Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (7)

Opowiadania Fahrenheit Crew - 29 stycznia 2013

Dania sprzedawały się jak świeże bułeczki. Stały się stałym punktem w jadłospisach Francuzów. Mowa oczywiście o rdzennych obywatelach, wśród rzesz ludności napływowej o różnych kolorach i odcieniach skóry moja kuchnia nie nabrała nigdy popularności. Niewątpliwie wpływ na to miały rady zatrudnionych specjalistów od PR i marketingu. Wywodzili oni, że niemożliwe będzie zdobycie na szerszą skalę odbiorców we wszystkich francuskich grupach etnicznych. Że uzyskanie masowej sprzedaży wśród ludności kolorowej będzie trudniejsze niż wśród białych, bo ci ostatni kojarzą mnie, białego, jak by nie było, jako swojaka, popularnego speca od francuskiej kuchni, posiadającego francuski paszport wręczony przez samego prezydenta. Hołdujących przekonaniu, że na rozmaitych stylach gotowania to ja się mogę znać nawet i superrewelacyjnie i uprawiać je w restauracji, ale Francuzów mam karmić po francusku. Jeśli skieruję ofertę do kolorowych i zaproponuję dania etniczne, biali mogą to odebrać jako odejście od nich i przede wszystkim – od tradycyjnej kuchni francuskiej. Mógłbym wtedy wiele stracić, niewiele zyskując. Skutki byłyby katastrofalne: spadek sprzedaży i zaufania do firmy właśnie wśród rdzennych Francuzów, utrata reputacji znakomitego kucharza i pracy w najlepszej francuskiej restauracji. Uwierzyłem im i wycofałem z planowanej oferty firmy dania afrykańskie, arabskie, tajskie, wietnamskie i hinduskie.

 

Mijały lata.

Mojej aktywnej egzystencji zagrozić mogła tylko jedna osoba – moja żona. I oczywiście z intuicyjną pewnością siebie uczyniła to, czego najbardziej się obawiałem. Jej marudzenie, że wolałaby mieszkać ze mną, w Paryżu, osiągnęło już taki poziom, że nie dało się wytrzymać. Był to niegasnący temat rozmów w trakcie jej odwiedzin i przyczynek do kilku telefonów każdego dnia, gdy była w Polsce. Co miałem jej powiedzieć? Podstawowy, zdawałoby się, w takiej sytuacji argument, że powinna zostać w kraju z dziećmi i się nimi zajmować, nie miał racji bytu – dzieci się nie dorobiliśmy i raczej się już na to nie zanosiło. O tym, czego się obawiałem naprawdę, mianowicie wpychaniu wścibskiego nosa w fabryczkę pod apartamentem, nie mogłem z oczywistych względów nic powiedzieć. Trwałem więc niewzruszony, w milczeniu, bez podawania argumentów. Niczym obojętna skała odpierałem coraz natarczywsze żądania.

Aż w końcu pękłem. Wymiękłem, gdy zaczęła mi histerycznie zarzucać, że na pewno mam kogoś we Francji na boku i dlatego nie życzę sobie jej obecności. Uległem i powróciły czasy pantoflarza, który chce mieć spokój.

Gdy podjąłem już decyzję, gdy zacząłem przyzwyczajać się do myśli, że Gośka niebawem się u mnie pojawi i już zostanie… Uświadomiłem sobie, że prowadzimy przecież zupełnie osobne życia, że nic już nas nie łączy. I wcale mi się to nie spodobało. Bo przecież nie zdradziłem małżonki, nie wdałem się w romans z żadną z chętnych przedstawicielek francuskiej socjety, ba, właściwie to nawet nie zacząłem żadnej darzyć choćby tylko przelotnym uczuciem. Za to odżyły we mnie rzewne wspomnienia z lat naszej młodości. Zatęskniłem za, zdawałoby się, utraconą miłością. Postanowiłem zaryzykować.

Moje obawy były przedwczesne. Ma połowica bynajmniej nie miała zamiaru zamieszkać ze mną w modnym i gustownie urządzonym lofcie. Zniechęcał ją fabryczny charakter dzielnicy oraz dość spora odległość od centrum. Wymogła na mnie, bym nabył duży apartament w eleganckiej kamienicy położonej atrakcyjnie w siedemnastej dzielnicy. Oficjalnie mieszkaliśmy tam razem, nieoficjalnie… ekhem, byłem tam powiedzmy, bywalcem.

Jeśli liczyłem na renesans naszego uczucia, to się przeliczyłem. Moja lepsza połowa rzuciła się w wir życia towarzyskiego z zapałem godnym lepszej sprawy. Znów brylowała na salonach, pojawiała się na galach i pokazach mody, spotykała z celebrytami świata biznesu, mediów, mody, filmu i polityki. Miała do tego dryg. A ja byłem tylko dodatkiem… Sławnym, owszem, ale przy niej tym cichym, milczącym. Znalazła sobie nawet pracę na fali nowych znajomości i popularnego nazwiska męża. Pracę na miarę nowego trybu życia, dodam. Zaczęła pośredniczyć w handlu i najmie nieruchomości. Domy z ogromnymi zespołami parkowymi. Zamki i zameczki. Stadniny i winnice. Perły architektury. Cuda krajobrazu.

