ISSN: 2658-2740

Emil Gieras „Kim jesteśmy?” (4)

Opowiadania Emil Gieras - 17 lipca 2020

Błazeński uśmiech zanikał na twarzy Nemana wraz z każdym domkniętym kółkiem, kiedy wkurzony Południowiec i jego tasak zbliżali się. Broń pojawiła się także w szlacheckiej dłoni. Nie widział co prawda, jak tamten walczy, ale sprawiał wrażenie silnego i nieugiętego wojownika.

– Nic o mnie nie wiesz, szlachetko. A ty? Co wiemy o tobie? – Smagły wskazał rozmówcę głownią tasaka. – Czyż rzeczywiście szlachcic? Bogacz? Wiemy tylko, że paradujesz w fikuśnych fatałaszkach. A skąd mam mieć pewność…

Darizon zatrzymał się nagle. Stali naprzeciw siebie w zasięgu ostrzy.

– … żeś tych fatałaszków nie ukradł, żeś ich nie zerwał z zimnego ciała kupca, którego zarżnąłeś we śnie!

Nemen zacisnął zęby, aż zgrzytnęły. Miał taką ochotę, taką przemożną ochotę, by rzucić się na tamtego i wypatroszyć go za bezczelność i oszczerstwa, uciszyć raz na zawsze tę przemądrzałą jadaczkę. Sęk w tym, że nie mógł być pewien, czy to rzeczywiście oszczerstwa.

– Acha, co mi przypomina, miałem powiedzieć – ciemnowłosy nie miał zamiaru jeszcze kończyć – że lepiej by było, gdybyś mnie oddał Czaszkę.

Szlachcic błyskawicznie doskoczył do plecaka.

***

– To jest ten moment, kiedy mężczyźni zaczynają się bratać – mówił Nemen. – Opowiadają o swoich kobietach, dziatkach, lękach i marzeniach.

Podał bukłak z rozwodnionym winem kompanowi. Już któryś popas z kolei próbował zagaić rozmowę ze smagłym, lecz ten tracił humor zaraz po tym, jak odczepiał się od schodów. Darizen przyjął trunek, choć przy okazji splunął demonstracyjnie przez ramię. Bogacz westchnął i kontynuował:

– Chwalą się bliznami, wspominają poległych w boju przyjaciół…

– Daj już spokój z tymi kretynizmami – warknął czarnowłosy. – Jedyne, o czym mogę ci opowiedzieć, to o tym, jak taki jeden tłuk bezpodstawnie zaczął zgrywać ważniaka i musiałem mu przemówić do rozsądku. A rodziny czy przyjaciół i tak zapewne nie mamy.

– Jak to?! – Szlachcic poczuł ukłucie w piersi. Poderwał się na nogi.

– Tak to! Na taką wyprawę wybiera się ludzi, którzy nie mają nic do stracenia, nikogo, kogo mogliby osierocić, zostawić. Przecież to oczywiste.

– Ale ja czuję… tęsknotę. – „Paniątko” klapnął z powrotem na ziemię. – I miłość. Nie, ja mam rodzinę, drogi Darizenie. Nawet jeśli nie pamiętam ich imion i twarzy, wiem że są gdzieś tam, wyczekują mnie i wierzą, że ich nie zawiodę. – Spojrzał przed siebie, jakby potrafił wzrokiem przeniknąć skałę. – Robię to dla nich.

– W takim razie jednak jesteś idiotą – podsumował Południowiec.

W odpowiedzi Nemen przewrócił oczami.

– Zejdź już ze mnie – mruknął i wręczył mu niewielki worek. – Teraz twoja kolej.

Po ostatnim spięciu, kiedy to prawie nie rzucili się na siebie z obnażonym żelazem, Nemen w ostatniej chwili uległ i ustalili, że Zguba Morgula będzie podróżowała na zmianę raz z jednym, raz z drugim. Umówili się również, że na czas misji porzucą eksplorowanie relacji pan – sługa.

O mało się nie pozabijali, prawda, lecz ostatecznie wyjaśnili sobie kilka rzeczy, ułatwiających współpracę. Niestety Darizen mimo to nie przestawał się boczyć.

– Zejść z ciebie? Jeszcze dobrze na ciebie nie wszedłem – burknął, szykując się do dalszej drogi. – Dopiero mogę.

