Jakub Bogucki „Żeglarz”

Opowiadania Jakub Bogucki - 1 października 2018

– Dlaczego nazywasz mnie pułkownikiem? – zapytał słabym głosem.

Smagła, ciemnowłosa dziewczyna w ściśle dopasowanym, oliwkowym uniformie wyglądała na znużoną. Znad szklanki wody nieco zirytowanym głosem kolejny raz rzuciła:

– Pułkowniku Tress, błagam pana, już po raz ostatni. To jedyna szansa, niech się pan skoncentruje na jakimś wydarzeniu z tamtej chwili…

– Dlaczego pułko…- urwał w pół zdania bezsensownie powtarzane pytanie. Jedyne, jakie przychodziło mu do głowy.

Dziewczyna beznamiętnie wczytywała się w dokumentację leżącą na niewielkim szklanym stoliku i denerwująco stukała w niego denkiem szklanki. Tress każde drżenie szkła odbierał niczym bolesne tortury na własnych zębach. Czuł się na tyle źle, że nie był w stanie nawet unieść się na łokciu, bo po krótkiej chwili mózg kotłował się w zawrotach głowy, które niemal natychmiast wysyłały mdlący sygnał do układu trawiennego. Jedynie szybki powrót do pozycji leżącej zabezpieczał go przed krępującym zrzutem treści żołądkowej.

– Tresssss, kurrrrwa, nooo, przypomnij sobie! – dziewczyna wystękała z wyraźnym zmęczeniem i nadal, jakby coraz głośniej, pukała naczyniem w blat. Zanim zdołał po raz któryś tam podjąć próbę zwrócenia głowy w jej stronę, z impetem otworzyły się drzwi. Ktoś wszedł. Tress nie widział postaci, uczuł gwałtowny skurcz w skroniach, rytmiczne pulsowanie zbiegało się z krokami nowo przybyłego..

– Masz coś? – zadudnił mu w uszach potworny bas pytania skierowanego do dziewczyny.

– Nie, panie majorze. Wciąż nic nie pamięta. Jest w kiepskim stanie, dwa razy zwymiotował, ma jeszcze pewne zaburzenia artykulacji. Doktor Hefni mówi, że potrzeba będzie co najmniej dwóch tygodni, aby mógł siedzieć samodzielnie.

– Hefni, Hefni! – bas był zdecydowanie rozzłoszczony sugestiami dziewczyny. – Konował wie tylko, że on ma słabe tętno. Nie tego potrzebujemy! Gówno mnie obchodzi jego siedzenie. Wyrwij mu to z mózgu! Skup się, Lucille! Postaraj się jakoś go naprowadzić! Jesteś przecież psychologiem, do ciężkiej cholery!

– Tak, panie majorze. Tylko… on nawet nie wie, jak się nazywa. Taki impas może trwać bardzo długo. Może się nigdy nie skończyć…

– Mam to gdzieś! Nie po to tu siedzisz! Znajdź sposób, nie wiem – może podłącz mu elektrody, albo wymasuj jaja! Musi zaskoczyć! Masz dwadzieścia cztery godziny!

– Ale panie ma… – nie dokończyła. Wyszedł.

Tress nie zdołał nawet zwrócić głowy w stronę drzwi. Mężczyzna o dudniącym basie zniknął więc i pozostał w jego wyobraźni tylko głosem. „Major” – pomyślał. Usiłował skojarzyć jakieś niejasne zarysy treści, odległe niczym horyzont. Nic nie pamiętał. Tylko ta dziewczyna, lekarz w kitlu („Hefni” – to zapamiętał z pogróżek basa), mocne światło i to męczące dudnienie szklanki po stole. Nic, nic więcej. Zupełnie. Dziewczyna tymczasem zaczęła znowu, z nieco większą energią:

– Pułkowniku Tress, będę panu odczytywać słowa. Proszę szybko odpowiadać mi, z czym się one kojarzą.

– Dlaczego pani mówi do mnie „pułkowniku”?

– Zaczynajmy! Szefostwo Operacji Specjalnych.

– Yyyh! – stęknął cicho.

– Generał Grotsky.

– Ge-e-nerał… – powtórzył z najwyższym wysiłkiem Tress.

– Generał Grotsky… z Szefostwa Operacji Specjalnych …? – zawiesiła głos.

– Yhymmm – Tress znowu uczuł słabość, chyba zbyt gwałtownie chciał zwrócić głowę w kierunku dziewczyny. Jęk wyrwał się sam.

Szklanka w pewnym momencie przestała dudnić. Dziewczyna obeszła łóżko na którym bez żadnej poduszki leżał Tress.

– I co ja mam z panem zrobić… – spytała jakby samą siebie. Bezradnie przyglądała się jego pobladłej, zmęczonej twarzy. Strzępiasty rudy zarost pogarszał jeszcze wrażenie. Do tego błędne spojrzenie, jak u narkomana.

– Z czym się panu kojarzy Lionel Marsey? Kto to jest Lionel Marsey? – pytała nieco bardziej cierpliwie, próbując przebić się przez powłoki jego amnezji. Na razie z zerowym efektem.

– Mar-sey… – wystękał. – Grot-skyy… Kim był… ten czło…wiek przed chwilą.

Dziewczyna ożywiła się jakby.

