ISSN: 2658-2740

Emil Gieras „Kim jesteśmy?” (5)

Opowiadania Emil Gieras - 17 lipca 2020

– Tak – odparł po chwili milczenia.

– Dobrze. Zatem posłuchaj. Na plecach przycupnęła ci ognista skolopendra…

Nemen zadrżał, a powietrze w niekontrolowany sposób z rozdrganym świstem wdarło się mu do płuc. Może i trapiła go niepamięć, ale o tym stworze nie zapomniał.

– Cii… – Darizen prawie dotykał ustami jego karku. – Nie czujesz jej, gdyż już zdążyła wstrzyknąć ci substancję przeciwbólową, zrobiła dziurę w twojej ślicznej tunice, a w tej chwili jest w trakcie wgryzania się w twoje mięśnie. Jeśli poruszysz się gwałtownie, przestraszona splunie płonącą cieczą, której nikt i nic nie ugasi. Jeśli ją zranimy, lecz nie zabijemy, splunie płonącą cieczą…

Szlachcic słuchał głosu kompana z zamkniętymi oczami. Mimo że tamten mówił jak najciszej, przerażające słowa obijały się wewnątrz czaszki niczym dźwięk gongu.

– … której nikt i nic nie ugasi. Jeśli w jakiś sposób sprawimy, że poczuje się zagrożona…

– … splunie płonącą cieczą, której nikt i nic nie ugasi – wysyczał Nemen. – Jeśli nie zrobimy nic, wgryzie się głęboko, a w ciągu trzech dni ona i jej potomstwo zeżrą mnie od środka. Co proponujesz?

– Nie ruszaj się. Mam naprawdę nadzieję, że to prawda.

– Co?

– Że mi ufasz.

To powiedziawszy, Darizon z charakterystycznym sykiem wydobył tasak z pochwy. Szlachcic zacisnął szczęki i powieki, palce wbił do granic możliwości w skalne wypustki. Nigdy nie był szczególnie wierzący, lecz teraz szczerze się modlił, by jego towarzysz nie okazał się gamoniem w robieniu ostrzem ani podstępnym mordercą, a on ostatnim idiotą czekającym grzecznie na zabójczy cios.

Południowiec zamachnął się i bez słowa zaatakował przerażającego wija. Szlachcic usłyszał suchy trzask, a po chwili poczuł palący ból.

***

Schody wywiodły ich w końcu z wnętrza góry na niewielką skalną platformę przyklejoną do zbocza niby ukwiał. Odetchnęli głęboko świeżym powietrzem, choć określenie „świeże” było zdecydowanie na wyrost. Na zewnątrz panował duszny, śmierdzący siarką mrok. Z licznych szczelin sączyły się pasma czarnego dymu i leniwie unosiły się ponad szczyt, by tam wspólnie utworzyć ponure, nieprzeniknione chmury zasnuwające niebo. Wszystko kąpało się w tak dobrze znanym czerwonym blasku lawy i rozgrzanego żużlu wystrzeliwanego z krateru gdzieś nad nimi. O ile wszędobylski popiół i snujące się w powietrzu wstęgi czarnych oparów pozwalały się rozeznać, Górę Ognia otaczał pierścień niewysokich, ale stromych i jałowych gór. Pustynia popiołu i pumeksu.

Klapnęli ciężko obok siebie. Niekończąca się wspinaczka dawała się we znaki nawet Darizenowi. Już nie podśpiewywał ani nie pogwizdywał, tylko czasami zdobywał się jeszcze na jakiś głupi żart w stosunku do szlachcica. Brodate oblicze coraz rzadziej jednak zdobił uśmiech, ustępując miejsca grymasowi bólu i wyczerpania. Jego towarzysz czuł się jeszcze gorzej. Walcząc o każdy oddech, prawie się nie odzywał. Mięśnie kończyn drgały pod skórą jak szalone, stawy skrzypiały, a płuca najzwyczajniej w świecie bolały.

W końcu po dłuższej ciszy wypełnionej ciężkimi oddechami pierwszy odezwał się bogacz.

– Weźmiesz? – Dzierżył w ręku trzos ze Zgubą Morgula. – I już trzymaj. Mnie tylko zawadza… Poza tym… To absurdalne. Miałeś okazję zabić mnie setki razy, sam nadstawiłem plecy na cios… – Słowa nie specjalnie mu się kleiły. – A tak w ogóle… – Spojrzał Darizenowi w oczy. – Tak w ogóle…

Południowiec bez słowa wziął artefakt, pokraczne podziękowania zaś przyjął uśmiechem i ledwo zauważalnym skinieniem głowy.

