych lotów, gdybym oferował dania równie wykwintne, jak gotowałem w Georges V, restauracja pewnie straciłaby sporą część klienteli. Przyprawy do oferowanych dań też dodawałem znacząco mniej. Ale nie miało to większego wpływu na sukces. Firma błyskawicznie odzyskała skredytowany kapitał, nabrała estymy i powagi. A kasa płynęła szeroką strugą.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Adrian Zwoliński „Czas złoczyńców”
Felietony Adrian Zwoliński - 28 sierpnia 2015

W kategorii gier komputerowych do niedawna wydawało się, że mogliśmy wcielić się we wszelkie odmiany zła…

Honor Harrington. Początki
Ksiażki fantastyczne MAT - 19 kwietnia 2015

David Weber, Charles. E. Gannon, Timothy Zahn, Joel Presby Tłumacz: Radosław Kot…

Dziwne dni
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 17 czerwca 2013

Autor: Michał Puczyński Tytuł: „Odmiana przez przypadki” Wydawca: NovaeRes  2013 Stron: 134 Cena…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!