Daniel Ostrowski „I prawie już nie ma białych Francuzów” (9)

Opowiadania Daniel Ostrowski - 29 stycznia 2013

Bob przecenił swoją odporność na przedni napitek, a może nie docenił jego mocy, bo nad ranem padł jak ścięty, mimo że wypijał porcje dużo mniejsze ode mnie. Też już miałem zdrowo w czubie, więc zostawiłem go tak, jak zasnął, częściowo na oparciu fotela, a częściowo na blacie stolika, z łebkiem wspartym o klawiaturę. Ległem na kanapie i łagodnie opadłem w objęcia Morfeusza i Bachusa.

 

Obudziłem się późnym popołudniem. Z solidnym kacem, któremu szybko zaradziłem sprawdzonymi domowymi metodami: klinem, aspiryną, a po jakimś jeszcze czasie dużą porcją lodowato zimnego mleka. Bob spał dalej w tej samej pozycji. Próbowałem go obudzić, delikatnie, a potem już bardziej bezpośrednio, ale daremnie. Nieco się zestrachałem, czy nie zatrułem go zbyt wielką dawką alkoholu! Ale spał tak spokojnie, oddychał i ogólnie sprawiał wrażenie, na tyle, na ile mogłem to ocenić, zdrowo wypoczywającego. Po prostu długo. Przełożyłem go więc na siedzisko fotelu, gdzie powinno mu być wygodniej i przykryłem kocem. A on spał przez cały dzień, kolejną noc i jeszcze kolejny dzień aż do wieczora.

A gdy wreszcie wstał, opił się wody i poczuł lepiej, wróciliśmy do rozmowy. I wtedy rozpętało się piekło.

– O żeż… kuźwa! – Siedział akurat na krawędzi stolika, majtając swobodnie dolnymi łapskami, gdy dotarła do niego najbardziej interesująca część opowieści – Czyś ty na łeb upadł? O w mordę!

– Ale… co? – Jego nagła reakcja sprawiła, że omal nie udławiłem się francuskimi grzankami, które pracowicie pałaszowaliśmy.

– No stary! Tłumaczyłem ci przecież! Ile razy można, kurna, powtarzać? – perorował zaciekle. – Miałeś przyprawę roz-pow-szech-nić! Miała być znana wszystkim, łącznie z procesem produkcji! Mieliście ją zajadać wszyscy! Wpierdzielać na całej chromolonej planecie. Przecież teraz, kurde, nic się nie uda! Cały plan w łeb… znaczy się, słuchaj, ja mam przerypane u naszych!

– Nie przesadzaj…

– Co nie przesadzaj, co nie przesadzaj?! Dałem ci mnóstwo czasem! Ponad dziesięć waszych lat! Miało być załatwione! – Trząsł się coraz bardziej, sam nie wiedziałem, czy z wściekłości, czy ze strachu. – Jak się moi dowiedzą… że ci dałem przyprawę, to… odwołają cały ten kontakt!

– Nooo… A co, do kogo uradziliście iść? Komu się ujawnicie? – Próbowałem zmienić temat, żeby go uspokoić. – Prezydentowi USA? Komisji europejskiej? Rządowi Chin? Papieżowi? A może wiesz, w Polsce? To by nam trochę pomogło, prestiż międzynarodowy by wzrósł…

– Tak po prawdzie to jeszcze nie. – Metoda chyba przyniosła skutek, bo Bob uspokoił się i podjął temat. – Postanowili u nas, że sytuacja na waszej planecie jest trochę niestabilna. A to się bijecie cały czas, a to wojny i kryzysy gospodarcze… I nie do końca wiadomo, kto w danym układzie będzie najbardziej reprezentatywny, bo sytuacja jest płynna.

– Mnie się wydaje, że chyba najbardziej to jednak amerykański prezydent – podpowiedziałem.

– Niby tak. Dziś. A za dziesięć, dwadzieścia lat? Dopadnie ich w końcu deficyt finansów publicznych, przyduszą długi od życia ponad stan, rynek nieruchomości się zawali i co? Świat przestanie słuchać, co mają do powiedzenia.

– Niby racja. – Wywód Boba mnie zaskoczył, oni naprawdę solidnie przeanalizowali, co się u nas dzieje! – No to po co właściwie… przylecieliście?

– Mamy założyć w Układzie Słonecznym posterunek, na jakiś czas. Żeby was jeszcze poobserwować. Sprawdzić, czy sytuacja się stabilizuje, w którym państwie najlepiej się ujawnić, z którym przywódcą rozmawiać. Mamy typy, ale brak u nas consensusu.

– Na jak długo?

