Jakub Bogucki „Żeglarz” (3)

Opowiadania Jakub Bogucki - 1 października 2018

– Eeech, eee… – Tress sapnął po raz kolejny. – Yyym… – nieartykułowane dźwięki przeszyły powietrze.

Tress miał mokre czoło. Dyszał. Potwornie zawirowało mu w głowie – czuł, że za chwilę znowu zwróci. Nagły przypływ wymiocin w ustach przyniósł koszmarny posmak. Anyż. Wstrętny, skwaśniały anyż. Ślina gorzkniała w ułamkach sekundy. Czuł go coraz intensywniej, wiedział, że za chwilę dostanie nieopanowanych torsji. Jak przez mgłę usłyszał: „Ber! Beeer!”. Ktoś krzyczał i szarpał jego ramieniem. Anyż! Ślina…

– Beeeer! Obudź się!!! – głos nie dawał za wygraną. – Dajcie mu jeszcze te cukierki!

Świadomość powoli wracała, myśl się stabilizowała. Światło szpitalnych lamp nie raziło już tak wściekle – tylko ten koszmarny posmak. Czuł, że ma w ustach lepki karmelek. Wypchnął go językiem czym prędzej. Obrócił się na prawy bok i długo odpluwał lejący się posmak czarnego świństwa.

– Wraca do nas – słyszał przez mgłę. – Tętno wzrasta, przyspieszony oddech …

– No, wreszcie, stary! – ktoś komunikował poniesionym głosem.

– Yheemm! – nabrał łapczywie powietrza i wyjąkał, gdy oczy zaczęły powoli dostrzegać kształty i niejasne barwy. – Gdzie… ja… jestem?

– Ber, już wszystko gra. Jesteśmy przy tobie, jesteś w ośrodku w Yarn. Jesteś Ber Amiszti, a nie Robert Tress, pamiętasz? – mówił do niego ciepły damski głos, znał go. Kto to jest, do ciężkiej cholery?! – próbował włączyć uśpioną świadomość. Poplątane myśli parowały przez uszy. Tak! Coś pamiętał… Tress, ledwie przytomny pułkownik. Słyszał jeszcze jego wspomnienia, pluł anyżową śliną. Tress. „Byłem w nim… w jego głowie” – pomału wracał do świadomości. Żeglarz. „Co za obrzydliwość, ten anyż…”.

– Masz tu kawę. Trochę cię wyprostuje. To zawsze musi być nieprzyjemne. Sam wiesz, Żeglarzu – mówiła ciepło lekarka, która ciągle nie miała dla niego imienia, choć jej twarz widział wiele razy.

Tak! Żeglarz! Był żeglarzem – organizm zaczął powoli odgarniać kurz z synaps… Już wiedział. Rejs może zostać przerwany tylko przez coś, co ma naprawdę jednoznaczny smak, nie do pomylenia z niczym. Generalnie – to musi być obrzydliwe. Inaczej zostanie się z nim, nawet mimo zakończenia hipnotycznego transu. Pod wpływem trujących leków na zawsze – a więc do rychłej śmierci… Dla niego „wybudzaczem” był czarny cukierek, który niemal momentalnie wywoływał mdłości. Ludzie, którzy go testowali, proponowali na badaniach jakieś obrzydliwie pachnące lekarstwa, tłuszcz. W skrajnych wypadkach bywały to szczególne kombinacje, na przykład herbata na wodzie po serdelkach – ale takie wynalazki należały raczej do rzadkości. Ostatecznie padło na anyż. Smak przenoszący Żeglarza z powrotem do własnej głowy musiał być zawsze ten sam i zawsze – paskudny. Żeby, jak to się mówi, nawet umarłego obudziło…

Już wiedział, że wraca. Już nie jest Tressem, nie siedzi w jego myślach, a Tress tymczasem, przy „rozłączaniu kontaktu”, stracił spory kawał pamięci i przytomności, na jakiś czas, oczywiście. Ber powoli odnajdował się w rzeczywistości. Żegnał coś, co przypominało omamy hipnopompiczne. To było niezwykłe doznanie – ale potwornie wyczerpujące. Łyknął kawy i poprosił o papierosa, żeby zagłuszyć dojmujący ból w głowie, coś jak przy chorobie wysokościowej. Papieros może z medycznego punktu widzenia nie był najmądrzejszą rzeczą w tej chwili, ale wiedział, że choć na moment pozwoli mu opanować nawał myśli. Wypalił połowę, przymknął oczy i położył się jeszcze na moment.

