Jagna Rolska „Kod boskości” (2)

Opowiadania Jagna Rolska - 15 grudnia 2014

Właśnie tego mi było trzeba. Zwierząt i ludzi. Sensu tworzenia. Zapragnąłem stworzyć życie.

Pierwsza próba była totalną porażką. Każdy bóg powinien wiedzieć coś na temat fizjologii i jej uwarunkowań środowiskowych. Jestem emerytowanym profesorem historii, cóż więc mogę o tym wiedzieć, nawet jeśli osiągnąłem status boga w wymiarze egzystencjalnym? Wykorzystując pamięć absolutną, przeczesałem zasoby mózgu od czasu podstawówki, i posiłkując się podstawowymi schematami, udało mi się stworzyć koliberka. Machał w oszałamiającym tempie skrzydełkami przez mrugnięcie moich powiek i spadł bez życia na piasek karaibskiej plaży. Zirytowałem się i postanowiłem zabawić się w ichtiologa. Zwróciłem wszechmocną dłoń w stronę oceanu, nakazując jego drobnym falom, pozyskanym dzięki stworzeniu grawitacji i wiatru, ukazanie stworzonych tuńczyków. Po chwili leniwe chlupotanie ujawniło ławicę srebrnych grzbietów. Zatrzepotały ogonami w agonii i przepadły w odmętach wody.

Musiałem najwyraźniej przemyśleć dwie kwestie. Pierwszą z nich była moja wiedza biologiczna. Drugą skład gazowy Miejsca.

Imigranci

Odtworzyłem wierną replikę ziemskiej atmosfery, udało mi się zarybić ocean i stworzyć niezbędną dla ekosystemu faunę lądową. Mogłem istnieć bez tego całego cyrku, ale tęsknota za synem zwyciężyła. Tłukłem się po wyspie, starając się urządzić jej powierzchnię tak, by przypominała ziemską. Nostalgia za dawnym życiem sprawiła, że zapragnąłem stworzyć człowieka. Pragnienie było silne, ale dominowała je obawa przed fiaskiem. Koliber to jedno – ale istota humanoidalna, zdychająca na plaży u moich stóp? Może i byłem bogiem, ale najwyraźniej ciągle miałem ludzkie uczucia. Byłem nieomal pewien, że realizację głębokiej potrzeby posiadania na własność człowieka można rozwiązać inaczej. Bałem się go stworzyć, ale przecież mogłem go zmusić, żeby pojawił się na mojej wyspie. Chciałem, żeby to był mój syn, ale bałem się choćby o tym pomyśleć. Skupiłem myśli na znanej mi Ziemi i nieomal odruchowo skoncentrowałem się na wydarzeniach Starej Wojny. Tej samej, która stanowiła przedmiot mojej pracy doktorskiej i zdecydowanie przyczyniła się do awansu w Instytucie Historycznym. Czasy wydały mi się na tyle odległe, że zaryzykowałem próbę przywołania do siebie ludzi, którzy i tak byli skazani na zagładę. Nakazałem im opuszczenie wagonu bydlęcego i zmaterializowanie się na mojej wyspie. Na maleńkim rynku pojawiła się nagle setka zagłodzonych obdartusów. Dzieci płakały żałośnie, kobiety z lamentem błagalnie wyciągały przed siebie ręce. Mężczyźni próbowali zagarniać rozhisteryzowane stado, ale oszołomienie nagłą materializacją na mojej wyspie sprawiało, że ich chaotyczne ruchy przynosiły odwrotny skutek. Dzieci-szkieleciki rozbiegły się po rynku i ukryły w załomach kamienic. Ich przerażone oczy śledziły mnie, gdy postanowiłem się objawić. W końcu się udało. Na wyspie pojawili się prawdziwi ludzie i najwyraźniej skład chemiczny atmosfery nie czynił im krzywdy. Triumf boga.

Afirmacja

Moi ludzie powoli pozbywali się strachu. Chyba zaczynali w końcu wierzyć, że – na przekór wszystkiemu – wywinęli się z objęć śmierci. Nieśmiało poznawali najbliższe otoczenie. Wychodzili przed domy i zbici w grupki szeptali do siebie, zawsze trzymając w kieszeniach coś do jedzenia, na wypadek gdyby ktoś miał nagle przyjść i wygonić ich na brukowany placyk, zmusić krzykiem do ustawienia się w kolumnę skazańców. Dzieci, ciche i bardzo poważne, naśladowały dorosłych. Nie umiały się bawić. Chyba nikt nigdy nie pokazał im, co to jest dzieciństwo. Nie było na to czasu w miejscu, w którym miały nieszczęście się urodzić. Wyraźnie nabierały jednak ciała – i to był dobry znak. Starałem się nie narzucać ludziom, dając im czas na akceptację otoczenia i mojej boskiej osoby. Pogratulowałem sobie w duchu przenikliwości, dzięki której zdecydowałem się na stworzenie domów z ich epoki. Już samo egzotyczne otoczenie zdawało się napawać ich lękiem. Nawykli do brudu i szarzyzny miejskiego bruku, dziwili się wszystkiemu. Morzu, palmom, strzelistym górom i miejscowej faunie. Zdarzyło mi się jednak zaobserwować zachwyt na wychudzonej buzi dzieciaka, który z pewnej odległości obserwował barwną papugę. Podszedłem do niego, emanując uspokajającym światłem.

– Piękny ptak, prawda? – zapytałem

Chłopczyk spłoszył się jak sarenka i szarpnął do tyłu, chcąc pospiesznie umknąć.

– Nie bój się. Nic ci nie zrobię – zaszemrałem łagodnie i uśmiechnąłem się do niego.

