Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (8)

Opowiadania Fahrenheit Crew - 29 stycznia 2013

Nie była to zresztą jedyna wojna. Jakieś postsowieckie kraje kaukaskie znów dały upust nienawiści, pragnąca ze wszech miar pokoju Rosja pchała tam łapy i czołgi. Walczyły też jakieś kraiki w Afryce, a nawet w Malezji.

Ceny na świecie podlegały ciągłym niepokojącym fluktuacjom. Z uwagi na wojnę w Iranie i na Kaukazie, zwyżkowała ropa. Z kolei w dół, niepokojąco, ciągnęły ceny żywności, sprawiając, że ten sektor gospodarki stawał się coraz mniej opłacalny. A to z kolei wymuszało na Unii Europejskiej zwiększanie dopłat bezpośrednich i drenowało unijny skarbiec i kieszenie podatników ponad miarę.

Wielkie zmiany nie ominęły nawet hermetycznej Francji. Na dość kuriozalną skalę, przyznaję. Moją nową ojczyznę ogarnęła niebotyczna fala rozwodów, spowodowanych masowo odkrywanymi zdradami. Co ciekawe, najczęściej, wręcz w lwiej części przypadków, rodowite białe Francuzki zdradzały mężów z mężczyznami nacji murzyńskich, arabskich i azjatyckich. Wychodziło to na jaw, gdy w białych rodzinach zaczęły się rodzić, w niepokojących ilościach, kolorowe dzieci. Problem dotykał tak małżeństwa posiadające już pewien staż, jak i młode, startujące dopiero na wspólnej drodze życia. Kolejne media włączały się w temat i biły na alarm, ale nikt nie miał pomysłu, co z tym fantem zrobić. A przecież nawet sama Carla Bruni z hukiem opuściła męża i związała się z czarnoskórym producentem muzycznym. Pikantne szczególiki relacjonowała mi Gośka, zaprzyjaźniona z Carlą od paru miesięcy. A prasa brukowa miała używanie.

 

Tak minęło dwanaście lat.

Powrót szczurów zaanonsował mój stary grundig. Razem z wieloma drobiazgami zabrałem go ze sobą do Francji. Jakoś tak… czułem się przywiązany. Trzymałem go z sentymentu za starymi czasami, lubiłem usiąść przy nim, włączyć muzykę z innego sprzętu i wyobrażać sobie, że nadal jestem nastolatkiem, którego rodziców nie stać na nowoczesny magnetofon. Że znów słucham na nim tamtych nagrań… Trudno to pewnie zrozumieć, choć spotkałem się parę razy z taką postawą wyrażaną w stosunku do gramofonów. Że niby muzyka cyfrowa, taka bez trzasków i szumów, nie ma duszy. Mnie to nigdy specjalnie nie wzruszało, ale jak rzekłem – sentyment.

W każdym razie mój grundig od kilku dni trzeszczał. Cicho, ale na tyle wyraźnie, by zwrócić na siebie uwagę. Nie był uruchomiony, ale wtyczka, sam nie umiem powiedzieć dlaczego, tkwiła w gniazdku. Przypomniałem sobie, że zdarzało mu się to również wtedy, gdy uczyłem się od Boba gotować. I że szczur też coś wspominał o działaniu szpulowca, że to właśnie jakiś dziwny sygnał zwrócił na siebie i na mnie uwagę Boba i jego komputera pokładowego. Wywiodłem z tego wniosek, że szczuroludzie są już ponownie w drodze, być może już całkiem blisko Ziemi. A może nawet na orbicie?

Nie musiałem długo czekać.

Pewnej nocy, kilka dni później, obudziłem się, czując, że coś po mnie łazi. Blask latarni nie był w stanie przebić się przez rolety, więc zapaliłem lampkę. Na pościeli stał Bob, poznałem go od razu, choć wyglądał zupełnie inaczej niż w dawnych projekcjach holograficznych. Solidne, grube ubranie, jakby kombinezon, przypominająca plecak plastikowa konstrukcja na ramionach i coś jak aparat tlenowy na głowie.

Ucieszyłem się jak cholera, zdążyłem polubić drania i często mi go brakowało. Zresztą chyba się nie dziwicie, w końcu komu zawdzięczam sukces? To tak, jakby mieć żywą maskotkę przynoszącą szczęście.

