ISSN: 2658-2740

Emil Gieras „Kim jesteśmy?” (3)

Opowiadania Emil Gieras - 17 lipca 2020

Nemen zbliżył się do towarzysza. Moneta wydawała mu się zupełnie obca, nie przedstawiała żadnego władcy, którego znał czy raczej pamiętał. Nic mu nie mówiła, nic nie podpowiadała.

– Niech będzie – przytaknął zrezygnowany.

***

Anonimowy monarcha figurujący na monecie obwieścił decyzję dotyczącą dalszych losów mężczyzn poprzez skrycie swej szlachetnej facjaty w skalnym podłożu. Zainteresowani przyjęli wyrok władcy bez zbędnych komentarzy. Choć oczywiście wątpliwości nie zniknęły, posłusznie zaczęli szykować się do drogi.

Podczas wcześniejszych oględzin znaleźli dwie możliwe drogi podróżowania. Niski korytarz, który otwierał się w jednej ze ścian, wykluczyli jednogłośnie na samym początku. Zawiewało z niego chłodniejsze, świeże powietrze i stąd założyli, że ów korytarz prowadzi do wyjścia z wnętrza góry, ołtarz natomiast, a przynajmniej tak podejrzewali, powinien znajdować się głębiej lub wyżej. Drugą drogę stanowiły drobne stopnie wykute w skale, pnące się wewnątrz wąskiego komina hen, wysoko, ponad strop pieczary. Schody nie prezentowały się najlepiej. Od nowości musiały być raczej mizerne i zapewne nigdy nie były przykładem kunsztu rzemieślniczego, a upływ czasu i liczne wstrząsy, które targały górą, tylko pogłębiły ten obraz nędzy i rozpaczy. Mimo to zdecydowali, że będą się wspinać.

Zebrali prowiant. Nemen wśród rozrzuconego sprzętu znalazł pochwę do swojego noża. Darizen chciał wybrać dla siebie jakiś łuk, lecz niestety te dwa, które miała do zaoferowania jaskinia, nie nadawały się już do niczego. Ostatecznie przytroczył do pasa niedługi tasak, ciężki, prosty, widać, że orkowej roboty, innej broni niestety do wyboru nie miał.

Powiernikiem Zguby Morgula został mężczyzna w stroju bogacza. Nie zapytał o zdanie towarzysza, nie podał tego pod dyskusję. Po prostu wcisnął artefakt w niewielki mieszek i zapakował do plecaka. Nie uszło to uwadze Darizena. I bardzo mu się to nie spodobało.

– To będzie długi dzień – westchnął szlachcic. Z zadartą głową próbował dostrzec wylot komina. Od dłuższej chwili był już gotowy do drogi, lecz nie mógł zdobyć się na pierwszy krok.

– No, albo dwa, ewentualnie trzy – pocieszył go kompan. Z satysfakcją obserwował jak „Paniątko” na przemian to blednie, to czerwienieje. – Chodźmy już – zakomenderował w końcu i chwycił się pierwszych występów. Skała kruszyła się w palcach, lecz dawała oparcie.

– Tak, chodźmy. Mamy zadanie do wykonania. – Nemen ruszył tuż za tamtym.

– No, albo do spieprzenia.

***

Wspinaczka okazała się dokładnie tak trudna, jak się spodziewali, choć po prawdzie jedynie Nemen miał z nią kłopoty, a każdy ruch, każde sięgnięcie ręką do stopnia, każde postawienie stopy było dla niego jak igranie ze śmiercią. Trasa, którą się poruszali, choć przygotowana przez czyjeś ręce i dłuta, nazwana została przez nich, a właściwie przez Darizena, „schodami” bardzo na wyrost. Skorodowana skała kruszyła się szlachcicowi w rękach i pod butami, nie potrafił wypatrzeć właściwego miejsca do chwycenia i zamierał spanikowany na dłuższą chwilę, słysząc okruchy sypiące mu się spod stopy, czując drętwienie narastające w ramieniu.

