Daria Bułatnikowa „Dom nad strumieniem”

Za oknem płakały krzaki. Krople deszczu spływały z liścia na liść, po czym odrywały się i plaskały o ziemię. Wilgotne, pachnące cierpką roślinną zgnilizną powietrze kręciło w głowie. Zawinęłam się we frotowe prześcieradło i usiadłam na parapecie, by obserwować, jak osypują się biało-różowe kwiaty hortensji, a deszcz leniwie przyklepuje je do rozkiśniętej ziemi. Owłosiony pień palmy, wydawałoby się, napęczniał od wilgoci. Samotność, pełna i całkowita – cel bez celu, korzenne, zwrotnikowe aromaty i szum deszczu zlewającego się z szumem strumienia płynącego za zbudowaną z kamieni ścianą. Należałoby jeszcze tylko pójść do ogrodu, zebrać miskę opadniętych mirabelek i dodać ich słodycz do harmonii jeszcze jednego, bezcelowo spędzonego dnia.

„Nareszcie wolna!” – uśmiechnęłam się gorzko. Przesiąkłam, jak palma, ciepłym deszczem i samotnością, osiągnęłam zupełne rozmiękczenie.

Z zarośli dobiegł kobiecy krzyk, pośpieszne słowa, potem męski głos odpowiedział coś ostro, ze złością. I – szmer osypujących się kamieni. Do ostatniej intonacji znajome przewidzenie, fonogram minionego zdarzenia, odgłos czyjejś śmierci. Chociaż, dlaczego czyjejś? Kobieta miała na imię Anna. Anna Brusiłowa, właścicielka tego domu. Nigdy nie widziałam jej fotografii i wyobrażałam ją sobie jako jasnowłosą i szarooką, z drobnymi loczkami, filigranową kobietę. Skręciła kark, spadając do strumienia – ciało znaleźli nazajutrz. Moja sąsiadka Róża lubiła opowiadać, jak – zbierając jeżyny na konfitury – zauważyła w dole coś jasnego i natychmiast się domyśliła, że zdarzyło się nieszczęście.

Potem była jeszcze Halina, ale tę zauważyli dopiero na trzeci dzień, w krzakach za drogą, i Róża była niepocieszona, że nie udało się popatrzeć na zabitą – handlowała na targu hurmą, bo rzecz działa się jesienią. Halina wcześniej mieszkała w domu po drugiej stronie ulicy, bliżej morza. Dlatego ta tutaj – na pewno Anna.

Chuchnęłam na szybę, przetarłam dłonią i postanowiłam nie wychodzić do ogrodu. Nie z powodu głosów, po prostu – lenistwo.

Kląskając pazurami po podłodze, wszedł Derek, wygiął silne czarne ciało, przeciągnął się. „Pies w czasie deszczu powinien spać” – było wypisane na osowiałej mordzie. Westchnąwszy, runął na wełniany dywanik z huculskim deseniem i jeszcze raz przeciągnął się wszystkimi łapami. Zamknął oczy i donośnie wypuścił powietrze. Pies, piesek, jedyne, co przywiozłam tu z minionego życia. Pozostałe okazało się niepotrzebne.

Uciekając potajemnie z dawnego mieszkania i bojąc się zostawić najmniejszy ślad, miałam nadzieję, że nie znajdzie się powód do powrotu. Minimum rzeczy do bagażnika, Dereka na tylne siedzenie i – dokąd oczy poniosą, zlawszy się z ogólnym potokiem samochodów. Dokądkolwiek.

Potok przyniósł na południe, nad morze, do tłumów próżnujących ludzi. Miasto było dalej, wielkie osiedle kuracyjne też. Wybrzeże wiło się koralami, z nawleczonymi na nić drogi kempingami i sanatoriami. Koła „dziewiątki” nakręcały kilometr za kilometrem, a nieodgadniona sztuka, aparat zapłonowy, zepsuł się właśnie tu, w Gornym, jakby wyznaczając koniec drogi. Malutkie osiedle, między morzem i porośniętymi gęstym lasem górami, małe, niewygodne plaże, domy przycupnięte na zboczach, zapuszczony hotel, rynek, i kilka sklepów obok przystani. Wypoczywających niewielu, tylko tylu, ilu przyjmą na kwatery; pozostali jadą dalej.

Udało mi się wynająć lichą chałupkę ze sklejki od chudej, opalonej do granic możliwości Mopsy. To takie imię. Były dwa plusy – warsztat samochodowy po sąsiedzku, gdzie w ciągu dziesięciu minut wymieniono diabelski aparat zapłonowy, i miłość Mopsy do psów. Inni nie przyjęliby lokatorki z rottweilerem. Ludzi gospodyni po prostu nie cierpiała, widocznie miała ku temu jakieś powody. Za to pies, uśmiechający się całą swoją ogromną zębatą paszczą, wzruszył Mopsę. Widząc, jak siedząca na taborecie starucha brązowymi rękoma o artretycznych stawach drapie brzuch rozwalonego przed nią Dereka, postanowiłam zostać tu.

W chałupce przeżyłam miesiąc. Błąkałam się po zboczach, zrywając niedojrzały dereń, siadywałam na kamieniach przy brzegu, starannie unikając snujących się w poszukiwaniach damskiego towarzystwa samotnych mężczyzn. Nocą, słuchając szurania gałęzi po niskim dachu, zamawiałam sny, w których nie byłoby Pawła. Raz na zawsze zabroniłam im wpuszczania go.

