Jakub Bogucki „Żeglarz”

– Dlaczego nazywasz mnie pułkownikiem? – zapytał słabym głosem.

Smagła, ciemnowłosa dziewczyna w ściśle dopasowanym, oliwkowym uniformie wyglądała na znużoną. Znad szklanki wody nieco zirytowanym głosem kolejny raz rzuciła:

– Pułkowniku Tress, błagam pana, już po raz ostatni. To jedyna szansa, niech się pan skoncentruje na jakimś wydarzeniu z tamtej chwili…

– Dlaczego pułko…- urwał w pół zdania bezsensownie powtarzane pytanie. Jedyne, jakie przychodziło mu do głowy.

Dziewczyna beznamiętnie wczytywała się w dokumentację leżącą na niewielkim szklanym stoliku i denerwująco stukała w niego denkiem szklanki. Tress każde drżenie szkła odbierał niczym bolesne tortury na własnych zębach. Czuł się na tyle źle, że nie był w stanie nawet unieść się na łokciu, bo po krótkiej chwili mózg kotłował się w zawrotach głowy, które niemal natychmiast wysyłały mdlący sygnał do układu trawiennego. Jedynie szybki powrót do pozycji leżącej zabezpieczał go przed krępującym zrzutem treści żołądkowej.

– Tresssss, kurrrrwa, nooo, przypomnij sobie! – dziewczyna wystękała z wyraźnym zmęczeniem i nadal, jakby coraz głośniej, pukała naczyniem w blat. Zanim zdołał po raz któryś tam podjąć próbę zwrócenia głowy w jej stronę, z impetem otworzyły się drzwi. Ktoś wszedł. Tress nie widział postaci, uczuł gwałtowny skurcz w skroniach, rytmiczne pulsowanie zbiegało się z krokami nowo przybyłego..

– Masz coś? – zadudnił mu w uszach potworny bas pytania skierowanego do dziewczyny.

– Nie, panie majorze. Wciąż nic nie pamięta. Jest w kiepskim stanie, dwa razy zwymiotował, ma jeszcze pewne zaburzenia artykulacji. Doktor Hefni mówi, że potrzeba będzie co najmniej dwóch tygodni, aby mógł siedzieć samodzielnie.

– Hefni, Hefni! – bas był zdecydowanie rozzłoszczony sugestiami dziewczyny. – Konował wie tylko, że on ma słabe tętno. Nie tego potrzebujemy! Gówno mnie obchodzi jego siedzenie. Wyrwij mu to z mózgu! Skup się, Lucille! Postaraj się jakoś go naprowadzić! Jesteś przecież psychologiem, do ciężkiej cholery!

– Tak, panie majorze. Tylko… on nawet nie wie, jak się nazywa. Taki impas może trwać bardzo długo. Może się nigdy nie skończyć…

– Mam to gdzieś! Nie po to tu siedzisz! Znajdź sposób, nie wiem – może podłącz mu elektrody, albo wymasuj jaja! Musi zaskoczyć! Masz dwadzieścia cztery godziny!

– Ale panie ma… – nie dokończyła. Wyszedł.

Tress nie zdołał nawet zwrócić głowy w stronę drzwi. Mężczyzna o dudniącym basie zniknął więc i pozostał w jego wyobraźni tylko głosem. „Major” – pomyślał. Usiłował skojarzyć jakieś niejasne zarysy treści, odległe niczym horyzont. Nic nie pamiętał. Tylko ta dziewczyna, lekarz w kitlu („Hefni” – to zapamiętał z pogróżek basa), mocne światło i to męczące dudnienie szklanki po stole. Nic, nic więcej. Zupełnie. Dziewczyna tymczasem zaczęła znowu, z nieco większą energią:

– Pułkowniku Tress, będę panu odczytywać słowa. Proszę szybko odpowiadać mi, z czym się one kojarzą.

– Dlaczego pani mówi do mnie „pułkowniku”?

– Zaczynajmy! Szefostwo Operacji Specjalnych.

– Yyyh! – stęknął cicho.

– Generał Grotsky.

– Ge-e-nerał… – powtórzył z najwyższym wysiłkiem Tress.

– Generał Grotsky… z Szefostwa Operacji Specjalnych …? – zawiesiła głos.

– Yhymmm – Tress znowu uczuł słabość, chyba zbyt gwałtownie chciał zwrócić głowę w kierunku dziewczyny. Jęk wyrwał się sam.

Szklanka w pewnym momencie przestała dudnić. Dziewczyna obeszła łóżko na którym bez żadnej poduszki leżał Tress.

– I co ja mam z panem zrobić… – spytała jakby samą siebie. Bezradnie przyglądała się jego pobladłej, zmęczonej twarzy. Strzępiasty rudy zarost pogarszał jeszcze wrażenie. Do tego błędne spojrzenie, jak u narkomana.

– Z czym się panu kojarzy Lionel Marsey? Kto to jest Lionel Marsey? – pytała nieco bardziej cierpliwie, próbując przebić się przez powłoki jego amnezji. Na razie z zerowym efektem.