Południowiec nie miał takich problemów i wspinał się niemal jak po drabinie. Bardzo szybko się rozluźnił, i to na tyle, że pomagał również mniej sprawnemu w tej materii towarzyszowi. Na szczęście komin z pewną regularnością otwierał się z boku na mniejszą lub większą jaskinię, podobną do tej, z której rozpoczęli wspólną wędrówkę. Czasami popasali dłużej, czasem odpoczywali tylko chwilę przed dalszą wspinaczką, łapali oddech, rozluźniali mięśnie. Nie rozmawiali dużo, praktycznie nie zwracali na siebie uwagi, regenerowali siły.

Darizenowi nie dawała spokoju Czaszka spoczywająca w plecaku szlachcica. Ten, jakby jeszcze bardziej chcąc go rozjuszyć, co jakiś czas wydobywał lśniący przedmiot i przypatrywał mu się uważnie, to gładząc szwy między kośćmi mózgoczaszki, to sprawdzając ostrość zębów. Artefakt był bardzo potężny, o czym się już przekonali, musiał też być bajecznie drogi, o czym któryś z nich mógłby się jeszcze przekonać.

***

– Bądź tak dobry i podaj mi plecak – rzekł jakby nigdy nic Nemen. Sam był zbyt zajęty Czaszką.

Darizen zmarszczył brwi. Popatrzył na plecak i na szlachcica. Jeden stał obok drugiego w odległości maksymalnie dwóch kroków. Mężczyzna już wcześniej zauważył, że kompan bardzo lubi się nim wysługiwać. Podaj to, schowaj tamto. Do tej pory nie przeszkadzało mu to za bardzo, lecz w tej chwili miarka się przebrała. Poczuł, jak w żołądku rodzi mu się i rozrasta zimna kula gniewu. Wydawało się, że „Paniątko” nadaje się jedynie do noszenia artefaktu, a cała reszta jest zbyt męcząca i wymagająca. Względnie poniżej jego godności.

– Sam se podaj, bliżej masz – syknął niższy mężczyzna. – Nie jestem jakimś twoim służącym. – Odwrócił się ostentacyjnie i począł przyglądać się stopniom oraz planować kolejny etap wspinaczki.

Nemen milczał przez chwilę, zastanawiając się, co robić. Ostatecznie nie schylił się jednak po bagaż, rozpostarł szeroko ramiona i uśmiechnął się serdecznie, tak jak cierpliwy ojciec uśmiecha się do niezbyt rozgarniętego potomka.

– Przestańmy się oszukiwać – powiedział. – Widać to na pierwszy rzut oka, jesteś moim służącym.

– Co?!

Dłoń Południowca, zdawało się, sama znalazła rękojeść tasaka. Wydobył broń z pochwy, nie zaatakował jednak. Z ostrzem wiszącym wzdłuż nogi i przekrzywioną na bok głową mierzył wzrokiem towarzysza. Choć znajdowali się wewnątrz Góry Ognia, to spojrzenie mroziło.

– Daj spokój. – Po Nemenie nie było widać zdenerwowania. – Na świecie są ludzie, którzy potrzebują służby, i ludzie, którzy im usługują. To żadna ujma. Nie róbmy z tego przedstawienia. Po prostu podaj mi ten plecak. – Uśmiechnął się najszerzej jak tylko potrafił. – Ładnie proszę.

Nie doczekał się. W zamian Darizen zaczął wokół niego powoli krążyć, cały czas ważąc w dłoni tasak.

– To ciekawe – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Nie wiemy o sobie praktycznie nic, a ty już zyskałeś pewność, że jestem tobie podległy. Bo co? Bo jesteś lepiej ubrany? Bo masz gładkie policzki jak elfka na wydaniu i paluszki zadbane?

Nieprzerwanie zataczał kręgi, zmuszając jednocześnie szlachcica do kręcenia się wokół własnej osi. Z każdym pełnym kręgiem znajdował się bliżej tamtego o kolejne pół kroku.

– A przecież – kontynuował, powoli cedząc słowa – równie dobrze, to ja mogę być zamożniejszy i potężniejszy. Przecież mogę podróżować, ukrywając własną tożsamość. Mogę w trosce o własne życie zamienić się strojami z własnym sługą, by w razie czego to jemu poderżnięto gardło. Czy w końcu mogę też po prostu nie lubić afiszować się swoim bogactwem; tak, są tacy.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!