Parę razy dzwoniłam do matki, powiadamiając, że wszystko w porządku: jest morze, są palmy. I znów nie zostawiałam śladów – mama może nie wytrzymać i komukolwiek powiedzieć, gdzie jestem. Lepiej dmuchać na zimne. Zerwać z przeszłością łatwo: wyjechać, zmienić numer komórki, nauczyć się żyć dniem dzisiejszym, odsunąć wspomnienia na dalszy plan. W każdym razie – nie rozpamiętywać szczegółów.

Potem poznałam Andrzeja i Emmę. Piękna, inteligentna para: on – wolny malarz, bard i poeta, ona – nauczycielka. Ale początkowo zwróciłam uwagę na ich dom.

Krańcowa ulica osiedla biegła wzdłuż zbocza góry i oddzielona była od niego głębokim łożyskiem strumienia tak, że działki znajdowały się tylko z jednej strony i terasami schodziły w dół, a za nimi było widoczne morze i wrzynający się w nie pirs. Ktoś wpadł na pomysł, by ten dom wybudować na styku zbocza, które jeszcze podebrano, oczyszczając miejsce na niewielki ogród. Wydobyte z góry kamienie zużytkowano na ściany i ogrodzenie. Od drogi do domu – przez łożysko strumienia – był przerzucony mostek, podobny do miniaturowego mostu wiszącego: stalowe liny i drewniane pokrycie.

Widząc to cudo po raz pierwszy, nie wytrzymałam i podeszłam bliżej; ostrożnie postawiłam stopę, czując, jak deski wyraźnie się kołyszą pod nogami. Niewielki, przejrzysty strumień szemrał około ośmiu metrów pode mną i trudno było sobie wyobrazić, że wiosną przekształca się w mętny i niebezpieczny potok. Naturalnie za drewnianą furtkę po drugiej stronie mostku postanowiłam nie włazić. Po prostu przyjrzałam się z zaciekawieniem niezwykłemu domowi – stare kamienne ściany, płaski dach i okna z wieloma szczeblinami. Z jednej strony była przybudowana weranda, opleciona winogronami.

Nie zaprzeczam… to odosobnione i ciche miejsce pasowałoby mi idealnie. Ale było zajęte. Jedno z okien otworzyło się i opalona brunetka pomachała mi ręką.

Żeby usprawiedliwić swoją niewłaściwą ciekawość, zapytałam:

– Nie wynajmujecie pokoi?

– Nie – uśmiechnęła się – po prostu sami tu mieszkamy.

– Szkoda – westchnęłam. Miałam odczucie, że ten dom jest zbudowany właśnie dla mnie. Gospodyni, jakby czytając moje myśli, zaprosiła:

– Wejdź, proszę, mąż zaraz wróci i napijemy się herbatki.

Najprawdopodobniej nudziło jej się i po prostu chciała porozmawiać. Ale, tak czy owak, poznaliśmy się i od czasu do czasu zaczęłam odwiedzać Emmę. Jej mąż, Andrzej, wysoki, przystojny, około czterdziestoletni mężczyzna, nie był człowiekiem towarzyskim. Kiedy czułam, że wywołuję jego rozdrażnienie, starałam się szybko pożegnać.

A potem odbyła się ta rozmowa. Emma zakomunikowała, że muszą opuścić Gorne na dwa albo trzy miesiące – mężowi zaproponowano interesującą pracę w Moskwie. I tu wykazałam się właściwą dla siebie bystrością, proponując jej dokonanie wymiany – do października zamieszkam w ich domu, a oni ulokują się w moim mieszkaniu.

– A twoja rodzina? – po raz pierwszy zainteresował się Andrzej.

– Mieszkanie stoi puste. – Wzruszyłam ramionami. – Nikt oprócz mnie tam nie mieszkał.

Nie mogłam przecież powiedzieć, że mój mąż, Paweł, zostawił mnie i uciekł niczym tchórz, nie zamieniając nawet słowa. Na początku kwietnia ze swoim przyjacielem Antonem pojechał do Karelii na spływ po jakiejś rzece. Przyjaciel wrócił sam. Okazało się, że mąż miał od dawna kochankę, która wyemigrowała do Szwecji, i uznał, że przy niej będzie mu lepiej. Zaplanował to zawczasu, tylko się nie zdradzał, bo czuł jednak swoje łajdactwo.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

„Gwiazd?”,”Biały mech”, „Jak mam na imię” – konkursu 8. Sputnika ciąg dalszy
Aktualności Fahrenheit Crew - 27 października 2014

8. „Sputnik nad Polską” zaprezentuje w listopadzie w warszawskiej Kinotece kilkanaście najlepszych produkcji rosyjskich z ostatniego…

Aleksiej Piechow „Szept morza”

  Zaczynał się przypływ i kamienie przy brzegu zrobiły się śliskie. Teraz przed każdym…

Daria Bułatnikowa „Anioł Di albo kocham Śmierć”
Opowiadania Daria Bułatnikowa - 26 września 2013

Od Autorki:   Jestem szczęśliwa, że teraz, dzięki panu Tadeuszowi Rubnikowiczowi, możecie przeczytać coś…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!