Poszukiwanie nowej posiadłości jest dla francuskiego arystokraty czy innego celebryty zjawiskiem znacznie odbiegającym od tego, co odczuwa przeciętny zjadacz chleba, oglądający kolejny klitki w blokach i wciąż przeliczając w myślach stan konta, zdolność kredytową i potencjalne raty. Od pośrednika w obrocie takimi nieruchomościami oczekuje się zupełnie innych cech i umiejętności. Nie pośpiechu, lecz wyczucia smaku. Czasu na spotkanie przy kawie i kieliszku wina, spotkanie, przy którym nie rozkłada się na stoliku laptopa ze zdjęciami domów czy apartamentów, lecz rozmawia elegancko i wykwintnie o niczym i tylko zdawkowo gdzieś w tle wspomina o… Hmm, a może Chateau de Breillac? Trochę zaniedbany, ale są tam cudowne tereny do jazdy konnej. Och, jest taki rozkoszny Maison w Sueilly-sur-Loc, moglibyśmy się tam wybrać w czwartek, po herbacie?

Radziła sobie świetnie. W tym towarzystwie czuła się jak ryba w wodzie. Praca ta i życie towarzyskie przenikały się na wskroś. Pozwól, droga Madeleine, przedstawię ci kogoś. Marguarette jest żoną tego kucharza z George V, pamiętasz? Słuchaj, to ona znalazła mi to cudne, małe chateau z polem golfowym. No wiesz, niedaleko Agones. Klienci po prostu sami pchali się jej w ręce. Nie, żeby się bardzo przepracowywała. W takim miejscu ilość spraw jest nieduża, za to prowizje – niebotyczne. Dzięki temu moja lepsza połowa stała się prawie niezależna.

Prawie. W końcu ubierała się w tych samych butikach i salonach co jej klientki. Ale było nas na to stać.

 

Gdy byt firmy się należycie ustabilizował, miałem więcej czasu dla siebie. Oddawałem się oczywiście pracy w restauracji i obowiązkom towarzyskim. Firmy prowadzić nie musiałem, dobrze opłacani managerzy zarządzali nią doskonale i z przyjemnością mogłem obserwować rosnący stan rachunków bankowych.

Mogłem już sobie spokojnie pozwolić na częstsze wyjazdy do Polski. Wybudowałem nowy, wspaniały dom pod Wrocławiem, więcej czasu spędzałem z żoną i polskimi przyjaciółmi. Zdarzało mi się też wpadać znienacka do mojej dawnej restauracji, gdzie witano mnie niemal owacyjnie. Robiłem wtedy gościnne występy, nie pobierając wynagrodzenia, gotowałem cały wieczór ku wielkiemu zadowoleniu właściciela. Moje sporadyczne wizyty pozwalały mu utrzymywać wysoki poziom cen i płac, co pasowało wszystkim.

Jako człowiek bogaty zacząłem się też bardziej interesować dobroczynnością. Opłacałem konwoje z żywnością dla głodujących w państwach trzeciego świata, budowę studni, lekarzy, szczepionki. Nawet dołożyłem się do kilku szpitali. W ogóle coraz bardziej interesowało mnie to, co się dzieje na świecie.

A działo się wiele.

Amerykańska krucjata przeciw terroryzmowi trwała w najlepsze. Dzień w dzień amerykańscy chłopcy ginęli za demokrację w Afganistanie, Iraku i Jemenie. Jakby tego było mało, amerykański prezydent wpędził swój kraj w kolejną wojnę, wykorzystując jako pretekst coraz bardziej jawne prace Iranu nad bronią nuklearną. Kraj ajatollaha okazał się dla USA orzechem o wiele trudniejszym do zgryzienia niż ich dotychczasowi przeciwnicy. Wojna trwała w najlepsze, a u boku Ameryki trwali jej wierni sojusznicy – Anglicy i Polacy.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Gdzie po nowego Pilipiuka?
Aktualności Fahrenheit Crew - 19 czerwca 2012

Fabryka Słów donosi, że już od 4 lipca – przez pierwszy tydzień tylko w sklepach Inmedio, Relay i Virgin…

Lajconik – Krakowskie Dni z Grami Fabularnymi
Aktualności Fahrenheit Crew - 13 marca 2017

W najbliższy weekend (18-19 marca) w Miejskim Domu Kultury w Krakowie (ul.…

125 gier z 38 krajów – poznaliśmy finalistów konkursu „FreeGalaktus 2017”
Gry MAT - 15 listopada 2017

9 listopada 2017 roku – Galaktus PR, agencja obsługująca klientów z branży technologicznej i gier wideo,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!