Gdy leżał i usiłował się odprężyć, przez szklane drzwi wszedł krępy, łysiejący jegomość z pooraną ospowatymi śladami twarzą. Dobry garnitur wyzierał spod ochronnego kitla. Ber skupił myśli – wciąż jeszcze był skonsternowany po tym wszystkim… – tak, no przecież – Eydenkron! Jego wierny cień przez ostatnie kilka miesięcy. Kiedy mózg Bera zaskoczył, nie musiał już specjalnie się wysilać, żeby zrekapitulować całą historię ich znajomości. Ich życie splotło się, gdy Eydenkron sam dotarł do Wron. To wymagało sporych zdolności, w końcu nawet wojsko nie wiedziało, gdzie ich szukać. Eydenkron bezceremonialnie się wówczas zaprezentował: „Jestem doradcą w firmie MediaMay Ltd. Wrony mogą nam pomóc, a my chętnie pomożemy Wronom”. Ber był wtedy równocześnie przerażony, że ich działalność została dokumentnie rozpracowana, ale też zainteresowany tym, co chce mu zaoferować duży, wielosektorowy potentat. Jemu, a raczej organizacji antysystemowych ideowców, gotowych strzelać do obojętnych na to zupełnie władz. Eydenkron mówił wtedy powoli, roztaczając niezwykłą wizję. Wiedział, że Wrony walczą nie tylko z systemem, ale także z inną konkurencyjną grupą – Red Frontem, która miała ideologię zupełnie odmienną, ale cele i możliwości podobne. Pojawiał się więc między nimi spór o to, kto stanie się wyłącznym reprezentantem sprzeciwu wobec dominacji systemu politycznego, armii i bliskich jej kręgów. Eydenkron opowiedział mu szybko – jakby z nadmiarem zaufania – o niezwykłych teoretycznych możliwościach procesu rejsu, którego technologią dysponuje MediaMay. Ber był zmieszany, dostał owego dnia jednorazowo zbyt dużą porcję zachęt i szans. Wrony jakiś czas trawiły propozycję współpracy, ale postanowiły „wykorzystać okazję”, zwłaszcza że pomysł Eydenkrona wyglądał kusząco i intrygująco. Ber spełniał większość kryteriów psychosomatycznych do pełnienia funkcji Żeglarza. Czyli właściwie kim…?

– Pożeglujesz tam, gdzie dotąd nie dotarł żaden człowiek, rozumiesz? Będziesz w czyimś mózgu, zobaczysz myśli, odczujesz je jak własne – Ber jeszcze słyszał słowa Eydenkrona, który ofiarował rebeliantom możliwość praktycznego zastosowania rejsu. – Uzyskasz kontrolę absolutną. Nie nad działaniami, ale nad ich przyczyną – to wystarczy. W zupełności wystarczy – Ber był buntownikiem, ochoczo kupował taki bramińsko-profetyczny bałach i wierzył, że kiedyś za pomocą rejsu osiągnie to, o co chodzi Wronom.

W nowej technologii widział też szanse eliminacji jednego z dwóch przeciwników, rywala do tytułu „opozycjonisty numer jeden”, który mógł trzymać w szachu całe społeczeństwo. Jak kusił go Eydenkron? Opowiedział całą długaśną historię prac nad rejsem, którego know-how było w gestii MediaMay.

Rejs był…, no właśnie, samo opisanie go wymaga nieco poetyckiej wyobraźni i końskiej dawki fizyki, chemii i paru innych nauk przyrodniczych. W skrócie mówiąc – to sposób. Sposób wpływania na innych ludzi, nie bezpośredni, ale prawie bezpośredni. Stary i szalony naukowiec, Vercelli, wymyślił go, badając oddziaływania fal mózgowych i pozornie niezauważalne reakcje człowieka. Stwierdził, ni mniej, nie więcej, że ludzkie myśli nie tkwią w puszce mózgu, ale są pewną formą energii wydzielanej na zewnątrz ciała, najprostszą analogię stanowi fala elektryczna, choć niezupełnie trafną. Dzięki pewnej formie stymulacji fale jednej osoby mogą wpływać na funkcjonowanie myśli innej, nawet – to zaskoczyło samego Vercellego – na pewne odległości. Hipnoza, jak stwierdził, była pewną formą procesu, który odkrył. Do efektywnego wpływania niezbędne było jeszcze podłączenie do specjalistycznej aparatury wspierającej i zasilenie się sporym zestawem farmakologiczno-narkotykowym, naturalnie pod kontrolą zespołu specjalistów. Nazwał cały proces rejsem, tak jakby jeden z ludzi mu poddawanych wybierał się w niezwykłą podróż, która mogła być odkrywcza, ale też – przerażająca. Wiele eksperymentów na samym sobie i kilku bliskich współpracownikach utwierdziło go w przekonaniu, że jest w stanie ofiarować ludzkości coś naprawdę niesłychanego, co zarazem może stać się potwornym narzędziem wpływu. Vercelli pracował początkowo na kilku uczelniach, które nie widziały sensu w jego działaniach na ich wczesnym etapie, toteż trafił ostatecznie pod opiekuńcze skrzydła korporacji MediaMay, która zgodziła się na dowolne wynagrodzenie dla niego i właściwie niczego nie oczekiwała. Po dziewięciu latach Vercelli był niemal pewien, że opracowana przez niego stymulacja narkotyczno-elektryczno-hipnotyczna da pożądany rezultat i pozwoli na sterowanie myślami osoby X przez osobę Y. Ale wtedy stało się coś, czego mecenasi z MediaMay nie przewidzieli…

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Tomasz Jarząb „Wola życia”

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza…

Anna Wołosiak-Tomaszewska „Z wyrazami wdzięczności”

– Ale ja go naprawdę nie umiem ożywić! – jęknął w końcu…

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania Emil Gieras - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!