Jagna Rolska „Kod boskości” (3)

Opowiadania Jagna Rolska - 15 grudnia 2014

– To dla was – powiedziałem spokojnie, stojąc w pewnym oddaleniu. – Rozdzielcie żywność.

Starszy mężczyzna, którego najwyraźniej wybrano na przywódcę, ukłonił się w moim kierunku i podszedł do zapasów żywności. Reszta ludzi ustawiła się bez szemrania w kolejkę. Nie było wrzasków. Nie było żadnego przepychania się. Każdy grzecznie czekał. Niebywałe, zważywszy na fakt, że wszyscy otarli się o śmierć głodową. Tymczasem jedna z kobiet ujrzała tabliczkę czekolady i klasnęła z radości w dłonie. Po chwili zbiegła się chmara dzieciaków, a naczelnik wręczył najstarszemu z chłopców tabliczkę i polecił mu ją sprawiedliwie podzielić. I dzieci także cierpliwie czekały na swoją kolej. Zdumiewające.

Seanse materializowania się żywności powtarzałem trzy razy w tygodniu, a ludzie zawsze zachowywali się w ten sam sposób. Zawsze pamiętałem o cukierkach czy czekoladzie dla dzieciaków. I zawsze trzymałem się na uboczu. Nie chciałem ingerować w ich sprawy. Pewnego razu przywódca ludzi wręczył najstarszemu z chłopców torebkę z cukierkami, a ten podzielił łup między dzieciarnię. I wtedy stała się rzecz niezwykła. Mały chłopiec, ten sam, który wcześniej zachwycił się papugą, podszedł do mnie, nieśmiało ściskając łup w małej rączce.

– Dziękuję panu bardzo – powiedział cichutko i uśmiechnął się nieśmiało.

Reszta ludzi obserwowała malca w milczeniu. Chwilę to trwało, ale w końcu podeszli do mnie wszyscy. W ciszy, tak jak to mieli w zwyczaju, obserwowali mnie spokojnie. Skinąłem im głową na powitanie, tak jakbyśmy się widzieli pierwszy raz w życiu. Naczelnik wysunął się przed resztę i wyciągnął do mnie drżącą dłoń. Ująłem ją i przytrzymałem w ciepłym uścisku. Ludzie zaakceptowali mnie jako swojego nowego boga.

Pragnienie

Żyliśmy spokojnie, ale ludziom najwyraźniej nie służyła bezczynność. Wszystko dostawali ode mnie i nie mieli potrzeby zajmowania się tym, co jest sensem życia każdego człowieka. Praca. Bez niej gnuśniejemy i nie wiemy, w jaki sposób zapełnić kolejne dni, ani jak odróżnić powszednie od tych świątecznych. Naszła mnie refleksja, że chyba zbyt intensywnie zajmuję się moimi podopiecznymi. Zauważyłem, że jedna z kobiet wkrótce będzie rodzić, więc stworzyłem szpital, a gdy jeden z mędrców zaczął uczyć dzieci w parku tuż pod kasztanowcem, wówczas urządziłem szkołę z kilkoma klasami. Wszystko przychodziło im zbyt łatwo i zbyt szybko uzależnili się ode mnie. Gdybym stracił moc, to zginęliby wszyscy. Co do jednego. Musiałem znaleźć dla nich zajęcia, sprawić, by stali się panami własnego losu i zadbali własnoręcznie o dobrobyt swoich rodzin. Zdobywanie pożywienia – wokół tego kręci się cała cywilizacja. Głód jest motorem napędowym ludzkiej aktywności.

Nadszedł czas, by ktoś sprawdził przydatność do spożycia miejscowych owoców. Ja sam nie miałem takiej możliwości, a nie zamierzałem narażać żadnego z moich ludzi. Jedynym rozsądnym wyjściem było sprowadzenie prawdziwego człowieka z zewnątrz. Człowieka jednoznacznie złego, który ewentualnie mógłby oddać życie za sprawę, a ja nie będę odczuwał najlżejszych wyrzutów sumienia z tego powodu. I tak jakoś sprowadziłem Hitlera. Mrugał z niedowierzaniem, wyrwany z miasta Platterhof w połowie swojego płomiennego przemówienia. Potrząsał zdezorientowany głową, ale halucynacja nie znikała. Tłukł się po polance, odbijając się dłońmi od pni palm i wrzeszczał coś o spisku żydowskim. Nawet nie wiedział, jak bardzo otarł się o prawdę.

Uznałem, że moment był idealny na ujawnienie się. Znałem niemiecki, ale wolałem skłonić tego małego, chorego człowieka, by przemówił po polsku. Stwierdziłem, ze tak będzie ciekawiej.

– Nie ruszaj się! – krzyknąłem.

Hitler przystanął zdumiony i spojrzał na mnie.

