ISSN: 2658-2740

Emil Gieras „Kim jesteśmy?” (2)

Opowiadania Emil Gieras - 17 lipca 2020

– My też obudziliśmy się pod samymi ścianami.

– Musiała nastąpić eksplozja.

– Tak. Pewnie któryś z tych bydlaków próbował mnie lub tobie wyrwać Czaszkę z rąk. Po krótkiej szamotaninie miała miejsce erupcja mocy. Wielkie bum! – Darizen poparł słowa gestem.– I wszystkich rozpiździło po jaskini.

– A my straciliśmy pamięć.

– Mogło być gorzej. – Wskazał brodą leżące po okręgu ciała. – Tych wszystkich skurczybyków eksplozja musiała zabić. Inaczej nie mielibyśmy tego. – Mężczyzna chwycił czaszkę.

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w hipnotyzujące ogniki pełgające po złotej, lśniącej powierzchni. Artefakt, który znaleźli tuż po przebudzeniu, błyskał złotym refleksem spod warstwy popiołu. O dziwo, obaj bez wahania rozpoznali w nim Złotą Czaszkę, zwaną też Zgubą Morgula. Nie byli pewni, skąd i jak, ale wiedzieli o niej całkiem sporo. Bardzo szybko też powiązali ów przedmiot z miejscem, w którym się znaleźli.

– Zguba Morgula, potężny artefakt pozwalający zesłać na człowieka łaskę niepamięci – referował Nemen, a Darizen przytakiwał. – Wykonana w drugiej erze przez elfickiego księcia, którego imienia zwykłemu śmiertelnikowi nie sposób wymówić, na zamówienie jakiegoś pomniejszego bóstwa. Bla, bla, bla…

– Z ust mi to wyjąłeś.

– Zgodnie z legendą Czaszkę można zniszczyć jedynie na Ołtarzu Zapomnienia w trzewiach Góry Ognia, czyli zapewne tu gdzie jesteśmy.

– Na to wygląda. – Południowiec próbował przewiercić czaszkę wzrokiem. – Szkoda tylko, że nie wiemy, czy mieliśmy cię zniszczyć, czy uchronić od zniszczenia – mruknął do niej, i nie doczekawszy się odpowiedzi, cisnął ją z powrotem na pokryty grubą warstwą czarnego pyłu spąg pieczary.

***

Rozsiedli się tuż przy łypiącej na nich oczodołami Czaszce, niedaleko korytarza, z którego dochodził nikły powiew świeżego powietrza. Zgarnęli nieuszkodzone bukłaki i jeden z walających się między trupami plecaków. Bukłaki okazały się wypełnione rozcieńczonym wodą winem, a w plecaku znalazło się jeszcze kilka owiniętych w wysuszone liście sucharów.

– Nawet niezłe – wymamrotał z pełnymi ustami Darizen i podał jedzenie kompanowi.

Nemen skrzywił się odruchowo po pierwszym kęsie.

– Mnie już zbrzydły – mruknął. – No co?! – wypalił, widząc pytające spojrzenie towarzysza. – Widocznie takiej diety się nie zapomina.

Obaj parsknęli śmiechem.

Syci i pokrzepieni winem ułożyli się wygodniej na ziemi. Darizen nucił cicho jakąś starą melodię. Nemen co i rusz ocierał dłonią spotniałe czoło. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w złoty artefakt przed nimi. Czaszka zdawała się szczerzyć zęby w złośliwym uśmiechu.

– Szydzi z nas – burknął w końcu Nemen i zaszurał gwałtownie butem, przyprószając popiołem lśniący metal. – Szydzi z nas i ma zupełną rację. Musimy podjąć jakąś decyzję, ustalić, co wiemy.

– Dobrze – zgodził się Darizen. Przepłukał jeszcze gardło i podjął z belferskim zacięciem: – Wiemy, to znaczy pamiętamy, że istniał artefakt zwany Zgubą Morgula. Artefakt ten miał ponoć moc wymazywania ludzkiej pamięci…

– Nie ponoć. Jesteśmy chodzącymi dowodami, że to prawda. Zresztą nie powtarzajmy się. Pytanie brzmi, co dokładnie się tu wydarzyło i jaką rolę mieliśmy do odegrania. Nie możemy po prostu wziąć Czaszki pod pachę i się stąd wynieść. Enu jeden wie, co musieliśmy przeżyć, by się tu dostać, i ile trupów za sobą zostawiliśmy. Gra toczy się o wysoką stawkę, skoro próbowało nam przeszkodzić pół tuzina Zielonoskórych. Musimy skończyć to, cośmy zaczęli.