– Wybacz, że cię skaleczyłem – powiedział. Chciał dodać coś jeszcze, lecz kompan prychnięciem i machnięciem ręki dał znać, że uważa temat za zakończony. Skolopendra zginęła śmiercią gwałtowną i bez dalszych nieprzyjemnych konsekwencji, wobec czego płytka szrama pozostawiona przez klingę tasaka wzdłuż kręgosłupa szlachcica stanowiła bardzo niską cenę.

– Jesteśmy prawie u celu – rzekł Darizen. Schody teraz zaczynały się wić spiralą wokół zwężającego się stożka, by przed samym szczytem znów zniknąć wewnątrz gigantycznego kołnierza. – Mam przynajmniej taką nadzieję.

Niebo pociemniało, goszcząc u siebie noc, a żywszy wiatr rozgonił nieco wiszący nad nimi obłok dymu. Na firmamencie mrugały tysiące gwiazd, za górami mrok migotał setkami ogników. Z jakiegoś powodu widok ten Darizena nie zdziwił.

– Armia – stwierdził beznamiętnie.

– Zatem mamy wojnę. – Nemen starał się wzrokiem przeniknąć ciemności. Oczywiście na próżno. Zresztą gdyby nawet dostrzegł proporce, czy coś by mu one powiedziały? – Sądzisz, że właśnie rozstrzygamy jej losy?

– Ech, chłopie… – Smagły pokiwał głową, sięgając po resztkę jedzenia i wina. – Z takim wybujałym ego to ty musisz być Paniątkiem z Północy – parsknął śmiechem. – Obawiam się jednak, że tym razem możesz mieć rację. – Na pewno to obozowisko w jakiś sposób łączy się z nami i powierzonym nam zadaniem. Inaczej byłby to cholernie dziwny zbieg okoliczności.

Bogacz przytaknął skinieniem głowy.

– Gra toczy się zatem o naprawdę wysoką stawkę. Myślisz, że powinniśmy zaniechać naszych planów?

– I co dalej?

– I… Nie wiem.… Może powinniśmy iść do obozu – wskazał pasmo górskie – spróbować się wywiedzieć, co tu tak naprawdę robimy?

– A jeśli to nie nasz obóz, tylko polujących na nas orków? Poza tym naprawdę myślisz, że przeżyjemy drogę powrotną? Starczy nam sił? Prowiantu? Szczęścia? Hę?

Żadna odpowiedź nie padła. Zasępieni zatopili zęby w sucharach.

***

– Kim jesteśmy? – zapytał nieoczekiwanie Nemen, od dłuższego czasu przypatrujący się własnym dłoniom.

Czarnowłosy wzruszył ramionami.

– Niedługo się przekonamy – odparł.

– Nie o to mi chodzi. Co, jeśli rzeczywiście jeden z nas – znacząco spojrzał na Darizena – jest sługą, a drugi panem? Co, jeśli na co dzień dzieli nas etykieta, zwyczaje, a nawet prawo? Co, jeśli tradycja nakazuje nam pielęgnować różnice, budować mury, tak jak byśmy byli z innych światów? A teraz rozmawiamy ze sobą jak równy z równym! Jak bracia. Czy rzeczywiście w tak niewielkim stopniu stanowimy sami o sobie? O sobie, czyli o kim?

– Eee… Powtórzysz pytanie? – przerwał mu rozbawiony Południowiec. Szlachcicowi zdawało się to jednak nie przeszkadzać.

– Czy jesteśmy tylko emanacją tradycji, kultury stworzonej przez naszych dziadów? Zlepkiem wspomnień, tych własnych i tych masowych naszego ludu? Czy bez tego nie wiedzielibyśmy, jak należy postępować, co jest dobrem, a co złem? Ale spójrz na nas. Nie staliśmy się dziećmi, zwierzętami, nie popadliśmy w obłęd. Funkcjonujemy, odczuwamy, wspieramy się nawzajem. Więc jak to jest?

Południowiec wzruszył ramionami. Spojrzał w niebo, próbując dostrzec gwiazdy przez chmury wulkanicznego pyłu i dymu.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!