– Kilka lat może…

– Super, Bob! – Wybuchnąłem entuzjazmem, nie do końca przecież udawanym. To naprawdę był nadzwyczajny news, mieć tu znów Boba i to jego samego, a nie projekcję! Może jeszcze czegoś by mnie nauczył albo dał coś nowego na miarę tej przyprawy…

– Ja ci dam super – odparł spokojnie, a potem wrzasnął na pełen regulator, tak, że jego wrzask zagłuszył automatyczny przekład z komputera. – Ja ci dam super!!!

– Bob, uspokój się…

– Jak mam się uspokoić?! Przecież teraz odwołają całą imprezę i każą nam zwijać manatki!

– To im nie mów! – Oponowałem.

– I myślisz, że to coś zmieni w mojej sytuacji? Nawet jeśli misja się powiedzie i kontakt zostanie nawiązany, prędzej czy później ktoś dojdzie do tego, że ja ci dałem coś niedozwolonego! Nasze cywilizacje mogą sobie współpracować do woli, a mnie za karę wyrypią w kosmos. Bez skafandra!

– Macie takie drakońskie kary?

– Nie! – odparł Bob, patrząc mi prosto w oczy. – Ale w tej sytuacji możesz być pewien, że to właśnie zrobią i nie będą się oglądać na przepisy!

– Ale Bob! – Próbowałem go jeszcze uspokoić. – Przecież mówisz, że będziecie tu przez kilka lat. W tym czasie damy radę rozpowszechnić przyprawę…

– Teraz?! Ty matole! Teraz na pewno jakiś bubek w naszym dowództwie skojarzy masową podaż tego gówna z nami. Jak myślisz, ile czasu im zajmie wykoncypowanie, kto i komu zdradził recepturę? Gdybyś się postarał i zrobił tak, jak mówiłem, pewnie by to jakoś przeszło. Bo nas tu nie było! I mogliście jakoś sami do tego dojść! Ale teraz? Za późno!

No i co miałem mu powiedzieć? Fakt, zawaliłem. Dla pieniędzy i prestiżu, nie oszukujmy się. Kapucha płynie z tego interesu niewąska, a człowiek jest tylko człowiekiem. Któż nie pragnie być bogaty? A bogaty i znany, sławny wręcz, to już w ogóle spełnienie marzeń tysięcy ludzi! W dodatku nie osiągnąłem sławy w jakiejś barbarzyńskiej czy prostackiej dziedzinie, jak muzyka pop czy udział w programie reality-show, nie! Jestem jednym z najbardziej znanych kucharzy na świecie! A we Francji, kraju, jakby nie było, najbardziej ceniącym kulinaria, jestem wręcz najsławniejszy!

Mogłem przecież przez ten czas nabić kasę, zbudować firmę karmiącą cały świat i w ten sposób rozpowszechnić przyprawę. Myślałem o tym. Ale bałem się, że im większy zasięg działania, tym większe ryzyko, w Paryżu proces technologiczny miałem pod ręką, gdybym miał rozkręcić interes na większą skalę, musiałbym kogoś wtajemniczyć. A wtedy, prędzej czy później, ktoś by mi ukradł recepturę, zaczęliby ją produkować czy podrabiać Chinole i… straciłbym dalsze wpływy. Więc wolałem ograniczone, lecz bezpieczne i wcale niemałe zyski – na zawsze.

I co robić? Przyjaciół mam wielu, nie powiem, ale chyba tak naprawdę nie ma nikogo bliższego mi niż ten przerośnięty szczur. Jedyna istota, która pomogła mi zupełnie bezinteresownie i robiła to długo, choć tak naprawdę nie dawałem jej nic w zamian. I w dodatku, jak wiele zaryzykował! To, co zrobiłem, zagroziło nie tylko życiu Boba. Pod znakiem zapytania stanął też pierwszy kontakt międzycywilizacyjny w historii ludzkości! A może i w historii cywilizacji szczuroludzi, choć tego akurat nie byłem pewny. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Program Fantastyki na Sportowo V
Aktualności Fahrenheit Crew - 27 czerwca 2013

Program Fantastyki na Sportowo V Lubartów 29-30 czerwca 2013 Sobota 29.06.2013   11.00 –…

Fahrenheit nr 26
Archiwum Fahrenheita Fahrenheit Crew - 1 kwietnia 2003

FAHRENHEIT NR 26 04-2003 DZIAŁY STAŁE SPIS TREŚCI 451 FAHRENHEITA – EuGeniusz Dębski LITERATURA…

Kocia koszulka znalazła właściciela :)
Aktualności Fahrenheit Crew - 24 listopada 2006

Trzecią odsłonę koszulkowego konkursu uznajemy za zakończoną. Nagroda pojedzie (jak Poczta Polska pozwoli)…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!