– Kim jesteś? – wyjąkał z przerażeniem.

– Jestem bogiem – odparłem. – A ty częścią boskiego planu.

– Wiem, że nie istniejesz! Jesteś halucynacją, ale nawet takie chorobliwe projekcje nie ugną dumy prawdziwego Niemca! – wykrzyknął nieco piskliwie.

– A wizja wiecznego potępienia ugnie nieco twoje faszystowskie ego? – zapytałem, od niechcenia miotając niewielkie błyskawice.

– Jakie zadania masz dla Führera? – odparł, odzyskując rozsądek.

– Na początek właź na palmę i żryj kokosy.

Lekcja, którą wyniósł z wyspy Adolf, raczej nie miała przełożenia na losy tamtej wojny. Gdybym miał się zakładać, to tuż po powrocie uznał to za majak, a problemy żołądkowe musiał skojarzyć z rozwijającą się grypą żołądkową, a nie aktem dywersji. Przydał się jednak. Na żywym materiale ustaliłem, że żywność produkowana na wyspie jest dla ludzi z tamtej epoki nieszkodliwa. Ryby także. A jak fajnie ten kurdupel nurkował w mundurze galowym i połykał surowe makrele!

Gdy poszedłem ogłosić ludziom dobrą nowinę, na powitanie wybiegł roześmiany chłopiec, ten od papugi. Coś tam paplał, podekscytowany, o delfinach, a ja pogłaskałem go po głowie z roztargnieniem.

– Jesteś miły jak mój tata – zaszczebiotał chłopiec.

A na mnie spłynęła fala tęsknoty za synem.

– Powiedz swoim ludziom, że można już zrywać owoce i łowić ryby – wydusiłem przez zaciśnięte gardło.

Malec otarł się pieszczotliwie o mój łokieć i pobiegł przekazać słowo boże. Przez chwilę walczyłem z pragnieniem, by przywołać go do siebie, wziąć do domostwa na szczycie skalistych gór i uczynić go zastępczym synem. Powstrzymałem się jednak. Ja i tak nie zapełniłbym pustki, a chłopiec musi się chować między swoimi. Tylko tam będzie szczęśliwy.

– Z bogiem, choć właściwie od boga – szepnąłem i teleportowałem się do swojej siedziby.

Przez jakiś czas chodziłem po komnacie, stąpając gniewnie, a każdy mój krok wywoływał fale na oceanie. Miotałem się i zaciskałem pięści, nie będąc świadomym trzęsień ziemi, jakie wywoływałem. Z mojej piersi wydarł się szloch, a wyspa zniknęła za kurtyną deszczu. Mój gniew trwał długo, a gdy w końcu minął, zstąpiłem z gór i udałem się do wioski. Po drodze spotkałem starca.

– Witaj – powiedział.

– Witaj, synu – odparłem.

– Tyle lat…

I nagle zrozumiałem, że stoi przede mną chłopiec, który zachwycał się papugami i delfinami. Minąłem go bez słowa i ruszyłem w stronę zabudowań. Wioska miała się całkiem nieźle. Wszędzie było czysto, ludzie uśmiechali się do mnie. Nie wiedzieli, kim jestem, i brali mnie za swojego. Wokół portu rozciągał się targ, a przy brzegu kołysały się łodzie. Część nieużytków za wioską wykarczowano i zamieniono na pola uprawne. Nawet nie zauważyłem, kiedy przykuśtykał do mnie chłopiec od papug i stanął tuż za moimi plecami.

– Nie potrzebujecie mnie – powiedziałem z goryczą, gdy położył mi dłoń na ramieniu.

– Potrzebujemy wiary w ciebie – odparł.

Odszedłem więc. Zaszyłem się w gaju palmowym i pstryknąłem palcami w stronę papugi. Sfrunęła mi na ramię i zaczęła pieszczotliwie ocierać dziób o moje ucho. Zbyt długo zwlekałem. Zacisnąłem powieki i wyartykułowałem jedyne istotne życzenie.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Jagna Rolska i Anna Szumacher na WTK 2019
Aktualności A.Mason - 22 maja 2019

W sobotę, 25 maja o godzinie 13.00 w trakcie Warszawskich Targów Książki na stoisku…

[RECENZJA] „Openminder t. 1” Magdalena Świerczek-Gryboś
Recenzja fantastyczna Jagna Rolska - 20 maja 2019

Magdalena Świerczek-Gryboś stworzyła swój dystopijny świat w najdrobniejszych technicznych szczegółach, nie zapominając…

Jagna Rolska „Na początku był Człowiek”
Opowiadania Jagna Rolska - 23 sierpnia 2019

Tym razem mamy dla czytelników przedruk opowiadania Jagny Rolskiej, które pierwotnie zostało…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!