***

Z każdym sążniem wspinaczka stawała się trudniejsza, przynajmniej dla Nemena, który z coraz większym wysiłkiem wśród skorodowanych stopni odnajdywał oparcie dla stóp i miejsce dla palców dłoni. Coraz częściej drżały mu łydki – tak z wysiłku, jak i ze strachu, a wyobraźnia podsuwała mu coraz to nowe wizje malowniczo rozbryzganego ciała zdobiącego spąg jaskini gdzieś tam, hen, daleko w dole. Z radością przyjmował odcinki, gdy komin, którym się wspinali, zwężał się na tyle, że mógł oprzeć się o ścianę plecami. Takie fragmenty jak na złość pokonywał szybciej i ponownie wracał do mozolnego wczepiania się w resztki schodów pnących się tak naprawdę w nieznane. Ani zmęczenia, ani strachu nie chciał pokazywać kompanowi, lecz musiał wyglądać na tyle nieciekawie, że ów bez najmniejszego problemu odczytał wszystkie gryzące go niepokoje. Przeorganizował więc dźwigane bagaże, co w praktyce oznaczało, że opróżnił i wyrzucił plecak Nemena i wszystko zapakował do siebie, pozostawiając mu tylko sakwę na noszoną na zmianę Czaszkę.

– Dlatego, żem silniejszy, a nie, że sługa! – wykrzyczał przy tej okazji, wymachując palcem przed nosem bogacza.

W wielu sytuacjach pomagał też koledze – tak zaczął w duchu, choć wbrew sobie, nazywać „Paniątko” – znaleźć odpowiedni występ, służył oparciem, a kilka razy w ostatniej chwili klepnięciem w plecy „przykleił” z powrotem odpadającego do ściany.

Nemen nie mógł pojąć, skąd jego towarzysz bierze na to wszystko siły i jakim cudem zachowuje sprawność jaszczurki.

Darizen wspinał się bez wyraźnego wysiłku. Pogwizdywał bez przerwy jakieś skoczne melodie, a od czasu do czasu raczył ich sprośną piosenką. Nemen nie mógł wyjść z podziwu, gdzie u Południowca odkładało się tyle pokładów tlenu. Sam ledwo zachowywał jasność myśli, koncentrując się na oddychaniu i wspinaczce.

W pewnym momencie gwizdanie raptownie ustało. Szlachcic, nie wiedząc dokładnie czemu, poczuł ukłucie niepokoju. Rozczapierzony niczym pająk na wyjątkowo niesprzyjającym odcinku, za bardzo nie mógł się nawet obejrzeć za towarzyszem.

– Darizen? – wychrypiał na próbę. Odpowiedziała mu cisza. Ukłucie niepokoju zamieniło się w lodowatą pułapkę na niedźwiedzie wgryzającą zęby w pierś, gdy uświadomił sobie, że to drugiemu mężczyźnie przypadała akurat rola niesienia artefaktu. Pomimo upału zimny pot sperlił się mu na czole. Przyklejony do ściany z trudem wypatrywał jakiegoś występu, gdzie mógłby oprzeć nogę, choćby niewielkiego guza, na tyle jednak solidnego, że mógłby na niego przenieść swój ciężar. Stopą próbował wymacać odpowiednie miejsce, szorował butem po skale, strącając w przepaść co i rusz nowe okruchy.

– Nie ruszaj się – usłyszał szept. Słowa wypowiedziane były bardzo cicho, lecz było w nich coś na tyle niecierpiącego sprzeciwu, że Nemen zamarł jak sparaliżowany. – Ufasz mi? – zapytał Darizen tym samym władczym szeptem. Stał tuż za szlachcicem, cedząc mu słowa wprost do ucha. Oczywiście, do czego szlachcic zdążył się przyzwyczaić, jego śniady kompan jakimś cudem stał pewnie na praktycznie niewidocznych stopniach tam, gdzie on wisiał pokracznie rozpięty na skalnej ścianie jak suszona na słońcu skórka.

– Ufasz mi? – powtórzył Południowiec.

Szlachcic nie zastanawiał się nad tym. Udało mu się w końcu oprzeć prawą stopę na twardym podłożu. Dzięki temu uwolnił jedną rękę i najostrożniej jak tylko potrafił sięgnął po nóż. Obnażył cicho ostrze.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!