ISSN: 2658-2740

Emil Gieras „Kim jesteśmy?” (6)

Opowiadania Emil Gieras - 17 lipca 2020

– Jesteśmy tylko kiepskimi tancerzami, starającymi się nadążyć za melodią bogów. – Uśmiechnął się półgębkiem.

Pociągnął porządny łyk z bukłaka. Nagle poderwał się na nogi, rozpostarł szeroko ręce i zaczął kręcić się jak szalony, co i rusz kucając i podskakując, rozbawiając tym Nemena.

– Ponoć Enu i jego dzieci nic innego nie robią, a tylko grają i grają, opowiadając losy świata. A za każdym razem, gdy w ich muzykę wkradnie się fałszywa nuta lub gdy jeden z nich choć na moment zgubi rytm, mamy to!

Zatrzymał się nagle, celując palcem w odległe ogniska.

– Wojnę, głód i zarazę. – Przykucnął przy towarzyszu. – A ja myślę, że skoro oni ciągle tam grają, to pewnie też tęgo popijają, a skoro ciągle tak hulają, to nie dziwota, że fałszują coraz gorzej. A my? My staramy się jedynie dotrzymać im kroku i robić to, co dla nas ułożyli. Jeżeli pisane mi być twoim sługą, będę. Jeżeli pisane mi chwilo tego nie pamiętać – podał Nemenowi wino i uśmiechnął się szelmowsko – to wal się!

Obaj głośno zarechotali. Odpoczywali jeszcze przez jakiś czas. Już w milczeniu raczyli się trunkiem i wpatrywali w ogniska za górami.

***

– Jak się czegoś wystraszysz, zawołaj „mamusiu”, a przybiegnę najszybciej, jak zdołam – rzucił przez plecy Darizen, kryjąc się w cieniu. Zniknął w niedużej wnęce, gdzie poszedł za potrzebą. Podobne wnęki i wejścia do niewielkich jaskiń czerniły się na wszystkich ścianach sali, do której doprowadziły ich schody.

Przez pewien czas podróżowali na świeżym powietrzu, po stopniach okalających górę. I choć początkowo niebo nad głową poprawiało im humory, szybko okazało się, że nieprzewidywalny, porywisty wiatr bardzo utrudniał im zadanie, podobnie jak rozbijające się opodal rozgrzane bryły skalne wypluwane przez wulkan. Również stopnie poddane działalności żywiołów panujących na zewnątrz zachowywały się bardziej zdradziecko. Tak więc, gdy przyszło im wrócić z powrotem do wspinaczki wewnątrz komina, Nemena szczerze ucieszyła ta zmiana, wewnątrz niego czuł się bezpieczniejszy. Z czasem jednak komin stał się tak wąski, że mężczyzna z trudem przeciskał się ku górze. Z ulgą przyjął więc jaskinię znajdującą się na drodze i kolejny popas zarządzony przez Południowca.

Dzięki wyjątkowej budowie sali, do której trafili, mogli pierwszy raz od dawna skorzystać z odrobiny prywatności, w zamian jednak musieli radzić sobie z permanentnym wrażeniem, jakby obserwowało ich tuzin nieprzychylnych ślepi. Szlachcic żuł bez apetytu przeklęty suchar i wypatrywał oczy w poszukiwaniu niebezpiecznych kształtów majaczących w czarnych jamach. Każda kolejna pieczara, która dawała im szansę na wypoczynek, stawała się coraz ciemniejsza. Ta, choć niepozbawiona bruzd i pęknięć, nie emanowała już żadnym blaskiem z wnętrza góry. Jedyne światło dostawało się przez szyb, którym się tu wspięli. Było więc mrocznie, a liczne wgłębienia jawiły się Nemenowi wręcz jako portale prowadzące do wnętrza ziemi. Zaraz po dotarciu przejrzeli kilka z nich uważnie, lecz ostatecznie stwierdzili, że zanim wszystkie sprawdzą, będą już kontynuować podróż. Poza tym do dużej części podejrzanych dziur najzwyczajniej w świecie nie mieli dostępu – znajdowały się za wysoko. Odpuścili więc. Teraz Nemen szczerze tego żałował. Liczył też na to, że jego kompan nie zasiedzi się w świątyni dumania, i zamiast na dumaniu skupi się na szybkim załatwieniu sprawy.