Mógł mieć nie więcej niż pięć lat i prawdopodobnie każde z jego wspomnień związane było z tamtą wojną i okrucieństwem. Zatrzymał się i bacznie mnie obserwował, spięty do ucieczki, gdy tylko uzna, że coś mu z mojej strony grozi.

– Ten ptak to papuga ara – wyjaśniłem. – Mieszka w ciepłych miejscach, takich jak nasza wyspa albo Ameryka Południowa.

Dziecko milczało, ale ciekawość zwyciężyła i bystre oczy zerkały co chwilę raz w stronę ptaka, raz na mnie.

– Dlaczego ma otwartą buzię i macha skrzydłami? – zapytało cichutko.

– Dziób. Papuga ma dziób, a nie buzię, wiesz? Chłodzi się w ten sposób, bo jej gorąco w środku. A skrzydłami macha, żeby było jej chłodniej pod piórkami, rozumiesz?

– Myślałem, że gestapowiec do niej strzelił i ją coś boli…

Westchnąłem ciężko i jednocześnie posłałem dzieciakowi uspokajający uśmiech.

– A gdzie jest twoja mama? – zapytałem, by zmienić temat i odciągnąć uwagę małego od koszmarnych wspomnień z poprzedniego świata.

– Niemcy zabili – odparł cichutko.

– A tata? – brnąłem, w duchu przeklinając własną głupotę i nie licujące z boską godnością reakcje gruczołów łzowych.

– Zasłonił mamę …

– Nie mów dalej – poprosiłem. – Z kim tutaj mieszkasz?

– Taka starsza ciocia mnie wzięła. I jej mąż. Ma okulary i jest całkiem łysy.

– Dobrze ci u nich?

– Dają chleb – potwierdził.

Zapewnienie żywności moim ludziom było sporym wyzwaniem logistycznym. Ja sam od dawna nie potrzebowałem pożywienia i jedynie czasami dla kaprysu tworzyłem znany mi z ziemi napój, pokarm albo owoc w postaci nieprzetworzonej wyłącznie po to, by ich widokiem podsycić tę cholerną i sentymentalną tęsknotę za poprzednim życiem. Nigdy się nie zastanawiałem nad składem chemicznym i walorami odżywczymi, by o smakowych nie wspomnieć. Z lekcji chemii pamiętałem tyle, że związki obojętne dla ludzkiego organizmu tak naprawdę tylko minimalnie różnią się składem od śmiercionośnych trucizn. Nie miałem właściwie nawet pewności, czy rosnące na stworzonych przeze mnie drzewach owoce także nie są jakimś modyfikowanym świństwem. Co z tego, że lokalne zwierzęta jadły je bez szkody? One same kodem genetycznym też mogły znacznie odbiegać od oryginałów. Mam wrażenie, że gdyby bogiem tego Miejsca został genetyk, albo chociaż chemik, to proces tworzenia przebiegałby znacznie sprawniej. Co na to wszystko mógł poradzić historyk? Mógł jedynie ściągnąć sobie na głowę obszarpańców z czasów wojny, której prawie nikt nie pamięta. A jak już się pojawili, to należało o nich zadbać. W sensie biologicznym żyli – i należało respektować ich prawa obywatelskie według zasad aktualnej konstytucji. A poza tym… co tu więcej mówić. Zależało mi na tym, żeby poczuli się w końcu szczęśliwi i bezpieczni. W pierwszym odruchu postanowiłem ściągnąć myślami wiktuały z Warszawy czasu równoległego. Wydedukowałem, że skoro udało mi się przenieść za pomocą myśli ciężki skład pociągu, należący kiedyś do niemieckiej Rzeszy, to z żywnością będzie jeszcze łatwiej. I niewiele brakowało, żebym wytruł tych wszystkich biedaków. Odruchowo chciałem ściągnąć jedzenie z najlepiej znanego mi miejsca, czyli okolic mojego domu, ale na szczęście przypomniało mi się, że ci ludzie żyli w czasach, gdzie pomimo ogromnych problemów aprowizacyjnych dżem robiło się jeszcze z owoców, a mięso pochodziło z uboju zwierząt, a nie z laboratoriów chemicznych. Jedyną możliwością było ściągnięcie żywności z czasów, w których naukowcy nie grzebali w niej na masową skalę. Czyli skąd dokładnie? Moje studia historyczne obejmowały problem głodu i kolejnych plag wszelkiego autoramentu, ale nigdy nie wyszedłem poza wiadomości ogólne. Nawet studia doktoranckie nie wymagały analizy składu żywności na przestrzeni dziejów. Nieco w ciemno założyłem, że najbezpieczniej będzie się posiłkować czasami powojennymi, gdy wrócił jako taki dobrobyt, a żywność była jeszcze w miarę naturalna. I tak na rynku pojawiło się kilkanaście wózków sklepowych wypełnionych po brzegi paczkami mięsa, chlebem, masłem i tysiącem innych delikatesów. Ludzie zbiegli się i utworzyli krąg wokół wózków, ale nikt nie miał odwagi sięgnąć do środka.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Jagna Rolska „SeeIT”
Patronaty F-ta Jagna Rolska - 10 stycznia 2019

Rok 2117. Ziemia to tykająca bomba, która niedługo ulegnie zniszczeniu. Ludzkość musi opuścić planetę…

W Empiku ruszyła przedsprzedaż powieści „SeeIT”
Aktualności MAT - 31 stycznia 2019

Nową powieść Jagny Rolskiej można już zamawiać w sieci Empik.

Sieciowe życie po życiu
Bookiety nimfa bagienna - 25 kwietnia 2017

Bohaterka powieści, Leila, to klasyczny przykład odludka. Jej życie upływa po cichutku, przeciekając przez palce…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!