Po energicznych ruchach szczura poznałem, że również jest nielicho podekscytowany. Wydawał z siebie masę dźwięków, szczekliwych, warczących, piszczących, podskakiwał, kręcił się jak fryga i co rusz dotykał moich dłoni i twarzy. Zgłupiałem trochę. Nie dość w końcu, że byłem ledwie wybudzony z głębokiego snu, to dezorientację znacząco powiększały wspomnienia. Chwila dłuższa minęła, nim ocknąłem się na tyle, by zrozumieć – Bob terkocze, jak najęty, w swoim szczurzym języku! Przecież wtedy, w Polsce, kontakt między nami utrzymywały komputery jego pojazdu. Nie tylko projekcję. Mowę również musiały przekładać, trudno od kosmicznej rasy gryzoni oczekiwać, że będzie porozumiewać się językiem czterdziestomilionowego narodu, będącego ledwie ułamkiem kilkumiliardowej populacji naszej planety!

Wzbudziło to, nie ukrywam, mój natychmiastowy podziw dla techniki pobratymców mego przyjaciela. Bo przekład tych szczeknięć, który pamiętałem sprzed lat, był idealny! Jakbym rozmawiał z nieźle wykształconym rodakiem. Niestety, teraz kompletnie nic nie zrozumiałem z jego szczekliwego słowotoku i to raczej nie z powodu zniekształcającej dźwięki maski na jego pyszczku.

Zorientował się w tym samym momencie i zaciągnął mnie do mojego komputera, co chwila robiąc znaczące miny i unosząc wyciągnięty kciuk. Zdjął obudowę peceta, pogrzebał trochę we wnętrzu, chyba coś tam zamontował, po czym, gestykulując, dał mi znać, bym uruchomił maszynę. W czasie, gdy system się odpalał, Bob wyciągnął jakieś urządzonko, poobserwował je przez chwilę, po czym z westchnieniem ulgi zdjął maskę. Stracił jeszcze chwilę na buszowanie po kompie, uruchomił jakąś aplikację, coś skonfigurował i wreszcie… zaczął mówić, a głośniki komputera błyskawicznie wypluły polski przekład. Jak za starych, dobrych czasów.

– Witaj stary! Przepraszam za ten akwalung, musiałem sprawdzić powietrze. Niby możemy oddychać waszym, skład jest dość podobny, ale w większych miastach macie takie zanieczyszczenie, że mogłoby mnie zabić! Na szczęście w twojej chałupie jest git.

– Cześć, Bob!

Szczur, już w trakcie przemowy, zdążył zrzucić większość wyposażenia i grube ubranie. Znów stał naprzeciw mnie jak kiedyś, nawet ubranie miał podobne: szorty i takiego udziwnionego t-shirta. Stanął wreszcie wyprostowany na biurku obok monitora, ukłonił się z gracją i wyciągnął przed siebie łapkę. Gdy ją ująłem delikatnie, dwoma palcami, poczułem naprawdę silne wzruszenie. Bob wrócił! Wrócił i od razu mnie odwiedził! I wreszcie stoję twarzą w twarz z nim, a nie jakąś holoprojekcją!

 

Co można zrobić w takiej sytuacji? Zadzwoniłem od razu do mojego zastępcy, oczywiście obudziłem go i musiałem najpierw wysłuchać porcję merdów i piutęnów, nim wreszcie dał mi dojść do słowa. Oznajmiłem, że biorę parę dni wolnego i że przejmuje dowodzenie. Nie był zdziwiony, bo zdarzało mi się to od czasu do czasu, gdy miałem ochotę skoczyć do Wrocławia, dajmy na to.

A potem, wywiedziawszy się uprzednio, czy szczuroludź metabolizuje alkohol, zabrałem do salonu Boba, komputer i butelkę najlepszego koniaku. I co tu dużo gadać, nim minęły trzy godziny, ostro się urżnęliśmy. Ja z koniakówki, on z nakrętki. Nagadaliśmy się też niewąsko, choć muszę przyznać, że głównie ja gadałem i oczywiście w większości o kulinariach. Pozwierzałem mu się ze szczegółów francuskiego życia, poopowiadałem dykteryjki z życia wyższych sfer i pożaliłem na małżeństwo

Ściągnij tekst:

Powiązane wpisy

Trudi Canavan „Nowicjuszka”
Patronaty F-ta - 7 kwietnia 2008

Księga II Trylogii Czarnego Maga. Imardin to miasto ponurych intryg i niebezpiecznej polityki, gdzie…

Konkurs dla kreatywnych miłośników Pratchetta
Aktualności - 18 sierpnia 2009

Wydawnictwo Biblioteka Akustyczna, wydawca pierwszego audiobooka Pratchetta Kolor magii w Polsce, ogłasza konkurs…

Adam Cebula „Powtórka z energetycznej atmosfery”
Para-Nauka - 20 października 2017

Tak, to prawda, już o tym pisałem. Jednak, skoro o tym się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!