Ina Goldin „Duma odchodzącego”

Opowiadania Ina Goldin - 21 grudnia 2016

Foto: Adam Cebula

Brakło sił. Branko Wukowicz zacisnął zęby, poruszył palcami, znów ostrożnie przycisnął je do skroni rannego. Ten mrugał dziecięcymi, nierozumiejącymi oczyma i ze świstem wciągał powietrze.

Już nie próbował tłumaczyć i uspokajać.

– Zaśniesz, najmilszy – odezwała się zza jego ramienia siostra Ruta. – Nie na długo.

Skoncentrować się. Poczuć falę błogiego spokoju, który trzeba przekazać choremu.

Za oknem gwizdało, grzmiało, płonęło.

Spokój, na miłość boską.

Przymknął oczy, odprężył się, poczuł – wreszcie – lepką, ciepłą słabość, płynącą z palców. Ranny przestał rzęzić, przechylił głowę na bok, z jego ust wypłynęła cienka niteczka śliny. Mikstura się kończyła, z bogatych zapasów winnej piwnicy księcia Tomisława pozostało kilka dzbanów. A piłować na żywca – zwyczajny brak logiki, chłopak nie przeżyje z powodu szoku. Walnąć pałką po głowie, jak to robią na zachodzie… „To w złym guście, moi przyszli koledzy. Głowa jest bardzo cenna i nie znosi okrutnego traktowania, nawet w sytuacji, kiedy nie udowodniono naukowo obecności w niej mózgu”…

Tak jakby w pamięci zostało cokolwiek z Akademii…

To wszystko snobizm; przepych, bezsensowny jak kosztowne płytki na podłodze, na które bryzga teraz prawie świątecznie jaskrawa krew i spadają odłamki kości; jak dywany, przywiezione dla księcia z dalekich stron – taki z nich teraz tylko pożytek, że choć trochę ogrzewają rannych. Chwała Rozerwanemu, że książę tego nie widzi.

Dużo prościej byłoby dobijać – na przykład tego, który nie ma większej części prawej nogi – siostra Ruta wrzuciła ją do stojącego na podłodze ogromnego, bogato zdobionego wazonu. Rutka już nie bladła, osiągnąwszy jakąś doskonałą, prawie świętą bezbarwność. Uodporniła się na woń piłowanych kości, zmieszaną z zapachem kwiatowej wody księżnej – jedynego środka, którym mogli jeszcze walczyć z zarazą. Przygarbione plecy stężały, ale ręce poruszały się coraz zwinniej. Tylko ona jedna została. Miał nadzieję, że inne, te ze szpitala – zdołały ujść.

– Po wszystkim. – Skinął na dwóch lżej rannych, którzy postanowili zostać w lazarecie i pomagali teraz taskać pacjentów.

Branko ich rozumiał. Gdyby jeszcze tylko udało się przywlec tu Antego… Choćby nawet z lekką raną, byle tylko – zabrać spod ognia…

Branko wyprostował się, mimo woli dziwiąc się wielkości sali – jeśli cały czas, w ogromnym skupieniu, koncentrujesz uwagę na jednej ranie, jednym instrumencie, przestrzeń się kurczy. Pozwolił siostrze na obmycie mu rąk, podrapał się wreszcie po szyi pod przepoconym kołnierzem. Ranni, ułożeni na drogich dywanach, z haftowanymi poduszkami pod głowami, bredzili, śmierdzieli, cierpieli, prosili o wodę.

– Co to? – zwrócił się do Rutki.

– Oj. – Zarumieniła się, przygarbiła.

– Czekacie, aż sam wyjdzie? I tak miejsca nie wystarcza. Zabierzcie go natychmiast!

Przez drzwi wtoczył się dobry brat z kolejnym rannym na plecach.

– Myślałem, że cię zabili – powiedział Branko.

– Udało się, chwała świętym.

– Chciałbym wiedzieć, jakie wieści przynosisz z miasta.

– Najważniejsza, mówią, że miasta już nie ma…

Jakie akuratne otwory pozostają po ogniostrzałach… Rana w ramieniu na wylot, no i o co tyle krzyku, to dobra rana, można nawet „rękami” zamknąć, ot, tyle, byś mi tu z utraty krwi nie umarł…

Położył młodzieńcowi jedną dłoń na ciemię, drugą – na pierś, jak uczyli. „Przelewanie” mocy – zajęcie niewdzięczne, ale do transfuzji nie ma tu warunków.

– Wina – rzucił przez ramię. – Tam jeszcze było…

– Ej, w-wiesznic! – Do sali wpadł człowiek, a za nim słało się coś równego i jaskrawego na zasychającej już krwi; podtrzymywał brzuch rękoma, a tam to, czego nie da się utrzymać. – Przypaliła się moja marchewka… Nie dasz eliksirku?

