Emil Gieras „Piękny dzień”

Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Ilustracja: pexels.com

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której objawia wam się cel, sens waszego życia? Prosta droga, z której już nie możecie zboczyć? Ja wierzę. Niedawno coś takiego przytrafiło się mnie.

– Tato! Tato! – słyszę piskliwe wołanie i tupot bosych stóp na panelach podłogowych. To Jaś oderwał się od klocków lego i biegnie się pożegnać.

– Tato! – Łapie mnie przed drzwiami i rzuca się na szyję, całuje w policzek czy raczej chciał pocałować w policzek, ale przez przypadek dostaję głośnego i mokrego całusa w ucho. Podrywam brzdąca do góry i mocno tulę.

– Do zobaczenia, synku. Bądź grzeczny.

Widzę Marysię siedzącą w salonie. Czyta książkę i uśmiecha się pod nosem, zerkając na swoich mężczyzn. Taką uwielbiam ją najbardziej. Trochę potargana, jeszcze bez makijażu, naturalna i emanująca kojącą energią, otulona miękkim światłem poranka. Zamieram na chwilę wpatrzony w mojego prywatnego anioła. Wiem, że ten obrazek zabiorę ze sobą do grobu.

– Kocham cię. – Oddaję pocałunek synkowi, stawiam go na nogi i wychodzę. – Cześć – rzucam jeszcze, choć maluch już zdążył polecieć do klocków.

Czy jesteście w stanie uwierzyć w miłość tak potężną, że wypełnia każdy oddech, każde uderzenie serca? Uczucie tak przytłaczające, tak oszałamiające, że aż trudno sobie wyobrazić, że może istnieć bez niego życie, świat… Mówi się, że dla miłości można zrobić wszystko. Banał, prawda? Ja jednak wiem, że mógłbym zrobić naprawdę wszystko, nawet zabić. Znowu banał? Być może, być może.

Na dworze witam się z cudownym porankiem. Słońce grzeje przyjemnie, wieje lekki wiaterek. Idę żwirowymi alejkami. Otaczają mnie zieleń i pieśń ptaków. Z uśmiechem pozdrawiam sąsiadów. Mieszkamy tutaj dopiero od roku, ale sądzę, że już zdążyli nas polubić. Ja ich lubię. Machamy do siebie, kłaniamy się, zamieniamy kilka słów. Życzymy sobie udanego dnia. Pięknie.

Nasi ojcowie mylili się. Przyszłość wcale nie wygląda tak, jak wyśnili w koszmarach, jak roili to sobie w amerykańskiej fabryce marzeń. Nie ma postapokaliptycznej pustyni, nie ma zmutowanych bestii ucztujących na trupie cywilizacji ani gangów wykolejeńców gotowych zamordować za litr wysokooktanowej. Przyszłość pachnie kwiatem lipy i bzu, dźwięczy śmiechem dzieci i szmerem liści. Choć pod obcą okupacją.

Przed furtką do następnego dystryktu staję w niewielkiej kolejce. Ludzie rozmawiają ze sobą, podczas gdy oficerowie bezpieczeństwa robią swoje.

– Fantastyczna pogoda, czyż nie? – zagaduje mnie młoda blondynka. Uśmiecha się ładnie. – Aż żal iść do pracy.

– Tak, to prawda – odpowiadam. – Oby popołudniu było równie sympatycznie.

Ogonek sprawnie przesuwa się do przodu.

– Oby, choć po południu to strach chodzić. – Blondynka ścisza głos. – No wie pan – przewraca oczami – bandyci.

Przytakuję skinieniem głowy. Jakaś babinka za nami widać usłyszała naszą rozmowę i podejmuje temat. Swoich skarg nie kieruje jednak do nas, a do przedstawicieli władzy.

– No właśnie! – syczy. Ma wyjątkowo niemiły, jędzowaty głos. – Bandytami lepiej się zajmijcie, a nie porządnych obywateli tylko byście prześwietlali! – zrzędzi i przepycha się na czoło kolejki. Jeden z oficerów zaczyna coś tłumaczyć, że żadnych bandytów nie ma, że skutecznie dbają o ład i bezpieczeństwo, ale kobiecina wie swoje. Wymienia nawet nazwiska ludzi, którzy ponoć przepadli bez wieści.

– Kurek spod piątki! – Słuchanie jej skrzekliwego zawodzenia zaczyna być męczące. – Kwiatkowski, ten, co miał psa z kulawą nogą. I Bronek, znaczy pan profesor Kotwicki.