Podnieśli się i wrócili do oględzin pieczary. Wnętrze góry, przepełnione żarem i pomrukiem magmy płynącej pod nimi, nie chciało jednak zdradzić żadnych tajemnic. Kręcili się w kółko, zaglądając do każdej szczeliny, przyglądając się byle kamieniowi.

– Coś tu nie gra – rzekł w końcu Nemen. Pochylał się nad kolejnym ciałem orka. – Wszyscy Zielonoskórzy, co do jednego, zostali wypatroszeni ostrzem. Nie żyli w momencie eksplozji. Z kim więc walczyliśmy, gdy do niej doszło?

Pytanie zawisło w gęstym od dymu powietrzu. Darizena trapiły podobne wątpliwości, choć wolał się nimi nie dzielić, przynajmniej dopóty, dopóki nie potrafiłby ich rozwiać.

– Może z nim – odparł. Z ustami zakrytymi dłonią i przymrużonymi oczyma kucał nad wyjątkowo okazałą wyrwą w ziemi. Skinieniem głowy zaprosił swego towarzysza, by podszedł.

– Spójrz.

W rozpadlinie pod nimi, kilkadziesiąt stóp niżej, bulgotała rozżarzona magma. Chlupoczącymi wodospadami spływała po ścianach do ognistego jeziora. Na występie skalnym, mniej więcej w połowie wysokości między taflą magmy a spągiem pieczary, czernił się powykręcany kształt. Potężny spopielony ork.

– Może – zgodził się szlachcic. Nie wyglądał jednak na przekonanego.

***

Z każdą mijającą chwilą pieczara stawała się coraz mniejsza, coraz bardziej złowroga i coraz bardziej przesycona śmierdzącymi oparami. Mężczyźni miotali się od ściany do ściany niczym dzikie koty w klatce cyrkowca. Gorączkowo starali się zaplanować dalsze postępowanie, lecz zdezorientowane, zmęczone umysły rodziły więcej pytań niż odpowiedzi.

– A może… Może sami sobie komplikujemy życie? – rzekł Darizen po kolejnej rundce wokół jaskini. – Skoro napadli nas Zielonoskórzy, to oznacza, że chcieli przeszkodzić nam w wyprawie, chcieli nas zatrzymać, chcieli odebrać nam Czaszkę, czyli uchronić ją przed zniszczeniem! A to znaczy, że musimy odnaleźć ten cholerny ołtarz i dokończyć dzieła. Proste!

– Bzdura! – Szlachcic machnął ręką. – Równie dobrze to my mogliśmy czyhać na nich na tych półkach.

– Ech… – Smagły mężczyzna ukucnął, skrywając twarz w dłoniach. – To do niczego nie prowadzi. Nie rozstrzygniemy tego, nie bez pamięci.

Poderwał się nagle, podbiegł do najbliższego orka i kopnął z całej siły w wielki, kanciasty łeb, gruchocząc żuchwę i pogięte kły. Nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi, nie poczuł też się ani odrobinę lepiej.

– Spokojnie… – Szlachcic podszedł do niego i przyjacielsko poklepał po plecach. – Musimy po prostu pomyśleć, dlaczego ktoś chciałby zniszczyć Zgubę Morgula lub dlaczego miałby ją zachować przed zniszczeniem.

Południowiec ponownie rozpoczął nerwową wędrówkę po jaskini.

– To chyba oczywiste. Ktoś, tak jak my, stracił pamięć i chce ją odzyskać.

– Jesteś pewien?

– A niby skąd? – Darizen wzruszył ramionami. – Po prostu wydaje mi się to logiczne.

– A może ktoś jednak za wszelką cenę chce zachować przeszłość nieodkrytą?

– Na przykład co takiego? – prychnął. – Trudne dzieciństwo?

– Nie wiem. To, że jest potworem? To, że wie jak zniszczyć świat?

Południowiec w końcu się zatrzymał. Przez chwilę stał zasępiony. Mierzwił zarost i dumał. Dla odmiany teraz to jego nie przekonywała ta wizja.

– Mam pomysł – mruknął, pogmerał w kieszeni kurtki i wydobył z niej małą miedzianą monetę. – Możemy tu zapuścić korzenie, a i tak nie będziemy mądrzejsi. Musimy jednak coś zrobić. Gęba, wracamy z Czaszką. Ogon, ciskamy ją w ogień. Co ty na to?

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!