Nagle – jakby w poślizgu – nogi mu się rozjechały i runął na dobrą siostrę.

– Beznadziejny… – samymi wargami powiedziała Rutka znad jego głowy.

– Dziękuję, siostro, widzę.

Tertius. Wątroba w strzępach, chyba cudem dotarł do lazaretu. Pozostawało tylko wlać w gardło „eliksirku” i wypuścić. Nie ma sensu zajmować się artystycznym cerowaniem…

– Lej, nie żałuj, wiesznic, przecież to moja ostatnia popitka!

Jak on, pomyślał z przesądnym przerażeniem Branko, może z czymś takim jeszcze rozmawiać? Czyżby szok był tak silny?

Rutka przejęła kubek z eliksirem, przyklękła, napoiła żołnierza.

– Pij, miły, pij, za chwilę wszystko przeminie, za chwilę…

Jej głos, z godziny na godzinę, stawał się miększy i słodszy, jak zaczynające gnić jabłko, i coraz bardziej przypominał o śmierci.

Człowiek, siedzący pod ścianą, przejmująco powiedział:

– Och-ch…

Wukowicz nie wiedział, co teraz czuje ranny, a właściwie wiedział, ale tylko tyle, co w suchych klinicznych wywodach, które opracowywał dla Uczonej Rady. Ale mógł wyobrazić sobie – momentalne, zapierające dech uderzenie rześkości, euforię spowodowaną zanikiem bólu. I nadzieję – nieuniknioną, przecież krwotok ustał i nawet rana zabliźnia się w oczach.

Nadzieja – oto, co najgorsze. Eliksir „Duma odchodzącego” nie powstał wcale z myślą o takim zastosowaniu. Powinni go podawać beznadziejnie chorym, by swoje ostatnie godziny mogli spędzić godnie, bez cierpień; by na granicy śmierci człowiek uświadomił sobie, czym jest życie. Żeby, dzięki zredukowaniu na kilka dni albo tygodni tego, co teraz było tylko nieuniknione i bolesne, człowiek mógł – jeszcze raz – zebrać rodzinę, przespać się z żoną, wykąpać w morzu.

W Radzie długo sprzeczano się o formułę, która zbyt daleko odeszła od zwykłej iluzji. To prawie nekromancja, uważano na Zachodzie, tam eliksiru nie wprowadzono do użytku. W dodatku, dla zdrowych – trucizna; ale kto będzie dawać to zdrowym?

A teraz „dumą” pojono śmiertelnie rannych, żeby jeszcze jakiś czas mogli utrzymać w rękach broń.

– Co z naszym księciem? – zapytał umarlak, stając na nogi.

Z naszym księciem wszystko dobrze. Lepiej, niż z kimkolwiek w pałacu. Spokojniej – akurat to jest pewne.

– Jakiż to twój obowiązek! – krzyczała Drażanka. – Co ty bredzisz?!

Krzyk jeszcze nie zmienił się we wrzaskliwy babski płacz, ale był tego bliski.

– Nie mogę go zostawić – powiedział smutno. Nie mógł również patrzeć, jak Drażanka płacze. – No… Rozerwany z tobą, przecież się umówiliśmy…

Furmanka już czekała, by odwieźć Drażankę z dziećmi do zagubionej wioseczki na granicy z Dragokrainą; tam, gdzie nikt nie skojarzy, że jest jego żoną.

Zło, jak zawsze, przyszło przez Czegowińców. Z początku do wieści z portu nawet nie przywiązywano wagi – Sarawija zmęczyła się walką, sąsiedzi również i wątły pokój cienkim lodem skuł odwieczną, czarną kałużę rozbieżności. Przypadkowy incydent to za mało, żeby ten pokój zburzyć, ale wmieszał się Cezar Ostlandu – zaproponował księciu Tomisławowi pomoc przeciwko „czegowińskim bandytom”. Branka nie obchodziła polityka, ale nawet z Akademii było widać, że dobry Cezar posuwa się na zachód i potrzebuje wsparcia. Że zaczyna pogrywać z Sarawiją, tak kusząco leżącą przy ostlandzkiej granicy. A odmowy Cezar nie uznawał. Ci, którzy mu odmawiali, najczęściej po prostu znikali z mapy.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Ina Goldin „Przekleństwo”
Opowiadania Fahrenheit Crew - 26 kwietnia 2014

Prefektura Nagasaki, Japonia, 1945 rok   Yukari składała żurawiki origami. Ostatnie dni były…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!