Choć nie mógłby przysiąc, miał wrażenie, że dostrzega coś w plamach czerni wiszących nad nim, jakby jakiś ruch, to pojawiającą się, to znikającą amorficzną, odrobinę jaśniejszą sylwetkę. Jeszcze gorsze było złośliwe uczucie, jakby coś wyłaniało się z owych jam chwilę po tym, jak odwracał od nich wzrok. Był nawet pewien, że widzi coś kątem oka, ale nie potrafi sobie uświadomić co mogłoby to być, jak nazwisko starego znajomego tkwiące na czubku języka, tak blisko, a jednocześnie tak daleko, wymykające się identyfikacji.

Jadł powoli suchar i starał się zachować spokój. Próbował wyłapać jakiś podejrzany odgłos zdradzający niebezpieczeństwo, lecz Góra Ognia aż wrzała od podejrzanych odgłosów – kotłującej się magmy, syczących gazów, wyjącego w szczelinach powietrza.

– Darizen, wszystko w porządku?! – zawołał w końcu. Gdy nie doczekał się odpowiedzi, podniósł się i z duszą na ramieniu zbliżył o kilka kroków do wnęki. – Darizen?!

Zaniepokojony przedłużającą się ciszą, dobył noża, dotknął też trzosa przytroczonego do pasa. Był pewien, że Południowiec przekazał mu skarb, zanim wymknął się na stronę, ale i tak musiał sprawdzić. Artefakt był tam, gdzie być powinien.

Miał ponowić wołanie, lecz właśnie wtedy doczekał się stłumionej odpowiedzi.

– Na Enu – marudził we wnęce Południowiec – sram! Daj mi jeszcze chwilę!

Szlachcic zaśmiał się rozluźniony. I właśnie wtedy coś z przerażającym rykiem runęło mu na plecy. Jak rażony piorunem padł na ziemię. Kark eksplodował bólem, a w piersiach momentalnie zabrakło tchu. Nie zdążył zareagować, gdy coś chwyciło go za nogę i targnęło jak szmacianą lalką w głąb jaskini.

Błyskawicznie zerwał się na nogi. Gotowy był do ataku, lecz zawahał się, gdy zobaczył pędzącą na siebie zielonoskórą górę zębów i mięśni. Szarżujący ork był wyjątkowo okazały nawet jak na standardy swojej niemałej przecież rasy. W ślepiach płonęła żądza mordu, w łapie dzierżył długi, poznaczony zadziorami miecz. W tej chwili nóż błyszczący w dłoni człowieka wydawał się wyjątkowo filigranowy i bardzo, ale to bardzo nie na miejscu. Nemen z trudem przełknął ślinę. Na ugiętych nogach szykował się do uniku. Zielone cielsko z furią pędziło wprost na niego. Basowy, ochrypły ryk wypełniał całą pieczarę.

Gdy ork miał już go dopaść, odskoczył z gracją i daleko poza zasięg przeciwnika… przynajmniej taki był plan. W rzeczywistości, jeszcze zanim wylądował, Zielonoskóry znów chwycił go za kostkę, zawirował nim kilka razy wokół własnej osi i cisnął o ścianę jaskini. Uderzenie wycisnęło resztki powietrza z płuc i wzbudziło mroczki tańczące przed oczami. Tym razem mężczyzna podnosił się znacznie wolniej. Strzelał oczami po dziurawych ścianach jaskini w poszukiwaniu Darizena. Wybawienia nie było jednak nigdzie widać. Musiał radzić sobie sam, bez pomocy „mamusi”. W końcu zabił już niejednego orka… no, przynajmniej tak podejrzewał.

– AAARRRRRHHH! – Rozjuszony ork pędził już w stronę leżącego. Nemen może i był nieustraszonym pogromcom potworów, ale jakoś tego nie pamiętał. W panice zaczął odczołgiwać się do tyłu. Gdzie jest nóż? Gdzie jest nóż?! Przecież nie mógł go zgubić właśnie w takiej chwili!

Dotknął plecami ściany. Przed sobą widział uniesiony wysoko miecz, zębiska długie jak dziecięce przedramię i wściekłość bijącą ze ślepi. Wszystko to, i miecz, i zębiska, i ślepia zbliżało się w zastraszającym tempie, z każdą mijającą chwilą wyraźniej wieszczyły śmierć, a on nie mógł znaleźć tej cholernej broni! Nie miał już gdzie się wycofać. Rozglądał się nerwowo w poszukiwaniu przyjaznego metalicznego błysku, dłońmi jak szalony obmacywał skały. Niespodziewanie ręka zagłębiła się we wnękę. I wtedy ork go dopadł.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!