Oficerowie bezpieczeństwa ze stoickim spokojem znudzonym głosem powtarzają raz za razem wykute na blachę formułki i starają się sprawnie wykonywać powierzone im zadanie.

– I moja przyjaciółka, Zosia Pieczówna, ale to z Dąbrowy.

W końcu dają za wygraną i przepuszczają ją pierwszą. Nareszcie się zamyka. Reszta kolejkowiczów wiwatuje, niektórzy biją brawo. Moja rozmówczyni chichocze. Słońce maluje na jej złotych włosach wesołe refleksy. Wygląda przepięknie.

– Następny proszę. – To do niej. Bez jędzy poszło bardzo szybko, może nawet za szybko.

– Udanego dnia – mówi mi na pożegnanie.

– Tobie również.

Dziewczyna odchodzi i po krótkiej chwili znika za furtką.

– Następny. – Oficer bezpieczeństwa zwraca się w końcu do mnie. Podchodzę i wyciągam w jego stronę zachipowane przedramię.

– Mariusz Kowal, obywatel trzeciej kategorii – mówię, choć oczywiście nie ma takiej potrzeby. System poda im wszystkie moje dane w przeciągu sekundy. Osoby kulturalne jednak i tak się przedstawiają, takie wychowanie. W końcu ich nie znam, zmieniają się prawie codziennie.

Po krótkim skanie przechodzę przez bramkę, która – co było do przewidzenia – wszczyna alarm.

– Rozrusznik typu ZR-201C – mówię szybko, bez zbędnych emocji. – Mam go prawie od urodzenia.

Oficerowie wymieniają spojrzenia, ten, który sczytywał zaszyty w ręce chip, potwierdza skinięciem głowy. Ten drugi, sprzed bramki, zdejmuje dłoń z przycisku dezintegratora.

– Więcej takich jak pan, to mnie się rozrusznik przyda. – Przepuszcza mnie dalej. – Miłego dnia.

– Miłego.

Wkraczam do dzielnicy pracy. Nie jest tu już tak zielono jak w dzielnicy mieszkalnej, ale i tak niejeden futurysta czułby się bardzo zawiedziony. Miłe dla oka wysokie budynki, pastelowe kolory, bezpieczne, obłe kształty, radosne murale. Ot, wesoła przyszłość.

Kolejna bramka i kolejny korek, teraz mniejszy i bez marudzącej baby siejącej zamieszanie. Staję na końcu, witam się ze współobywatelami. Mała dziewczynka, dwu-, może trzyletnia, w zapamiętaniu ssie lizaka, pałęta się między nogami dorosłych. Staje przy mnie, zadziera głowę i wpatruje się we mnie cudnymi, ogromnymi oczętami.

– Co tam, brzdącu? – pytam, lecz ona nie reaguje. Jak zahipnotyzowana patrzy na mnie, zapominając nawet o lizaku. Z ust wycieka jej wstęga śliny zmieszanej z barwionym cukrem.

Kucam przy niej i ocieram buzię chusteczką higieniczną.

– Widzisz więcej, co? – mówię szeptem. – Tymi wielkimi, błękitnymi oczami, hmm?

Nie odpowiada. Nie musi.

– Co się stało?! – Podchodzi do nas podenerwowana matka dziewczynki. Już wiem, po kim mała odziedziczyła to niesamowite spojrzenie.

– Nic takiego. – Uśmiecham się. – Mieliśmy tu tylko mały przeciek.

– Najmocniej pana przepraszam. – Kobieta, choć trochę zażenowana, odwzajemnia uśmiech. Nie ma pretensji, że zaczepiłem jej dziecko, nie obawiała się, że mogę stanowić zagrożenie. Cóż, budzę zaufanie. Ten typ już tak ma.

– Naprawdę nic takiego – powtarzam i puszczam oko do małej na pożegnanie. – Nic takiego.

Odchodzą. Odprowadzam je wzrokiem za furtkę.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Powiązane wpisy

Hanna Karwowska „Chłopiec z XXI wieku”
Opowiadania - 1 czerwca 2014

Od redakcji: Dziś, z okazji Dnia dziecka, mamy dla Was ciekawostkę, rarytas. Tekst został…

Łukasz Sikora „Centralne Biuro Śledzenia Autorów”
Opowiadania - 20 czerwca 2014

Pan Mietek uważał się za wzorowego pracownika, w takim przekonaniu utwierdzały go…

Tomasz Jarząb „Wola życia”
Opowiadania - 5 marca 2018

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!