– Pamięta pan? Marsey? Grotsky? Cokolwiek?!

– Kto to był…?

– To był major Aimery. Ai-me-ry…- powtórzyła pomału.

– Ai-me-ry – machinalnie odtwarzał jej sylabizowanie. – Mar-sey… – jego głos był cichy, ale wyraźny. – Pić…

Podała mu stojącą na ziemi butelkę ze słomką. Uniosła jego głowę i ścisnęła lekko pojemnik, aby elektrolitowa ciecz mogła dostać się płynnie do spierzchniętych ust. Równocześnie zaczęła znowu:

– Niech pan wypowie pierwsze skojarzenie. Dom?

– Wo-da… – wycharczał wypluwając słomkę i oblewając sobie podbródek.

– Woda, dobrze… – zanotowała. – Matka?

Głucha cisza i bezmyślne spojrzenie. „Tress, niech cię szlag, rusz tą mózgową sieczką!” – myślała. Dalej rzucała kolejne elementy z kwestionariusza skojarzeń: „pies”, „poczta”, „ogień”, „ZOO”, „cukiernia”, „praca”, „lilie”, „Chopin”, „mydło”, „futbol”, zmyślnie wplatając to, co ją naprawdę interesowało: „Lionel Marsey”, „Ruben Grotsky”, „Veronica Ritz”, „Krzyż Południa”. Nie pomagało nic a nic – półgodzinne próby rozszerzyły tylko repertuar stęknięć i beknięć, jakie wydobywały się z krtani leżącego mężczyzny. Miała dość… Było jej duszno i słabo. Na nic w tej chwili nie zdawały jej się dyplomy i kursy, psu na budę dziesięcioletnie doświadczenie w pracy z przypadkami urazów i traum. Tress nie myślał, a już na pewno nie mówił tego, co mógł myśleć. Powtarzał beznamiętnie pojedyncze słowa, skojarzył „dom” z „wodą” – co z punktu widzenia jej badania kompletnie nic nie znaczyło, wreszcie co najmniej kilkanaście razy zapytał, dlaczego tytułuje go stopniem wojskowym. On, Robert Tress – jeden z najlepszych dowódców oddziałów zwiadowczych, który sam prowadził najniebezpieczniejsze akcje – jest w tej chwili bezradny, bezwolny i bezmyślny – niczym po udarze.

– Niech to diabli! – zaklęła, dochodząc do kolejnej kartki kwestionariusza. – Słyszy mnie pan?

– Tak… – głos był ledwie słyszalny.

– Nazywa się pan Tress. Tak?

– Nie wiem…

– Proszę mi uwierzyć. – dziewczyna spróbowała zagrać inaczej. Posterować trochę jego świadomością. – Jest pan pułkownikiem piechoty morskiej i dowódcą oddziału desantowego o kryptonimie „Madras”. Zgoda?

– Nie wiem… Nie paaa-amiętam… – mówienie było dla niego trudne, wciąż wpatrywał się w sufit.

– Niech mi pan na chwilę uwierzy. Zróbmy z tego taką grę… Jest pan pułkownikiem Tressem, Robertem Tressem. Niech pan tylko spojrzy na swoje dłonie! Wystarczająco żylaste i paskudne, aby mogły należeć do człowieka, który pół życia spędził, podciągając się na skałach i zmieniając magazynki – po tych słowach podniosła jego bezwładną rękę i pokazała mu ją z bliska. Rzeczywiście, muskularna. Raczej nie należała do księgowego.

– Yym – stęknął bezradnie.

– Jest pan pułkownikiem Tressem, znajduje się pan w misji specjalnego przeznaczenia. Poszukuje pan bazy rebeliantów. Wcale niedaleko – w skalistych okolicach Botero Pass. Zgoda? To taka gra, pamięta pan?

– Botero Pass – powtórzył machinalnie.

– Świetnie! A więc w okolicach Botero Pass ma być baza, której pan szuka – kto idzie razem z panem?

– No… pani? – bezradnie wyjąkał.

– Nie, ja jestem tutaj, a pan w Botero. Niech pan pomyśli, kogo zabiera pan z sobą?

Jego myśli miały w tej chwili brzmienie. Jakby ktoś pocierał patykiem o kręcące się koło od roweru. Metaliczne dudnienie – „Botero Pass”… – nie wiedział wciąż nic, ale czuł, że pod ostatnimi wspomnieniami lekarza, dziewczyny i tej cholernej lampy jest coś głębiej, dalej, jak za zamkniętymi drzwiami. Botero Pass to była nazwa, która dudniła głośniej w chaosie. Pass. Tress. Madrassss – próbował składać układankę zadawaną mu przez tą czarnowłosą, która nawet na niego nie patrzyła. Znowu tylko stukała tą pieprzoną szklanką – pyyyk! – pyk! – pyyyyk! – pyk!

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Hanna Karwowska „Chłopiec z XXI wieku”
Opowiadania Hanna Karwowska - 1 czerwca 2014

Od redakcji: Dziś, z okazji Dnia dziecka, mamy dla Was ciekawostkę, rarytas. Tekst został…

Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”
Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Niniejsze opowiadanie to świetna okazja do zaznajomienia się z głównym bohaterem cyklu…

Tomasz Jarząb „Wola życia”

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!