– Mar-sey… – wystękał. – Grot-skyy… Kim był… ten czło…wiek przed chwilą.

Dziewczyna ożywiła się jakby.

– Pamięta pan? Marsey? Grotsky? Cokolwiek?!

– Kto to był…?

– To był major Aimery. Ai-me-ry…- powtórzyła pomału.

– Ai-me-ry – machinalnie odtwarzał jej sylabizowanie. – Mar-sey… – jego głos był cichy, ale wyraźny. – Pić…

Podała mu stojącą na ziemi butelkę ze słomką. Uniosła jego głowę i ścisnęła lekko pojemnik, aby elektrolitowa ciecz mogła dostać się płynnie do spierzchniętych ust. Równocześnie zaczęła znowu:

– Niech pan wypowie pierwsze skojarzenie. Dom?

– Wo-da… – wycharczał wypluwając słomkę i oblewając sobie podbródek.

– Woda, dobrze… – zanotowała. – Matka?

Głucha cisza i bezmyślne spojrzenie. „Tress, niech cię szlag, rusz tą mózgową sieczką!” – myślała. Dalej rzucała kolejne elementy z kwestionariusza skojarzeń: „pies”, „poczta”, „ogień”, „ZOO”, „cukiernia”, „praca”, „lilie”, „Chopin”, „mydło”, „futbol”, zmyślnie wplatając to, co ją naprawdę interesowało: „Lionel Marsey”, „Ruben Grotsky”, „Veronica Ritz”, „Krzyż Południa”. Nie pomagało nic a nic – półgodzinne próby rozszerzyły tylko repertuar stęknięć i beknięć, jakie wydobywały się z krtani leżącego mężczyzny. Miała dość… Było jej duszno i słabo. Na nic w tej chwili nie zdawały jej się dyplomy i kursy, psu na budę dziesięcioletnie doświadczenie w pracy z przypadkami urazów i traum. Tress nie myślał, a już na pewno nie mówił tego, co mógł myśleć. Powtarzał beznamiętnie pojedyncze słowa, skojarzył „dom” z „wodą” – co z punktu widzenia jej badania kompletnie nic nie znaczyło, wreszcie co najmniej kilkanaście razy zapytał, dlaczego tytułuje go stopniem wojskowym. On, Robert Tress – jeden z najlepszych dowódców oddziałów zwiadowczych, który sam prowadził najniebezpieczniejsze akcje – jest w tej chwili bezradny, bezwolny i bezmyślny – niczym po udarze.

– Niech to diabli! – zaklęła, dochodząc do kolejnej kartki kwestionariusza. – Słyszy mnie pan?

– Tak… – głos był ledwie słyszalny.

– Nazywa się pan Tress. Tak?

– Nie wiem…

– Proszę mi uwierzyć. – dziewczyna spróbowała zagrać inaczej. Posterować trochę jego świadomością. – Jest pan pułkownikiem piechoty morskiej i dowódcą oddziału desantowego o kryptonimie „Madras”. Zgoda?

– Nie wiem… Nie paaa-amiętam… – mówienie było dla niego trudne, wciąż wpatrywał się w sufit.

– Niech mi pan na chwilę uwierzy. Zróbmy z tego taką grę… Jest pan pułkownikiem Tressem, Robertem Tressem. Niech pan tylko spojrzy na swoje dłonie! Wystarczająco żylaste i paskudne, aby mogły należeć do człowieka, który pół życia spędził, podciągając się na skałach i zmieniając magazynki – po tych słowach podniosła jego bezwładną rękę i pokazała mu ją z bliska. Rzeczywiście, muskularna. Raczej nie należała do księgowego.

– Yym – stęknął bezradnie.

– Jest pan pułkownikiem Tressem, znajduje się pan w misji specjalnego przeznaczenia. Poszukuje pan bazy rebeliantów. Wcale niedaleko – w skalistych okolicach Botero Pass. Zgoda? To taka gra, pamięta pan?

– Botero Pass – powtórzył machinalnie.

– Świetnie! A więc w okolicach Botero Pass ma być baza, której pan szuka – kto idzie razem z panem?

– No… pani? – bezradnie wyjąkał.

– Nie, ja jestem tutaj, a pan w Botero. Niech pan pomyśli, kogo zabiera pan z sobą?

Jego myśli miały w tej chwili brzmienie. Jakby ktoś pocierał patykiem o kręcące się koło od roweru. Metaliczne dudnienie – „Botero Pass”… – nie wiedział wciąż nic, ale czuł, że pod ostatnimi wspomnieniami lekarza, dziewczyny i tej cholernej lampy jest coś głębiej, dalej, jak za zamkniętymi drzwiami. Botero Pass to była nazwa, która dudniła głośniej w chaosie. Pass. Tress. Madrassss – próbował składać układankę zadawaną mu przez tą czarnowłosą, która nawet na niego nie patrzyła. Znowu tylko stukała tą pieprzoną szklanką – pyyyk! – pyk! – pyyyyk! – pyk!

Ściągnij tekst: